piątek, 16 listopada 2012

ABBA - The Album (1977) - recenzja


Jedno co możemy z pewnością napisać o tej płycie to fakt, że ABBA nam wydoroślała i spoważniała. Zazwyczaj przymiotniki te budzą powszechnie pozytywne odczucia. U mnie w tym przypadku niekoniecznie. ABBA pokochałem za jej lekkość kompozycji, przewidywalność, przebojowość i tą całą otoczkę beztroskiego wizerunku jaki grupa kreowała poprzez wystąpienia telewizyjne czy muzykę. Na płycie "The Album" coś się zacięło i panowie zaproponowali nam swoją nową jakość.Już pierwsza piosenka "Eagels" nie ma nic wspólnego z czymś co po pierwszych taktach powinno brzmieć przebojowo. W to miejsce mamy refleksyjną rozbudowaną melodię z tekstem odwołującym się do wolności. Całość okraszono patosem i oto cały świat uznał, że ABBA zaśpiewała ambitną piosenkę. Tylko kto tak naprawdę oczekiwał od tej grupy ambicji muzycznej ? Na szczęście już druga kompozycja "Take a chance on me" to już typowa wspaniała ABBA jaką polubiły tłumy. Pierwsze sekundy piosenki i już ją uwielbiamy.Nie dziwi to, że z tego albumu akurat ten utwór odniósł największy sukces. Kolejny "One Man,one Woman" niestety znowu jakiś dziwny patos wkradł się do całości. Zresztą tekst też raczej bajkowy nie jest. ABBA coraz częściej obarcza nas problemami w swoich piosenkach i coraz trudniej wybiera się te piosenki w celu poprawy natroju.Kolejne nagranie zresztą z bardzo piękną melodią "The name of the game" też w tekście niesie problem związany z budowaniem zaufania do siebie kochających się ludzi.Po przełożeniu płyty na drugą stronę rozpoczynamy odsłuch od piosenki "Movie on" i jest to dość jasny punkt na tej płycie. Mamy tu tą lekkość w kompozycji jaką u ABBA sobie wszyscy cenimy. Niemniej nie jest to nic aż tak wielkiego by piosenka mogła nadawać ton opinii o całości.Sporo w niej odniesień stylistycznych do muzyki folk co przy wcześniejszy doświadczeniu muzycznym panów przynajmniej mnie nie dziwi."Hole in your soul" ta piosenka zazwyczaj kojarzy mi się z  rozpoczynającym mini musikal tematem. Niestety nie jest ona integralną częścią choć według mnie pasuje idealnie do reszty. Jest czymś na wzór uwertury, zresztą i tak to według mnie brzmi jakby w tym celu powstała.Najsilniejszym akcentem muzycznym tego albumu są ostatnie trzy piosenki które tworzą całość i są formą mini musikalu pod tytułem "The Girl With The Golden Hair".Całość rozpoczyna "Thank You For The Music" która to należy obecnie do najbardziej rozpoznawalnych melodii ABBA. Nawet nie razi mnie ten typowy dla musikalowych piosenek rozmach. Oczywiście patos napompowany do maksimum a Agnetha śpiewa tu nie jak piosenkarka pop a raczej artystka rodem z Brodwayu. Obok "Take a chance on me" to najlepszy fragment tej płyty.Później mamy jeszcze nijakie "I Wonder" oraz "I'm a Marionette", które przeważnie się podoba ale mało ma wspólnego z piosenkami typowymi pop.


Podsumowując całość.Płyta "The Album" jest zdecydowanie przekombinowana. Zawiera sporo świetnej muzyki ale trzeba ją rozpatrywać jużw innych kategoriach niż wcześniejsze płyty. Panowie koniecznie chcieli na niej zabłysnąć. Udowodnili już, że potrafią stworzyć przebój a nawet kilkanaście ich w ciągu dwóch lat, czas więc  według nich nadszedł na rzeczy bardziej ambitne. Udało im się według mnie średnio dobrze.Ten mini musikal to z pewnością ozdoba tylko co on robi na płycie pop ? Każda kompozycja broni się na płycie bo  w dalszym ciągu zawierają one ciekawy aranż i wspaniałe melodię ale zatraciło wszystko swoją świeżość a to była główna broń wcześniejszych płyt tej grupy .W dalszym ciągu ABBA odnosiła sukcesy na listach przebojów ale coś się w 1977r według mnie już zaczynało zacinać. Zwłaszcza w Europie ABBA powoli przygasała.Być może powodem tego było pojawienie się na rynku muzycznej odpowiedzi na sukces Szwedów. W Niemczech z wielkim rozmachem wtargneła w zarezerwowany obszar dla ABBy grupa Boney M, w Hiszpanii pojawił się duet Baccara a w Holandii Luv. Na listach zaczynało robić się tłoczno.Oczywiście zespół ze Szwecji posiadał ugruntowaną pozycję jednak Panowie z ABBA po raz pierwszy stanęli przed faktem posiadania silnej  muzycznej konkurencji. Szkoda, że ta płyta powstała ze zlepienia kilku różnych pomysłów przez co stylistycznie zawiera totalny bałagan. Niepotrzebnie wkradł się do muzyki patos. Szkoda również, że pomysł na musikal "The Girl With The Golden Hair" nie ukazał się na osobnej płycie i nie został rozbudowany. Myślę, że większa korzyść byłaby z tego jakby ten materiał został dopracowany, powiększony i faktycznie był muzycznym spektaklem nie koniecznie mieszającym się z piosenkami pop tej grupy. "Take a chance on me" powinno wyjść sobie na singlu wspólnie z "The name of the game" i powolutku być zwiastunem płyty takiej naprawdę na miarę tego zespołu.

Okładkę mojego egzemplarza "zdobią" długopisowe gryzmołki
zrobione przez anonimowego sprawcę. 
Czyn tego domowego artysty  traktuję jako specyficzną krytykę szaty graficznej tej płyty

Na obronę tej płyty mogę napisać, że w owym czasie Agnetha spodziewała się dziecka a także kręcono w tym czasie film "The ABBA movie". Nie sprzyjało to atmosferze i było to wszystko ciut męczące. Do tego w tym okresie po raz pierwszy do prasy zaczynały przeciekać liczne informacje z życia prywatnego członków zespołu a nie wszystkie z nich miały zabarwienia pozytywne.Wbrew mojej obecnej opinii Album stał się ogromnym sukcesem i to nawet w Anglii docierając do pierwszego miejsca i pozostając tam przez dziewięć tygodni.

Album oceniam na trzy gwiazdki bo rozpatrując każdą piosenkę osobno godna jest polecenia ale jeżeli miałbym komuś polecić najlepszą płytę ABBA to ta byłaby chyba ostatnia w kolejce. No może tylko "Ring Ring" jest słabsza.Całość trzyma poziom wysoki bo panowie poniżej poprzeczki jaką sobie postawili nie zeszli nigdy ale relatywnie względem innych płyt tej grupy "The Album" nie powala swą zawartością. Zresztą co tu dużo rozpisywać się. Tylko dwa przeboje wylansowała ten album. Jak na ABBę to  mało. Nawet zadziwiająco bardzo mało.

