czwartek, 7 lutego 2013

A morze szumi im...

 Może zimą ?  Morze zimą ?

W miesiącu styczniu w gąszczu zajęć zawodowych i dyżurów los sprawił, że pojawiłem się na sześć dni w Ustce (nadmorska miejscowość między Darłowem a Łebą). Mieścinka jak każda inna tego typu. Położona jest nad morzem i posiada infrastrukturę przygotowaną na gościnę w lecie turystów. Zimą w tych miasteczkach jest wyjątkowo nostalgicznie i tak jakość cicho i pusto.Ciągnące się w nieskończoność puste plaże, brak zgiełku i tylko szum morza przerywany okrzykami mew. Oaza spokoju i rewelacyjne miejsce na wyciszenie się po stresach. Sporadycznie spotykani ludzie to zazwyczaj pensjonariusze domów sanatoryjnych. Przy promenadzie czynnych kilka zupełnie pustych kafejek.Trochę dalej od plaż widać tubylców mieszkających i pracujący tam na stałe. Cecha główna Ustki zimą to spokój, cisza i bardzo wolno biegnący czas. Dalej miałem zamiar napisać bardzo osobistą refleksję ale byłaby ona zrozumiana tylko dla mnie więc zaniechałem.Po części związana z tytułem tego postu.. może kiedyś innym razem. Jako ilustracje tego wpisu niech posłużą fotki zrobione przez mnie podczas tegorocznych moich styczniowych spacerów brzegiem naszego polskiego morza.

Zima , spokój, morze, plaża, wiatr,  mewy ...

bez komentarza - po prostu zima nad Bałtykiem

Ja w oddali (fotka autorstwa mojej żony)
Motyw samotnego faceta - tak popularny na okładkach płyt


Korzystając z okazji wizyty w Ustce nie omieszkałem przeprowadzić zwiadu rozpoznawczego miejsca w którym co roku organizowany jest festiwal legend muzyki rockowej.Chodzi tu o miejsce zwane obecnie Doliną Charlotty a wcześniej znane głównie tubylcom jako Młyn w Zamełowie. Okazuje się, że to miejsce powstało trochę w sposób sztuczny. Stworzył je inwestor nadając mu nową, obco nam brzmiącą, aczkolwiek wielce romantyczną nazwę.Wybudowano tam dwa kompleksy drewnianych budynków położonych na stawie na palach. Na wzgórzu olbrzymi luksusowy hotel ze SPA. Nieco dalej umieszczono na dużym terenie coś na wzrór  ZOO. Zobaczyć można tam między innymi Żubry.W kompleksie Doliny Charlotty wybudowano również sporej wielkości amfiteatr na około 5000 miejsc.Od kilku lat organizowany jest tam latem cykl koncertów pod tytułem legendy rocka. Zapraszane są tam gwiazdy najwiekszego formatu ale obecnie ciut już wyblakłe, choc nie jest to regułą. Trudno mówić o blaknięciu w przypadku Purpli czy Marillion (choć i tu opinie mogę mieć odmienną z czytelnikami bloga)

Kto tam już nie był ? Długo można by wymieniać.Nie było tam: Led Zeppelin, Iron Maiden, Genesis, Scorpionsów, Rainbow, AC/DC.. jednym słowem nie było tam wielu ale byli na przykład: The Animals & Friends,Ray Wilson z zespołem Stiltskin,The Glitter Band, Middle of the Road, The Rubettes, Chris Norman, Maggie Reilly,T.Rex (wiadomo bez Bolana), Bonnie Tyler, Electric Light Band, Ten Years After, The Troggs, Wishbone Ash, The Yardbirds, Slade, Focus, Budgie, Arthur Brown, Chickenshack, Spencer Davis Group, Sweet, Nazareth, Omega, Eric Burdon, Marillion, Procol Harum, Deep Purple i jeszcze kilka zapewne nazw pominąłem. Warto tam być. Zespoły nie zawsze tworzą swoimi składami personalnymi te które pamiętamy z okresów ich największego bum ale to co oferują nam na koncertach i tak ukazuje nam w jakimś stopniu ich magię. Zresztą w końcu to koncert legend rocka wiec i ciut wyrozumiałości się należy. Rekompensuje nam wszystko otoczenie w jakim to show się odbywa. Zimą potrafi ukazać swoje piękno, to co dopiero latem gdy bujna zieleń dominuje wszędzie. W tym roku mam zamiar odwiedzić jakiś koncert legend i poczuć ten klimat a przede wszystkim znaleźć się w otoczeniu ludzi którzy specjalnie na te atrakcje muzyczne przejechali przez kawał Polski.

