środa, 26 lutego 2014

Sukces medycyny


Opiszę taką scenkę:

Profesor robiąc obchód oddziału szpitalnego wraz ze stażystami napotyka na korytarzu kobietę z dzieckiem. Dziecko ma około 11 lat. Leży na wózku szpitalnym. Całkowicie zależny ruchowo i werbalnie od swojej matki.. Profesor promiennie się przywitał z kobietą i jej dzieckiem. Wskazując na nie odezwał się do gromadki lekarzy stażystów. "To sukces współczesnej medycyny no i troszkę też nasz".

Dalszej rozmowy nie było słychać, gdyż jak to na obchodzie oddziału, dalsza sala i kolejni pacjenci. Słowa te  zabrzmiały dla mnie w połączeniu z widokiem skrzywdzonego przez los dziecka wyjątkowo dziwnie. Miałem okazję porozmawiać z kobietą, która po krótce przedstawiła mi historię choroby dziecka. By nie wchodzić w szczegóły napiszę tylko, że aż kilka razy szybka interwencja medyczna zapobiegła śmierci jej dziecka. Jego życie składa się głównie z pobytów w szpitalach i różnych terapii. Przeżył nawet nagłe zatrzymanie krążenia, które miało miejsce w domu. Pogotowie dokonału kolejnego "sukcesu medycyny" ale to zdarzenie spowodowało dalsze komplikacje (takie już na zawsze). Zanim dojechało i  podjęto RKO minęło sporo czasu i doszło do niedotlenienia mózgu. (przy NZK sporo czasu to nawet tylko cztry minuty)  

Oczywiście nie jest mi dane prawo dokonywać oceny zaistniałej sytuacji ale naszła mnie refleksja. Gdyby nie ta "współczesna medycyna" najprawdopodobniej dziecko nie przeżyło by samego nawet porodu (też wiem że były problemy). Później były kolejne sytuacje w których "medycyna" nie pozwoliła spokojnie umrzeć temu dziecku. My wszyscy wychowani w duchu wielkiego humanizmu nawet nie dopuszczamy do siebie mysli że można nie ratować życia. A cierpienie matki związane ze zdrowiem dziecka w takiej sytuacji to w opini otoczenia cnota. Katolicy pewnie odwołali by się nawet do Hioba. Tylko, że Hioba w końcowym efekcie docześnie wynagrodzono a tą kobiete równie spotka szczodry los ? Wyglądała mi ona na około 40 lat (a może życie z problemami ją tak postarzało) Raczej w tym wieku ponownie nie zdecyduje się na drugie dziecko. Tym bardziej, że dopóki żyje to chore to niemożliwym staje się opiekowanie niemowlęciem. .Do tego dochodzi obawa, że kolejne może okazać się równie chore. Ojciec dziecka po dwóch latach nie wytrzymał i zostawił kobietę z problemem. Kobieta zrezygnowała z kariery zawodowej, życia prywatnego i przez 24 godziny na dobę jest opiekunką, terapeutką, matką, pielęgniarką i to przez 11 lat.

Dziecko i tak dokończy żywota, bo "sukces medycyny" to licencja tymczasowa i z upływem wiosen bywa coraz mniej skuteczny. Jednak nowoczesna wiedza medyczna z pewnoscią jeszcze zagwarantuje tej kobiecie kilka lat tej "jej miłości" do swego dziecka tylko co dalej ? Kto tej kobiecie na starość pomoże, skoro po śmierci dziecka zostanie całkowicie sama ? Zadajcie sobie pytanie. Co by było, gdyby dziecko zmarło przy porodzie bo "sukces medycyny" by nie został osiągnięty ?  Żałoba,  może kilka miesięcy bólu i dalej normalne życie. Bo człowiek jest psychicznie silny jak musi. Prawdopodobnie kobieta by zdecydowała się na kolejne dziecko, które z dużym prawdopodobieństwem urodziło by się zdrowe. Fecet by jej nie zostawił. A jeżeli nawet to poznałaby innego - może lepszego. Kariera zawodowa, jakaś własna samorealizacja ? Życie by było życiem. Przypominało by takie jakie ma zapewne większość z nas. 

Być może nikt z nas nie mających takich problemów nie dozna takiej miłości od swojego dziecka jaką ona otrzymuje a w zasadzie domyśla się jej, bo jak napisałem dziecko posiada spore ograniczenia w okazywaniu czegokolwiek. Humanista pomyśli : szczytna idea, wręcz esensja człowieczeństwa. Odpowiem.  Może tak - wszak to idee wyznaczają standardy postępowań. Tylko dlaczego cierpienie traktuje się w tym wszystkim jako coś szlachetnego ? Dla mnie sukces medycyny jest jak ktoś był chory a dzięki niej jest w pełni zdrowy lub na tyle, że choroba nie przekadza w normalnym społecznym funkcjonowaniu..