środa, 14 listopada 2012

ABBA - Arrival (1976) - recenzja


Album "Arrival" uważam za szczytowe osiągnięcie grupy ABBA pod względem komercji.Pojawił się on po siedemnastu miesiącach od czasu sukcesu poprzedniego albumu. Dość znaczna przerwa wydawnicza spowodowana była głównie bardzo dużą promocyjną aktywnością grupy. Ta promocja to nic innego jak stała obecność koncertowa oraz bardzo liczne występy w programach telewizyjnych.Tą przerwę między albumami wypełniło również wydanie singli zapowiadających nowy album, więc oczekiwanie nie było aż tak dla fanów bolesne. ABBA była w 1975 i 1976r całkowicie poza zasięgiem konkurencji. Przyszły rok dopiero miał to zmienić wraz z pojawieniem się w Europie mody muzyki Disco. Póki co rok 1976 w dalszym ciągu należał do Szwedów. Idąc za ciosem sukcesu, do wydania kolejnej płyty panowie przygotowali się w sposób specjalny. Jeżeli album ABBA uważam za wspaniały to dla "Arrival" brakuje mi już odpowiednio pięknego przymiotnika. Nie obyło się co prawda bez błędów przy okazji tworzenia tej płyty i zdarzyło się nawet jak to się mówi często wylanie wody po kąpieli wraz z dzieckiem ale to napiszę za chwilę. Płyta zawiera w całości absolutnie materiał przebojowy. Jeżeli na poprzedniej zdarzyły się z dwie, może trzy piosenki ciut słabsze, tak tutaj wręcz zabrakło miejsca do wsadzenia wszystkiego. W ten oto sposób jeden z największych przebojów zespołu pierwotnie nie pojawił się na tym albumie. Dopiero reedycje albumu na cd naprawiły tą zaległość. Mam na myśli tutaj piosenkę "Fernando", która zresztą doczekała się również wersji w języku hiszpańskim. Posiada także wersję nagraną w języku ojczystym. Co ciekawe tekst angielski tematycznie różni się od wersji szwedzkiej.Wersja ojczysta opowiada o miłości a angielska o żołnierzach. Pierwotny tekst napisał Stig a kolejny Bjorn. Kolejną piosenką, którą pominięto to "Happy Hawaii". Zastąpiono ją wręcz bliźniaczym utworem "Why did it have to be me". Z tego co gdzieś czytałem to pierwszą wersją było właśnie "Happy Hawaii" ale panowie mieli obiekcję i w rezultacie pozmieniali ją. W efekcie na płytę trafiło to drugie. "Happy Hawaii" ukazało się na pociechę na singlu. Dla mnie osobiście ta kompozycja w wersji pierwszej jest zdecydowanie lepsza. Panowie jednak uważali inaczej. Gdyby w 1976r oba te odrzuty znalazły się na ścieżkach albumu całość wypadła by jako produkt całkowicie skończony i idealny. Ale dosyć z marudzeniem, tym bardziej, że w latach 70tych single były pełnoprawnymi publikacjami a nawet w przypadku muzyki pop jej głównym nośnikiem.


A teraz już o samej zawartości albumu "Arrival". Cała Europa w dalszym ciągu chłonęła jeszcze hity dotychczasowe zespołu a tu jak petarda do świadomości ludzi wdarło się od razu kolejne dziesięć. Praktycznie z tej płyty można by było uczynić osobliwe "Greatest Hits" zespołu.Płytę otwiera "When I kissed the teacher" z melodią z której można by śmiało zrobić kilka piosenek. Po niej mamy uważany za największy przebój zespołu "Dancing Queen", będący pierwszą muzyczną odpowiedzią grupy w kierunku nowej mody disco.Jako trzecia piosenka "My love my life" zwalnia trochę tempo ale tylko po to by ukazać wspaniałą harmonię wokalną pań ubraną w przepiękną nastrojową melodię. "Dum dum diddle" to powrót do tego co w ABBA z wcześniejszych płyt było najlepsze, czyli prosta łatwo wpadająca w ucho melodia i pogodne wykonanie. Bjornowi ta piosenka nie podeszła i do dziś ma kiepskie o niej zdanie ale w końcu pojawiła się na płycie ku radości wielu fanów mniej do niej krytycznie nastawionych. Stronę A zamyka "Knowing Me, Knowing You", piosenka formatu wcześniejszych przebojów takich jak "SOS" czy "Mamma Mia". Stronę B otwiera pierwszy muzyczny romans Bjorna i Bennego z muzyką musikalową, czyli "Money Money". Ja doszukuję się nawet wspólnego mianownika stylistycznego a nawet i teksowego z piosenką o podobnym tytule pochodzącej z filmu kabaret. Po niej mamy uroczą  kompozycję "Thats me" , choć trzeba oddać, że przy tych wszystkich przebojowych tuzach brzmi nad wyraz skromnie. Jej urodę dostrzega się dopiero po opadnięciu pierwszych emocji spowodowanych tymi największymi przebojami. Później mamy wspomnianą piosenkę "Why did it have to be me" będącą rozwinięciem myśli kompozytorskiej panów w stosunku do innej piosenki.Jak wspomniałem wolałbym w to miejsce mieć na płycie "Happy Hawaii". Przedostatnia piosenka to "Tiger". Piosenka, która mi się najbardziej kojarzy z tym albumem i według mnie wraz z "When I kissed the teacher" stanowią klamrę nadającą tej płycie jej własny styl. Całość zamyka instrumentalny utwór tytułowy, czyli "Arrival". Swego czasu poddany odnowieniu w postaci coveru zagranego przez Mika Oldfielda.


Robiąc podsumowanie to "Arrival" jest najlepszą płytą jaką ABBA wydała. Idealnie wpasowana stylistycznie w  okres rodzącej się w Europie mody na Disco. Kompozycje dopracowane do perfekcji a panowie jak nigdy wcześniej zresztą także jak i później nie dysponowali przy jej tworzeniu taką swobodą i polotem. Niesieni na fali własnego geniuszu zbierali pochlebne recenzje, które póki co tylko jeszcze bardziej motywowały ich do pracy twórczej. Dodać należy, że ABBA w tym okresie nie posiadała jeszcze konkurencji na tyle silnej by ktokolwiek mógł wyrwać im palmę pierwszeństwa. Album "Arrival" uważam za najlepszy w całej historii muzyki pop w Europie. Jest tym samym dla muzyki popularnej co "czwórka" Zeppelinów dla świata rockowego. Stworzyć coś przebojowego a trzymającego wysoki poziom muzyczny jest o wiele trudniejsze niż się może wydawać.Stąd moja bardzo wysoka ocena tej płyty. 