Jedno z wejść do amfiteatru w Dolinie Charlotty

Amfiteatr w Dolinie Charlotty (około 5000 miejsc)

Ja już oczekujący na tegoroczne letnie koncerty

Dolina Charlotty  dawniej  Młyn  w Zamełowie 
(Młyn znajduje się w fazie odnawiania -niewidoczny na fotkach)
Można też jak w reklamie po koncercie pójść i usiąść przy Żubrze

sobota, 2 lutego 2013

Inka, Lilly, Snoopy, Alergia, Peggy Sue i Betty

Dzisiaj nie o muzyce, bo nie tylko nią człowiek żyje.. chociaż czasami....

Do zrobienia tego wpis trochę przyczynił się zaprzyjaźniony i chyba znany wszystkim i tu zaglądającym blog , w którym to w ujmujący sposób pokazał swoje rozmiłowanie do psiaków Nawiedzony. U mnie chyba od zawsze był pies w rodzinie, tzn od okresu gdy jako rodzina zamieszkaliśmy sami. Nasze pieski zawsze posiadały zbliżony rodowód. Przeważnie były to zwierzaki porzucone i adoptowane przez nas ze schroniska lub różnych fundacji zajmujących się takimi sprawami. Wpierw pojawiła się sunia będącą mieszanką jamnika z czymś bliżej niesprecyzowanym. Efektem tego był piesek wyglądem przypominający "przegubowca" ale nieposiadający głównej cechy tej rasy - owej długości.Przywieźliśmy ją z poznańskiego schroniska dla zwierząt jako szczeniaka. Nadała jej imię córka - Inka. Nieszczęście jej polegało na tym, że wyjątkowo ciężko znosiła rozstania z nami gdy szliśmy do pracy. Pewnego razu będąc pod opieką u mamy na ogródku działkowym uciekła w celu odnalezienia nas. Zginęła na ul. Piątkowskiej wpadając pod samochód. Nacieszyliśmy się nią niecały rok. Lekarstwem okazała się kolejna sunia Lilly. Była mieszanką teriera szkockiego. Roboczo nadaliśmy jej rasę Terier Koronny z uwagi na jej miejsce zamieszkania. Jakość nikt nigdy nie zakwestionował gdy podawałem nazwę tej rasy.Zachęcam wszystkich do nadawania nazw ras kundelkom bo w końcu dlaczego one mają być pozbawione szlachetności ? Lilly okazała się nad wyraz ułożonym psiakiem, przy okazji nie zatracając swojej rogatej natury. Bywała z nami wszędzie.U znajomych, na wakacjach. Nawet potrafiła kamuflować się we wszelkich lokalach gastronomicznych, włączając w to dość eleganckie restauracje czy kawiarnie.Po naszej przeprowadzce "na wieś" dołączył do niej nasz kolejny czworonóg. Tym razem był to pies i pochodził z hodowli psiaków w Wirach koło Poznania.Jego pech polegał na tym, że mamusia labradorka puściła się z ... trudno określić. Efektem tego zbliżenia był psiak podobny do labradora ale będący niewielkiego wzrostu.U nas otrzymał nazwę rasy Labrador czarny miniaturka lub labrador Wirski.Póki co nikt też nie kwestionuje gdy podaję jego rasę.Z uwagi na wścibskość i wszędobylskość otrzymał wdzięczne imię Snoopy. I tak przez ostatnich sześć lat miałem w domu dwa wspaniałe psiaki.Lilly uczyła go cwaniactwa a on odwdzięczał się jak mógł, choćby wylizując jej ropkę z oczu. Nie odstępował jej na krok. Gdzie była ona tam on. 
 