Kiedyś znany komik powiedział, że zrobić sztuczkę na linie to rzecz trudna ale zrobić ją i do tego jeszcze rozbawić publiczność to sprawa jeszcze po trzykroć trudniejsza. Dlatego zrobić muzykę przebojową a zarazem niebanalną uważam za sztukę nad wyraz trudną, kto wie czy nie trudniejszą od stworzenia całego albumu z muzyką progresywną. Po ukazaniu się tej płyty do naszego kraju zawitała grupa na koncert w telewizyjnym Studio 2. Na ten okres datuje się chyba w Polsce największe bum popularności tego zespołu. Płyta "Arrival" nie ukazała się podobnie jak wcześniejsze już na naszym rynku.

Warto też dodać, że tą płytą ABBA odniosła sukces w Anglii zajmując pozycję numer jeden w zestawieniu najlepiej sprzedawanych płyt. Nawet w Stanach płyta dotarła do dwudziestki.a singiel z "Dancing Queen" znalazł się na samym szczycie.Co prawda "Dancing Queen" był jedynym numerem jeden w Stanach w ciągu całej kariery grupy ale nie do końca  odzwierciedla to, na ile ABBA faktycznie była na nowym kontynencie popularna. Innymi piosenkami z tego albumu, które otarły się o listy zajmując nawet pierwsze pozycje to "Knowing Me, Knowing You", "Fernando", "Money, Money, Money"

ABBA - Telewizja Polska PR II "Studio 2" rok 1976. 
Jedyny znany mi przypadek w Polsce gdy zawitał do nas najpopularniejszy zespół w Europie i to w okresie swojej największej popularności.


Track lista (wersja LP - WINYL)

A1         When I Kissed The Teacher         
A2         Dancing Queen       
A3         My Love, My Life        
A4         Dum Dum Diddle      
A5         Knowing Me, Knowing You        
B1         Money, Money, Money       
B2         That's Me        
B3         Why Did It Have To Be Me       
B4         Tiger         
B5         Arrival

W późniejszych reedycjach na cd (w 1984 jeszcze pominięto) dodano jako bonus dwie piosenki "Fernando" i " Happy Hawaii"

poniedziałek, 12 listopada 2012

ABBA - ABBA (1975) - recenzja


Płyta od której rozpoczęło się szaleństwo zwane ABBA-manią. Powolutku wszyscy już zapominali o Eurowizji 74. "Waterloo" póki co stał się jednym z hitów sezonowych i nikomu tak naprawdę nie zależało na tym by się tym szwedzkim zespołem dalej zajmować.Wyjątek stanowili sami zainteresowani muzycy.Panowie Benny i Bjorn i Stig wzięli się do roboty i na bazie doświadczeń zebranych podczas wydawania wcześniejszej płyty, wypuścili na rynek swój trzeci a w zasadzie drugi album.Tutaj już nie było mowy o przypadku w ogóle. Każda piosenka dopracowana pod kątem odniesienia sukcesu komercyjnego. Ta płyta w założeniach miała składać się tylko z przebojów. 

Całość otwiera piosenka "Mamma Mia" będąca obecnie od kilkunastu lat wizytówką tej grupy. Jako pierwsi docenili ją Australijczycy umieszczając ją na pierwszym miejscu listy przebojów. Europa również bardzo szybko sobie przypomniała o kwartecie ze Szwecji i sprzedaż płyt zaczynała rosnąć w tempie bardzo szybkim. Odkurzono również album wcześniejszy przez co i on w końcu doczekał się szerszego uznania. Prawie wszystkie piosenki z tego albumu stały się popularne i prawie każda z nich to obecnie już klasyk tej grupy. Słowo "prawie" pojawiło się, gdyż są dwie piosenki "Tropical loveland" oraz "Man in the middle", które troszkę zaniżają całość. Spotkałem się swego czasu jeszcze z krytyką piosenki "Hey Hey Helen" ale nie zgadzam się ze złymi opiniami na jej temat.Co do reszty wszyscy znający płytę jesteśmy zgodni."Mamma Mia", "SOS", "Bang-a-boomerang", "I do, I do, I do, I do, I do","Rock me",Intermezzo no, 1", "I've been waiting for you" oraz "So long" to wielkie przeboje, które wywindowały grupę na sam szczyt popularności. U nas w kraju zwłaszcza "I do, I do, I do, I do, I do" zawładnęło salami dancingowymi stając się podstawowym przebojem w repertuarze każdej szanującej się kapeli grającej do tańca. Młodsi zaś na dyskotekach do bólu męczyli "Mamma Mia" i "SOS" oraz "Honey Honey"(z wcześniejszej płyty) nastawiając je na gramofonie podczas jednego wieczoru po kilka razy.Byli jedyną grupą w tym czasie, która mogła się pochwalić aż tyloma przebojowymi piosenkami.Doczekali się też tą płytą sukcesu w Wielkiej Brytanii, na czym zależało im szczególnie z uwagi na dalsze możliwości jakie niosła za sobą taka popularność. Ten sukces to co prawda nie miejsce pierwsze na listach sprzedaży płyt ale zostali dostrzeżeni a to ważne i na początku drugiej dwudziestki pod pozycją trzynastą można było już dostrzec ten album. Co innego single. "Mamma Mia" dumnie wniosła się na miejsce pierwsze. O popularności w Stanach ABBA nawet chyba wtedy nie marzyła, zresztą płyty Szwedów na tym etapie kariery w USA łapały się na listach dopiero grubo w drugiej setce. 


ABBA od samego początku zaprogramowana była na sukces komercyjny. Panowie w prowadzeniu zespołu w większości wzorowali się na tych samych mechanizmach co The Beatles. Zresztą do tej pory robią to z niebywałą precyzją i cały czas budują odpowiedni wizerunek. Bjorn z Bennym nastawieni byli na sukces całkowity, stąd taka u nich była dbałość o formę i dotarcie do możliwie jak największej grupy ludzi. Byli niezadowoleni z początku, gdy prasa potraktowała ich jako twórców jednego przeboju. Stale musieli coś udowadniać a napędem była ich ambicja i strach przed niepowodzeniem. Stąd też należy tłumaczyć to, że w krótkim czasie nastąpił aż taki wysyp u nich pomysłów, do tego bardzo przebojowych.Bjorn i Benny od początku chcieli błyszczeć jako twórcy nie tylko przebojów a wielkiej muzyki. Zespół miał być do tego tylko narzędziem , nigdy celem. Na tej płycie firmowanej tylko nazwą grupy zamieścili panowie pierwszą swoją kompozycję tzw "popisówkę" możliwości. Jest nią oczywiście wzorowana na kompozycjach muzyki klasycznej "Intermezzo no 1". Tutaj po raz pierwszy słuchacz może doznać w przypadku tych dwóch panów uczucia, że oto muzykę robią tu ludzie którzy to potrafią robić nawet i w szerszej odsłonie niż sugerują to miłe kompozycje piosenkowe.Swoją drogą to była w 1975r spora odwaga umieścić taki utwór na płycie z pop piosenkami (odwaga lub echo form progresywnych, które w 1975r jeszcze wybrzmiewały w świecie i świadczyły o tzw. ambitnym podejściu do muzyki jako sztuki) .


"ABBA - So long". 
Dla mnie od zawsze była to najlepsza piosenka z tej płyty i tak już chyba pozostanie

Do tej płyty mam największy sentyment bo to od niej rozpoczęła się moja przygoda z tą grupą. Byłem tym jednym z nielicznych szczęśliwców którym udało się tą płytę zdobyć w chwili gdy się ukazała nakładem polskiej fonografii. Nie kupiłem jej jednak ale byłem posiadaczem a sposób jej zdobycia nie napawa mnie dumą. Po prostu pożyczyłem ją od kogoś  i trzymałem tak długo, że ... (wstyd).Wiem, że nakład był spory ale ABBA była wtedy na topie i płyta ta nie leżała na półce. Dostępna tylko spod lady. Wiele lat mi służyła. Obecnie mam wydanie szwedzkie a co się stało z "moim" pierwszym egzemplarzem ? Sam teraz bym chciał wiedzieć. Może oddałem ? - nie pamiętam. Zawsze z tego albumu najbardziej podobał mi się utwór zamykający ją, czyli rock n rollową piosenkę "So long". Podobna do Waterloo w swojej przebojowości ale wydaje mi się, że z ładniejszą melodią. Mamma Mia nabrała u mnie statusu wielkiego hitu dopiero niedawno za sprawą wiadomego filmu. Wcześniej była to jedna z wielu fajnych piosenek tej grupy."SOS" zawsze uwielbiałem, podobnie jak "I Do, I Do, I Do...". Szczególne znaczenie ma dla mnie "Hey Hey Helen" z uwagi na to, że tylko słuchając tej płyty mam okazję słyszeć tą kompozycję.Podobnie zresztą z Bumerangiem kończącym stronę A.Ten album to jedna z moich płyt dzieciństwa ale nawet bez tej dozy nostalgii uważam, ze jako płyta muzyki pop zasługuje na najwyższą notę czyli pięć gwiazdek. Ten album to prawdziwy Rolls Royse w muzyce pop, niedościgniony wzór i definicja pojęcia muzyki pop w ogóle.

środa, 7 listopada 2012

ABBA - Waterloo (1974) - recenzja



Ta płyta przyniosła pierwszy sukces oraz pokazała potencjał grupy. Przede wszystkim wykazała to, że zespół ma pomysł na siebie.Tytułowa piosenka zanim pojawiła się na płycie wzięła udział w festiwalu Eurowizji w 1974r i go wygrała. Wcześniej ABBA również próbowała szczęścia w tym konkursie. Niestety piosenka "Ring Ring" zamieszczona później na "debiutanckiej" płycie w 1973r nie zakwalifikowała się. W wersji szwedzkiej albumu "Waterloo" piosenka tytułowa pojawia się na płycie dwukrotnie. Zamieszczono bowiem dodatkowo wersję w języku ojczystym.  Być może z uwagi na dobry i wyrównany poziom tego albumu jako całości zdecydowano się by właśnie to on był pierwszą oficjalną wizytówką grupy a tym samym wcześniejszy debiut potraktowano jako poligon doświadczalny a może nawet falstart. "Waterloo" z pewnością największy przebój z tej płyty to nic innego jak zgrabny utwór rock n rollowy oparty na jego tradycyjnej formie. Jeżeli prawdą jest, że o przebojowości piosenki świadczą pierwsze sekundy jej trwania to "Waterloo" całkowicie spełnia tą zasadę. Po nim jest jedna z tych piosenek, która z latami słuchania stała się ze zwykłego wypełniacza miłym muzycznym akcentem. Kompozycja oparta trochę na karaibskich brzmieniach. Posiada po wsłuchaniu się w nią mnóstwo smaczków aranżacyjnych. Jedyna jej wada to, że nie posiada tej mocy przebojowej co wcześniejsza.Jeżeli nas trochę uśpiła "Sitting In The Palmtree" to kolejna "King Kong Song" podrywa nas na nogi ponownie i to również w rytmie rock n rolla.Kompozycja która obecnie wśród moich znajomych ma spore wzięcie z uwagi na glamowe brzmienie i dość spory rockowy pazur.Oczywiście ten pazur traktować należy z wyrozumiałością. W końcu kompozytorzy to zdeklarowani muzycy pop, którzy wręcz definiują ten gatunek.


Jeżeli tytułowe "Waterloo" to największy hit z tej płyty to "Hasta Manana" jest niewątpliwie największą jej ozdobą.W Polsce doczekała się ta piosenka dość szybko coveru w wykonaniu Ani Jantar i tak oto w naszym kraju równocześnie funkcjonowały w świadomości dwie wersje tej niesłychanie uroczej piosenki.
Doczekała się ona również w okresie późniejszym wersji hiszpańskiej zaśpiewanej przez ABBA. "Hasta Manana" miała być piosenką startującą w eliminacjach do Eurowizji. Wybór padł jak wiemy na "Waterloo" głównie z powodu tego, że w aranżu wykorzystane zostały obie wokalistki.Ciekawe czy również z "Hasta Manana" zespół odniósł by sukces ?

Piosenka stała się bardzo popularna zwłaszcza w Hiszpanii oraz w Polsce. To z Hiszpańskich programów istnieją jedyne dwa  wizyjne wykonania tej piosenki. Piosenka z nieznanych mi powodów pomijana jest na składankach z największymi przebojami grupy, choć według mnie to kompozycja zasługująca na pierwszą piątkę najlepszych piosenek sympatycznych Szwedów. Piosenka powstała na raty. Panowie zgrali melodię swojemu menago Stigowi i dali mu ją na taśmie na wyjazd urlopowy. Stig,  często odpowiadał  za teksty piosenek. On zabrał ją ze sobą na wakacje.Na nich wpadł na pomysł tytułu słuchając radia i słysząc jak żegna się prezenter radiowy po hiszpańsku. Tak się narodził pomysł na "Hasta Manana". Tekst podyktowano przez telefon i już na kolejny dzień dziewczyny zaczęły przymierzać się do tej piosenki. Nie wychodziło to zbyt dobrze.Może posłużę się wypowiedzią samej Agnethy.Ja spotkałem się z nią w temacie o grupie na forum 80s.pl. Oto cytat "Agnetha wpadła na pewien pomysł. Jej idolką była Connie Francis. Agnetha wspomina: "Zdawałaśymy sobie sprawę, że żadna z nas nie jest w stanie tego zaśpiewać i zaczęliśmy się powoli poddawać. Pewnego razu zostałam w studio sama i pomyślałam, że mogłabym spróbować naśladować Connie Francis. Włożyłam w śpiew dużo uczucia i doszliśmy do wniosku, że tak powinno być, że brzmi to dobrze". I tak oto powstała jedna z piękniejszych piosenek na albumie Waterloo" Piosenka "Hasta Manana" nie wyszła nigdy na singlu w oficjalnym zestawieniu płytowym ABBA ale były wyjątki i wydano tą piosenkę na siedmiocalówkach. Były to Włochy, Hiszpania i Japonia. Na albumie "Waterloo" znalazły też miejsce kolejne już w pełni Abba - stylowo brzmiące piosenki, które stały się mniejszymi lub większymi przebojami w różnych krajach. Z pewnością sporo namieszała piosenka "Honey Honey" będąca bardzo popularna w Niemczech ale także i w naszym kraju."Dance (While The Music Still Goes On)" z głównym wokalem panów pokazuje zaś, że i mężczyźni w tej grupie posiadają potencjał wokalny.Aby dodać wiecej liryzmu wmieszano w to zestawienie jeszcze kolejną śliczną balladę "Gonna Sing You My Lovesong".