Lilly - Terier Koronny - miłośniczka piłek, restauracji, opalania się na pełnym słońcu. 
Nazywana u nas w domu również cwaniarą

Snoopy - Labrador czarny miniaturka - potocznie nazywany również Lelochem z uwagi na wieczne pragnienie głaskania i przytulania . Miłośnik wieczornego szczekania w ogrodzie. Pasjonata wszelkich stworzeń. Opiekuńczy i skory do ciągłych zabaw.

W listopadzie Lilly musiała być uśpiona z uwagi na chorobę nowotworową i jej męki z nią związane.Tego samego dnia od razu pojechaliśmy po koleją psinkę. Baliśmy się, że Snoopy bez towarzyszki nam zmarnieje.Pojawiła się kolejna pochodząca z fundacji zajmującej się adopcjami zwierzaków psinka. Peggy Sue, bo tak ją nazwaliśmy była (nadal jest) kilkumiesięczną sunią po przejściach (prawdopodobnie była gdzieś bita, męczona ? Ma traumę  ale powoli jej mija). Ma najwięcej cech z owczarka pomijając jej kudły. Wyjątkowo bała się mężczyzn, wiec sporo dni upłynęło, gdy po raz pierwszy do mnie podeszła sama. Ze Snoooim stworzyła doskonałą parę a jej młody temperament nie pozwolił owemu rozmyślać o stracie poprzedniej towarzyszki. Nam też było łatwiej bo sunia wymagała sporej naszej uwagi na początku pobytu. Cały czas skora do zabawy z nim nie daje mu chwili wytchnienia do teraz.W grudniu moja żonka wpadła (za moimi plecami) na pomysł sprowadzenia do domu jeszcze jednego psa. Wciągneła się w strony internetowe różnych fundacji pomocy dla zwierząt i jak przeczytała o likwidacji schroniska postanowiła wziąć na przechowanie jako dom tymczasowy roczną suczkę.Byłem przeciwny takim pomysłom bo zdawałem sobie sprawę, że ciężko będzie po okresie kilku tygodni pozbyć się psa i to nawet wiedząc, że biorą go dobrzy ludzie. Stało się. Nasze rodzinne stado powiększyło się o Betty (wcześniej czarnulka - później Negra). Po dwóch tygodniach pogodziłem się już z tym, że od tej chwili mamy już trzy psiaki.Trochę zacząłem się obawiać przypadłości Willaski i Bardottki. Kilka miesięcy współczucia dla różnych stworków mojej małżonki i sam zacznę prowadzić schronisko. Byłem jednak twardy i ogłoszenie o możliwości adopcji w necie zamieściliśmy. Betty wzbudziła zainteresowanie i tak po niecałym miesiącu utraciłem, kto wie czy nie najmądrzejszego psiaka jakiego miałem i będę w przyszłości miał. Fakt, że jej umiejętności przysporzyły nam pewnych problemów. Sama potrafiła sobie otwierać drzwi od domu, furtkę od wyjścia na ulicę, spiżarnię. Rozpakowywać paczki dostarczane przez kuriera z psimi przysmakami, typu wędzone nóżki kurczaka. Kuchnia dla niej nie miała tajemnic a zwłaszcza zawartość na piecu i blacie kuchennym.Stwierdziłem nawet, że jej zdolności były chyba jedynym powodem dla których nie wycofałem ogłoszenia.

 Betty - wcześniej nazywana Czarnulką a przez obecnych właścicieli Negrą

Zbyt mądra na naszą rodzinę.....