 Ta płyta pomimo sporego sukcesu nie ugruntowała pozycji grupy w świecie muzycznym. Sukces olbrzymi "Waterloo" po Eurowizji dość szybko się ulotnił i wszystko wskazywało na to, że ABBA podzieli los wielu innych laureatów. To, że teraz wszyscy doskonale znamy tą płytę zawdzięczamy głównie temu, że po odniesieniu  jeszcze większego sukcesu kolejnego albumu odkurzono i wylansowano ponownie wcześniejszy czyli ten, ale o tym już w kolejnej odsłonie. Sporą niespodzianką dla nas Polaków był fakt ukazania się tej płyty na naszym krajowym rynku.Dokonała tego wytwórnia Polskie Nagrania Muza w roku 1975.Wersja wydana u nas to edycja na rynek poza szwedzki, czyli z pominięciem szwedzkojęzycznej wersji piosenki "Waterloo". By podsumować całość. Płyta "Waterloo" to pierwsza z prawdziwego zdarzenia płyta tej grupy, czyli taka która zawiera 100 % dobrego materiału z czego większość nosi cechy przeboju. Doskonała i pogodna. Zawiera trzy wylansowane spore przeboje "Waterloo", " Hasta Manana" i "Honey Honey". Były one jednak lansowane z pełną siłą dopiero w chwili odniesienia sukcesu kolejnego albumu.

Bjorn Benny& Agnetha Frida - Ring Ring (1973) - recenzja

Dziś rozpoczynam cykl recenzji płyt zespołu ABBA. Według wielu ludzi najlepszej pop-grupy wszech czasów. Być może temat dość banalny ale jak się tak bliżej przyjrzeć to w internecie mało jest recenzji płyt, które zazwyczaj uważane są za oczywiste i niepotrzebujące reklamy.Społeczeństwo jednak się starzeje i uznałem, że tych  kilka słów od człowieka, który na zespole ABBA zdobywał pierwsze doświadczenia w słuchaniu muzyki i uczył się właśnie z tych płyt estetyki melodii, mogą posłużyć jako drogowskaz.Po opisaniu wszystkich płyt pokuszę się o sporą porcję refleksji jakie mnie spotykają na temat tej grupy na przestrzeni prawie 40 lat.Niektóre informacje zawarte w tekstach pochodzą z forum80s.pl, gdzie bardzo prężnie rozwija się temat o zespole, pozostałe wyciągnąłem gdzieś z czeluści własnej pamięci i wiedzy zasłyszanej w ciągu wielu lat.

Bjorn , Benny & Agnetha, Frida - Ring Ring  (1973)
 

Płyta debiutancka na której wyraźnie słychać, że grupa nie ma jeszcze pomysłu na siebie. Są już na niej pierwsze przebłyski świetnych kompozycji ale ich aranż sporo odbiega od tego do czego niebawem dojrzeje zespół. Album zawiera kilka jasnych punktów w postaci piosenek: "Ring Ring", "People need Love", "Nina Prima balerina", "He is your Brother" oraz "I Am Just a Girl". Jak na płytę "dwugwiazdkową" pięć dobrych piosenek może mylić trochę ocenę, ale odnośnikiem tej noty jest całokształt jakości wszystkich piosenek ABBA a na tym tle kompozycje z płyty "Ring Ring" nie wypadają już tak okazale. Z pewnością tytułowa piosenka  mogłaby pojawić się na płycie kolejnej i byłby na niej ozdobą. Może upiększać całość według mnie jeszcze niedoceniana a według mnie przepiękna "I am just a Girl". Ta kompozycja potrafi naprawdę urzec śliczną melodią i wspaniałą harmonią wokalną i to całej chyba czwórki Szwedów.Reszta niestety to mniej lub bardziej nietrafione propozycje.Z tej płyty lansowano "People need love" oraz "Ring Ring". Przetrwały też piosenki "Nina Prima Balerina" i "He is your Brother" wykorzystywane sporadycznie w latach późniejszych przez ABBA na koncertach czy programach TV.Odnotować należy, że jeszcze piosenka "Another Town, Another Train" pojawiła się na składance przebojów ale dla mnie ta piosenka odbiega od tej piątki podanej wcześniej.
Jako ciekawostkę warto dodać, że piosenka "Disillusion", którą zresztą pominąłem w wyróżnieniach z uwagi na jej słabość, została skomponowana przez Agnethę a Bjorn dopisał do niej tekst. Był to jedyny przypadek gdzie panie wzięły udział w komponowaniu muzyki.Agnetha była namawiana przez Bjorna do tworzenia. Niestety nigdy nie dała się już do tego namówić. Wcześniej na swoich solowych szwedzkojęzycznych płytach częściej pisała muzykę i teksty ale w ABBA zadowoliła się samą interpretacją. Na sam koniec, informacja o piosence "I Saw It In The Mirror". Była ona napisana podobno zupełnie dla innego artysty ale gonił ich termin wydania płyty i dołączono ją. Debiut to płyta powstała trochę przypadkowo z materiału poskładanego z różnych pomysłów.W oficjalnej dyskografii traktuję się ją jako jeszcze nie firmowaną nazwą ABBA a czterema imionami członków. Piosenka tytułowa "Ring Ring" wzięła udział w eliminacjach do konkursu Eurowizji. Niestety przegrała. Płyta doczekała się wznowień już w pierwszych latach po jej wydaniu w związku z sukcesem  zespołu.

sobota, 20 października 2012

Nena feat. Nena - 20 Jahre Das Jubilaums - album (2002) - recenzja



O istnieniu tej płyty dowiedziałem się z dwu letnim opóźnieniem.Dawniej internet był mniej nachalny pod względem dostarczania informacji.Nie było jeszcze serwisów typu You Tube. Fora internetowe raczkowały a o prowadzeniu blogów nikt serio jeszcze nie myślał.Celowo pomijam  Facebooka, bo do tej pory całkowicie go nie akceptuję. Na ślad tej płyty wpadłem trafiając jakimś programem typu P2P na piosenkę Neny oznaczoną dopiskiem "new version". Później poszło już szybko i wkrótce album stał mi się znany. Trudno mi dziś napisać dlaczego potrzebowałem prawie dziesięciu lat by kupić tą płytę, ale stało się i w końcu  ją posiadam. Dzisiaj już wiem, że zrobiłem to o wiele za późno.Zresztą nawet w trakcie jej pozyskiwania nie ustrzegłem się od złych decyzji .Zamiast kupić wersję cd z bonusami wpadłem na pomysł by w to miejsce sprawić sobie wydanie analogowe na podwójnym winylu.Myślałem, że otrzymam pięknie rozkładaną okładkę z bogatą wkładką, tekstami i opisem. Niestety,  okazała się ona być pojedyńczą, z zawartością dwóch kopert. Zero wkładki,żadnych opisów, kompletnie nic.Jak na wydawnictwo XXI wieku kierowane do miłośników winyli, czyli kolekcjonerów to ocena tej edycji wręcz niedostateczna. Odradzam zakup tej płyty w tej wersji.Nakłaniam za to do zakupu wersji wydanej na cd a wzbogaconej dodatkowo bonusami, które na winylu po prostu zostały olane (zapewne z przyczyny ograniczenia czasowego analoga) .Nie mam pojęcia na ile wydanie cd jest zaopatrzone w książeczkę i jaka jest jej jakość, ale nie sądzę by okazało się to skromniejsze od tego w co wyposażono winyla. W końcu mniej niż nic to ciężko jest wydrukować. Tyle pomyj na tą płytę a braki wydawnicze rekompensuje całkowicie zawartość muzyczna.


Raczej edycja słabo zachęca do nabycie tego albumu w wersji analogowej

Od razu bez zbędnych zdań piszę. Ta płyta jest po prostu wspaniała, piękna i cudowna. Pewnie tych przymiotników znalazłbym jeszcze kilkanaście.Od samego początku do końca zapiera dech swą urodą i stawia ją według mnie na liście najlepszych płyt pierwszej dekady nowego wieku.Jest to trochę dziwne zważywszy na fakt, że podano na niej jak to się mówi "odgrzane kotlety". Tylko, że te dania po dwudziestu latach nie zostały wrzucone do mikrofali celem odgrzania a zostały przyrządzone na nowo. Doprawiono je w najlepszej kuchni i to przez najlepszych kucharzy.Lepszym porównaniem będzie nawet przykład wina , które dojrzewa by po latach nabrać właściwej szlachetności.Na czym polega fenomen i sukces tej płyty ? Według mnie na to zadziałały różne czynniki także poza muzyczne ale te sobie odpuścimy.Wspomnę tylko, że Nena jest w Niemczech ikoną pop kultury oraz przykładem wytrwałości i determinacji a przy tym wzorem matczynej miłości do dzieci.

Dajmy spokój otoczce całości i omówmy to co wprawiło mnie w szczery zachwyt. Płytę otwiera chyba największy przebój Neny choć z uwagi na kraj pochodzenia wokalistki określić to powinienem szlagierem."99 luftbalons" to piosenka wizytówka tej artystki.Tu podano ją w bardzo odmłodzonej wersji całkowicie zmieniając aranż. Całość zwolniono przez co piosenka stała się bardziej refleksyjna i chyba bardziej odpowiadająca przesłaniu jakie zawiera tekst. Zrezygnowano całkowicie z soundu typowego dla pierwszej połowy lat 80tych. Zachowano jednak charakterystyczne dla pierwowzoru smaczki muzyczne. Czy jest to lepsza wersja od oryginału trudno powiedzieć, bo zapewne zdania mogą być podzielone. Dla mnie jest to zdecydowanie lepsza. Odkurzono ją i w obecnej formie brzmi cudownie, tak jakby to była zupełnie świeża kompozycja. Po niej następuje od razu to co było najbardziej lansowane z tej płyty a mianowicie duet Neny z Kim Wilde w piosence "Anyplace, Anywhere, Anytime" będącym niczym innym jak odpowiednikiem "Irgenwie, Irgendwo, Irgendwann" z trzeciej płyty Neny. Nena namówiła do tego duetu Kim, z którą przypadkiem spotkała się po latach na imprezie w Berlinie.Nie odmówiła swojej niemieckiej koleżance i tak oto piosenka po dwudziestu latach w zmienionym aranżu ponownie stała się przebojem. Sukces "Anyplace,..."dał również impuls Kim Wilde, by także ona  wzięła się w garść i powróciła do show biznesu muzycznego.Zaowocowało to od tamtego czasu już kilkoma jej nowymi płytami.Kolejna piosenka na omawianej płycie to kolejny numer z żelaznego repertuaru Neny "Nur Getraumt". Klimatem nie odbiega od wersji pierwotnej znanej z debiutanckiej płyty.Zmieniono jednak jej całe brzmienie,dodając tu i ówdzie kila smaczków.Czwarta piosenka, zamykająca stronę A na winylu to "Leuchtturm". Przy tej piosence zatrzymam się na dłużej."Latarnia morska" w tej nowej wersji to coś co przykuwa uwagę chyba najbardziej z tej całej kapitalnej płyty. Niby każdy dźwięk znamy doskonale a jednak brzmi to jakby to był zupełnie nowy numer. Przearanżowano ją całkowicie zmieniając nawet tekst.To nie piosenka typu remake a raczej wygląda to jakby całkowicie na nowo ją skomponowano. Jeśli pierwsza wersja była po prostu bardzo śliczna i przebojowa to ta jest po prostu doskonałością skończoną.Zaśpiewana z wielką lekkością, przestrzenią a przy tym w klimacie beztroskiego luzu .Nena nigdy wcześniej nie brzmiała tak zmysłowo a jej charakterystyczny głos tu nabrał cech "niewinnego aniołka". Całkowicie Nena odeszła od pazurka rockowego i to chyba jedyny przypadek jaki znam kiedy jakiejkolwiek piosenkarce taki zamiar wyszedł na dobre.