Wiem, że to szło by ułożyć u takiej jeszcze w miarę młodej suczki ale z drugiej strony był jeszcze inny powód. Przy moich dwóch małych psiakach ona była olbrzymia i cały czas próbowała być numerem jeden a może po prostu tak to wyglądało. Podczas witania czy zabaw z nami pozostałe nie mogły się przepchać bo były za słabe. To był raczej pies do tego by być w domu u człowieka sam i samemu brać całą miłość i samemu dawać swoje oddanie. Potrafiła zdominować całe stadko i zawłaszczać naszą uwagę tylko dla siebie. Rozstanie trzeba było przeboleć. Powiedziałem sobie - nigdy więcej czegoś takiego by dobrowolnie przywiązywać się do stwora a później żałować jego odejścia. W sposób świadomy tak postępować by sobie robić ból ?  Nigdy więcej. Obecnie jestem pełen obaw, gdyż od pewnego czasu ponownie obserwuję zwiększoną aktywność mojej żony na pewnych stronach...  czyżby nowy pomysł o którym dowiem się po fakcie ?

Snoopy i Peggy Sue - duet wiecznych wspólnych zabaw.


 Czarne bractwo wzajemnej adoracji - Snoopy, Peggy Sue i  Betty

Swego czasu równolegle z psiakami miałem jeszcze kotkę przygarniętą. Niestety mieszkając przy ruchliwej drodze liczyć należy się z tym, że nie przetrwa zbyt długo. Udało się jej aż osiem miesięcy. Straszny był smutek po niej. Nawet z psiakami potrafiła się jakoś dogadać. Postanowiliśmy więcej kotów nie mieć by ich nie narażać. Tutaj w okolicy mało który żyje dłużej niż kilka miesięcy.


              Nasza pechowa kotka Alergia (imię wymyśliła córka która ma uczulenie na kotki)

Odrywając się od tematyki psiaków. Zaczynam powoli dostosowywać się do 400 godzin pracy miesięcznie.Myślę, że i moja aktywność na blogu powoli zacznie rosnąć. Kupiłem sobie wreszcie kilka płyt i ponownie odczuwam radość ze słuchania muzyki. Zwłaszcza, że nabyłem polską płytę która od pewnego czasu była moim numerem jeden na liście życzeń. Co prawda póki co klimaty nachodzą mnie głównie na dźwięki łatwe i przyjemne ale to już coś. Biorąc pod uwagę, ze jeszcze dwa tygodnie temu włączenie gramofonu nie wywoływało żadnych emocji pozytywnych - no może sen, to wszystko podąża w dobrą stronę.Niebawem relacja z ciekawej kilkudniowej  zimowej wycieczki... w zasadzie czekam za fotkami z niej bo one odegrają istotną rolę.


Peggy Sue - "Owczarek Kierski" miłośniczka miłośniczek do psów. Za swoją panią uważa tylko na razie moją żonę, dzięki której zresztą u nas się pojawiła. Uwielbia długie bieganie po mrozie, kopie doły. Chyba szczeniak po części rasy Husky. Według mnie matką była jakaś kotka bo charakter ma koci.Chodzi swoimi drogami i robi co chce i kiedy chce. Oporna na wszystko jeśli jej coś nie w smak. Na razie młoda i głupiutka. Zobaczymy co z niej wyrośnie.

P.S. Zdjęć Inki naszego pierwszego pieska, który zginął pod kołami samochodu nie posiadam

środa, 16 stycznia 2013

Pracuję ciężko....