 Nena - Leuchtturm (new version) oficjalny videoklip

Po przesłuchaniu tej piosenki nie ma się ochoty słuchać reszty. Producenci to chyba przewidzieli wiec od razu za tym cudem umieścili kolejną petardę, czyli "Fragezeichen". Wersja leniwa, ponownie kłania się tu wykorzystanie totalnie zmysłowego głosu Neny. Zlikwidowano charakterystyczne wstawki gitarowe. Dodano porcję jeszcze większego liryzmu niż znamy z wersji wcześniejszej. Przy tym nie uczyniono z tego ciągnącego się numeru typu "flaki z olejem" jakie swego czasu zafundował nam Bon Jovi robiąc swoją wspominkową płytę z hitami. Nie będę omawiał każdej piosenki po koleji bo przy każdej praktycznie mógłbym pisać te same przymiotniki. Tak na skróty pisząc dodam, że mamy na tej płycie też piosenki zaśpiewane  z kolegami Joachimem Wittem (Wunder geschehen) oraz z Udo Lindenbergiem (Jetzt bist du weg). Obie zresztą piękne. Gdyby w tym miejscu kończyła się płyta, czyli była jak za dawnych czasów pojedyńczym winylem czulibyśmy przy całej urodzie wszystkich kompozycji brak kilku tytułów. Na szczęście nie robiono tego albumu na skróty i nie pominięto piosenki "Lass mich dein Pirat sein", która dla mnie jest jedną z jej najładniejszych piosenek w ogóle. Ta wersja różni się oczywiście od oryginału ale odmienna jest w urzekający sposób.O barwie wokalu Neny w tej wersji już nie piszę bo słów brakuje. Całość otulono w smyczki, gitarę akustyczną i nadano w ten sposób jeszcze delikatniejsze brzmienie uwypuklając właśnie ten jej głos, wiecznie dziewczęcy, wiecznie świeży. Nie pominięto również "Es regnet" z drugiej płyty. Piosenki niby nie wyróżniającej się wcześniej - tu w podobnej interpretacji co wcześniejsza brzmi więcej niż poprawnie. Mamy na tej bądź co bądź składance także piosenki pochodzące  z okresu po "Nena - Band". Przykład "Lichtarbeiter", trochę transowy i trochę nie pasujący tu do całości. Sama w sobie piosenka jest ładna ale uczyniono tu ukłon w kirunku brzmień znanych z lat 90tych. Warto tu wspomieć szerzej jeszcze o "Vollmond", piosenki od której zaczęła się moja przygoda muzyczna z tą piosenkarką. Kompozycja od zawsze należała u mnie do jednych z najbardziej ulubionych od Neny. To jest jedyny przykład na całości tej płycie, gdzie wersja pierwsza pochodząca z debiutu jest według mnie lepsza. Nie oznacza to, że ta jest kiepska. Jest po prostu bardziej "nocna" co zapewne tak miało wypaść. Uspokojono ją jeszcze bardziej względem poprzedniej wersji, dodano bardziej senny wokal , wpleciono harmonijkę, pianinko. Z pewnością piosenka nabrała bardziej szlachetnego szlifu mimo to wolę chyba jako jedyną z całości tej płyty w wersji pierwszej.Płytę kończą jeszcze kolejne trzy piosenki po nowemu zrobione "Irgedwie, irgendwo,irgendwann" juz bez Kim Wilde. "Ich Hang immer noch an dir" oraz "Carpe Diem"

 Nena - Lass mich dein Pirat sein (new version)

Podsumowując całość z jednej strony mamy składankę największych hitów Neny, a z drugiej całkowicie nowy produkt. Całości się słucha tak jakby to wszystko powstało na nowo i był to całkowicie pierwszy raz wydany materiał. Dodam, genialny materiał muzyczny.To według mnie najlepsza płyta Neny jaka powstała od początku jej kariery i nie ważne dla mnie jest że to trochę wtórny materiał. Nena dojrzała i po latach znając swoje piosenki na pamięć doskonale wiedziała o wszystkich ich mankamentach. Poprawiła je i okazało się, że warto było. Ta płyta to jedna z tych które warto znać, mieć, no i oczywiście często słuchać.

okładka tył wydania cd edycja 2003

Produkcją całości zajął się kolega z jej byłego bandu Uwe Fahrenkrog-Petersen, będący swego czasu głównym kompozytorem tych zamieszczonych piosenek, czyli też po latach znając je na wylot wiedział co chciałby w nich poprawić. Udało się. Wersja cd zawiera jeszcze kilka bonusów takich jak "Tanz auf dem Vulkan" czy fantastyczne wykonanie live "Du kennst die Liebe nicht" gdzie publiczność rozbraja Nenę wspólnym śpiewem.O tym jak sama Nena śpiewa na żywo już nie napiszę. Wstydźcie się wy wszyscy wielcy rockowi wokaliści z Plantem, Gilanem czy Coverdalem na czele wychodząc na scenę bo przy niej wy tylo się męczycie. Ona stale brzmi jak szesnastolatka i do tego idelanie śpiewa na zywo czysto jakby to nagrywane było w studiu płytowym.

oładka wersji cd edycja 2003 - front

Całkowicie pominąłem opis samej Neny a chciałbym się też odnieść więc dopiszę.Nena im starsza tym robi się lepsza i wokalnie i wizualnie. Jej nowy image niejednego potrafi zmylić co do faktycznego wieku tej artystki.

       
Nena z lat 80tych, z okresu nagrania tej płyty i obecnie

strona A

1 - 99 Luftballons (New Version/Album Version 2)         
2 - Anyplace, Anywhere, Anytime (New Version)         
3 - Nur Geträumt (New Version)         
4 - Leuchtturm (New Version)         

strona B

1 - ? (Fragezeichen) (New Version)         
2 - Wunder Geschehen (New Version)        
3 - Jetzt Bist Du Weg (New Version)

strona C
       
1 -Lass Mich Dein Pirat Sein (New Version)        
2 - Es Regnet (New Version)         
3 - Lichtarbeiter (New Version)        
4 - Vollmond (New Version)        

strona D

1 - Irgendwie, Irgendwo, Irgendwann (New Version)        
2 -Ich Häng Immer Noch An Dir (New Version)        
3 - Carpe Diem (Söhne Mannheims Ragga Mix-Radio Edit)         

dodatkowo na wydaniu 2 x cd

1 - Haus Der Drei Sonnen         
2 - Tanz Auf Dem Vulkan         
3 - Dafür Ist Das Leben Zu Kurz        
4 - Du Kennst Die Liebe Nicht         
5 - 99 Luftballons (Old Live Version)         
6 - Carpe Diem

Dla chętnych, dwa fragmenty z występu Neny na Olimpijskim Stadionie w Berlinie

Nena - Live Berlin 31.07.2004 - 99 luftballons (new version)

Nena - Live Berlin 31.07.2004 - Leuchtturm (new version)

poniedziałek, 8 października 2012

Edukacyjna wartość polskich seriali


Pop kultura, pop kultura jedno kłamstwo, jedna bzdura. Śmiało można sobie podśpiewywać te słowa razem z T Love. Ile w tym prawdy ten tylko się dowie kto spojrzy na problem ciut szerzej niż przeciętny Kowalski.Zjawiska zachodzące w społeczeństwie są jak im się przyjrzeć szalenie ciekawe i niestety wystawiają złą opinię o nas samych. Nie ukrywam społeczeństwo to także ja i jako cząstka całości również w jakimś sposób łapię się na różne manipulacje. Na niektóre świadomie wyrażam zgodę , przeciw innym się buntuję ale zazwyczaj im ulegam tak jak i większość w sposób nieświadomy.Kwestia tylko dotarcia z przekazem i stworzenie potrzeby by każdy z nas dał się nabrać.

Niestety w ostatnich latach obserwuję strasznie zaniżony poziom tych kombinacji mających na celu poddanie nas manipulacji. Być może powodem tego są jakieś tajne badania, które dowodzą o sile prymitywnych oddziaływań bo to one najszybciej docierają do najszerszego odbiorcy. Zajmę się w tym felietonie tylko jednym odłamem szeroko pojętej pop-kultury a mianowicie telewizją. Żeby doprecyzować bo to również olbrzymie medium dodam że chodzić mi będzie o seriale, które niemiłościwie według mnie nas zalewają od lat.Osobiście nie mam nic przeciwko serialom a nawet tasiemcom serialowym pod warunkiem, że zamykają się one ze swoją fabułą w jednym odcinku. Może więc według mnie  powstać i dwa tysiące odcinków Kiepskich, Rodzin zastępczych, czy weźmy podwórko amerykańskie, setki odcinków takiego Columbo czy Kojaka.Inaczej ma się już z typowymi produkcjami ciągnącymi się długie miesiące lata a nawet dekady.Twórcy dość szybko zaczynają tracić kontakt z rzeczywistością i by fabuła była zajmująca stosują coraz dziwniejsze pomysły a niekiedy wręcz piszą scenariusze pod zapotrzebowanie oglądających to ludzi.Skoro badania, które robi się stale "z ukrycia" wykazują, że większość liczy na dany rozwój sytuacji to fabułę się rozwija w takim kierunku jakim jest zapotrzebowanie.Oczywiście wystawiając przy tym widzów tego serialu na próbę cierpliwości i podsycając napięcie zanim dojdzie do owego spełnienia potrzeby obejrzenia tego co i tak było wiadome od początku.Dobry scenarzysta potrafi nawet kilka lat prowadzić fabułę zanim dojdzie ona do celu oczekiwanego przez wszystkich. Tą prawdę o widzach pokazali nam twórcy serialu Columbo gdzie po raz pierwszy na taką skalę odwrócono schemat filmów kryminalnych.Tu sprawcę znamy od razu a film ma nam pokazać jak na to wpadły właściwe organy ścigania.Tutaj sam czyn zbrodniczy ma znaczenie drugoplanowe.Trochę schodzę z tematu więc szybciutko powracam do głównego wątku. Zostawiam Columbo bo to zły przykład typu serialu o jakim chcę teraz napisać.Zacznę od pytania, na które niech każdy sam sobie odpowie w myślach. Czy oglądając seriale typu tasiemiec nie odczuwacie wewnętrznie, że twórcy i aktorzy odgrywający w nich swoje role po prostu traktują was jak przygłupów ? Ktoś tam zapewne sobie ubzdurał, że ludzie pragną oglądać "życiowe filmy"i tak dalece się utożsamiają z bohaterami,że tracą poczucie istnienia bariery między tym co na ekranie a tym co w ich życiu.Do tego wszystkiego ciągnąca się przez dziesiątki a nawet setki odcinków fabuła schodzi programowo na drugi plan.Dla większości tworzących nie ważne jest jak się potoczy akcja bo ona jest programowo tylko tłem do tego co chce się pokazać.Większość tych telenowel, które z nowelami mało mają wspólnego, tworzone są według schematu.Wpierw bada się rynek pod kątem grupy docelowej, która to byłaby głównym odbiorcą produkcji.Tworzy się profil widza, na który składa się kilka czynników typu zainteresowania, problemy dnia codziennego, marzenia etc. Mając stworzony obraz potencjalnego widza nie pozostaje nic innego jak zatrudnić aktorów, rozpisać bzdurne scenki z koniecznie prostą fabułą i poupychać w to wszystko treści wykazane w badaniach socjologicznych danej grupy. By serial nabrał cech "życiowych" wystarczy osadzić go na planie realiów  ujętych statystycznie tej grupy docelowej. Teraz przechodzę do sedna tego co chciałby napisać.Te wszystkie idiotyczne seriale tylko powierzchownie takowymi się wydają. One wbrew pozorom odgrywają wielką rolę w edukacji narodu. Pojawia się logiczny wniosek, że im głupsze seriale będziemy tworzyć  tym głupsze otrzymamy społeczeństwo. Seriale bowiem posiadają moc dotarcia do widza poprzez jego utożsamienie się z bohaterami. Z nich to dowiemy się jak mamy właściwie postępować. To one lansują model zachowań i pokazują nam co mamy robić ? jak ? gdzie ? kiedy ? z kim ? po co ? dlaczego ? Odbiorca nieświadomie oglądający to a w przyszłości będący  w jakieś okoliczności zbliżonej do postaci z serialu ma gotową receptę na rozwiązanie problemu. Do tego nawet  jest nieświadom tego dlaczego tak postąpił. Pomijam tutaj całkowicie kwestię lokowania produktów celem reklamy, bo to chyba oczywiste jest dla każdego. Produkty widać i ta manipulacja nami razi od razu po oczach.Treści manipulacyjne odnoszące się do naszych zachowań są już lepiej ukryte. Czasami pewne przekazy są bardzo czytelne. W kwietniu w serialu adresowanym do osób starszych z pewnością poruszone w fabule będzie kwestia rozliczania pitów, gdzie wnuczka będzie babci swojej tłumaczyć gdzie ma się udać by ktoś jej w tym pomógł, jak znam tego typu mechanizm od razu na ekranie będzie podana cena takiej usługi by ludzie dowiedzieli się, ze to nie jest aż takie drogie.Na gwiazdkę świadkami będziemy ubierania choinki i wymyślania prezentów pod nią. Z innych seriali dowiemy się jakie są modne restauracje i miejsca w których wypada bywać.Na Wielkanoc nawet poznamy przepis na pyszną babkę, bo akurat mamusia będzie córce przez telefon dyktować.Boicie się ,że nie zdążycie zapisać ? Nic podobnego - zdążycie. Ta córka w serialu  też nie będzie miała papieru i ołówka i przerwie to dyktowanie i poleci poszukać przybory. Wy w tym czasie zrobicie to samo i tak oto naród w całej Polsce dowie się jak upiec babę na święta. Oprócz bzdurek typu kulinarne przepisy, seriale poinformują nas również co robić gdy przypęta się choroba. Co robić, gdzie się udać wszystkiego się naród dowie.Wystarczy oglądać seriale.Czasami się zastanawiam jak wyglądałoby nasze społeczeństwo, gdyby całkowicie proces socjalizacji jaki przechodzi człowiek od dziecka opierał się na mas mediach. Myślę, że stworzono by cały świat ludzi łatwo sterowalnych. Nie ma bowiem ludzi nie podatnych na kwestie manipulacji. Cały problem to tylko znaleźć odpowiedni profil i dobrać do tego właściwe narzędzia.

Czasami tak sobie myślę, że gdyby nagle ktoś wpadł na pomysł i umieścił fabułę serialu w środowisku hobbystów zbierających płyty i ukazano by w nim całe piękno tej pasji to byłaby szansa na to, że sklepy z płytami ponownie zaroiły by się od klientów. Niestety póki co prędzej można liczyć, że wzrośnie zapotrzebowanie na ogródki działkowe, porady prawnicze czy też wzrośnie chęć do posiadania kotów. Prędzej seriale zachęcą nas do biegania na siłownię niż do sklepów z płytami. Nikt nie będzie robił przecież filmów "nieżyciowych". Big Brother kiedyś udowodnił wszystkim, że odpowiednio pokazywane zachowania nawet te najbardziej durne mogą stać się kanonem.Chciałbym doczekać czasów kiedy ponownie będą powstawać seriale dla rozrywki. W których nikt nie będzie mi pokazywał jak mam żyć, co jeść, w co się ubierać.Gdzie nie będę musiał wysłuchiwać po kilka porad w każdym odcinku. Gdzie twórcy przestaną mnie traktować jak osobę, którą należy wychowywać i ciągle czegoś uczyć.