Trochę mniej mnie ostatnio wszędzie. Wpadłem na pomysł by trochę dołożyć starań i choć z podstawowych długów powychodzić.Życie dało mi możliwość popracować dodatkowo.Efektem tego jest, że miewam w miesiącu czasami kilkanaście godzin przerwy pomiędzy dyżurami 24 godzinnymi.Jedną z ostatnich rzeczy jest ochota na pisanie. Zdążę co najwyżej poczytać co piszą znajomi. Póki co sytuacja z dodatkowym zajęciem potrwa do czerwca. Myslę że jak się ogarnę (wejdę w ciąg i się przywyczaję do wielogodzinnej pracy) to i wygospodaruję czas na klinięcie tutaj o czymś konkretnym ( przynajmniej według mnie). Piszę to by dać znać, że żyję i tylko głupota w połączeniu z trudami utrzymania założonego standardu życia nie pozwala mi na większą aktywność. Najgorsze jest w tym to, że spadła u mnie potrzeba wielogodzinego słuchania muzyki. Zmęczenie to jednak  taki stan pomiedzy otępieniem a niemocą co likwiduje wszelkie zdrowe objawy (łózko to najważniejszy mebel w domu - zaraz po szafce na sprzęt HI FI). Oby mi przeszło jak najszybciej to zniechęcenie do dźwięków wszelakich. Wiecie że od prawie dwóch miesięcy nie kupiłem żadnej płyty .... szok....... źle mi z tym

piątek, 7 grudnia 2012

ABBA - Trochę gorzkich słów rozżalonego fana


Piszę to z pozycji osoby która ABBĘ uwielbia.Jeśli komuś moje przemyślenia wydadzą się krzywdzące to proszę o wybaczenie.
W końcu to tylko myśli jakie błąkają się po mojej głowie od kilku już lat
.
Urażonych przepraszam

Prawdopodobnie jestem jednym z nielicznych, któremu nie zależy na tym by zespół ABBA się reaktywował. Jeśli by mieli to uczynić na jeden koncert to w ogóle bez sensu bo to nie była grupa typowo koncertowa. Jeśli by mieli nagrać nową płytę to jaką ? Osadzoną w brzmieniu ABBA made in 1976r ? Projekt spaliłby na panewce bo nowe piosenki zawsze zestawiane byłyby ze starymi a owe znane już przeboje ciągną za sobą całą legendę której nowościom byłoby brak. Klapa murowana.Poza tym wizerunek grupy dla wielu jej fanów zatrzymał się na tym 1981r i obecny image mógłby w konfrontacji z utrwalonym spowodować kancerę w naszej wyobraźni Agnetha choć nadal urocza ma już 62 lata. Bjorn 67. Osobiście nie chcę na scenie widzieć ludzi w obecnym ich wizerunku, by nie niszczyć w sobie wizji, jaką stworzyli mi jako dziecku swego czasu, dając pewien estetyczny wzorzec. ABBA dla mnie to produkt doskonały i spięty klamrą obejmującą okres pomiędzy debiutem a ostatnią płytą. Nawet nie rajcują mnie te wszystkie smaczki muzyczne wydawane dla koneserów a udostępnione publice dopiero grubo po zaprzestaniu działalności.Drobnym wyjątkiem darzę tylko jeszcze solowe płyty Agnethy na których miejscami pobrzmiewa muzycznie mi to co tak polubiłem wcześniej.ABBA skończyła się bezpowrotnie zostawiając po sobie nam osiem płyt długogrających wzbogaconych o kilka piosenek singlowych.To spory materiał ilościowy i jakościowy i jak dla mnie wystarczający.

 Agnetha i Frida w 2009r
(Agnetha  i przygryzanie wargi - to jej pozostało)

Inna rzecz mnie frapuje, gdy rozważam przyszłość a w zasadzie przeszłość ABBY. Panowie Bjorn i Benny to wybitni kompozytorzy, którzy w ciągu kilku lat potrafili stworzyć razem ponad 30 przebojów muzyki rozrywkowej. Co się z nimi nagle stało ?

Po zawieszeniu działalności grupy stworzyli jeszcze musical "Chess", który odniósł umiarkowany sukces, ale to wszystko zamknęło się rokiem 1984. Dziś przypomnę mamy 2012. Przez 28 lat panowie będący cały czas zgodnymi przyjaciółmi nie napisali nic na miarę tego co robili będąc w ABBA. W jednej z licznych wypowiedzi Bjorn z Bennym powiedzieli, że już udowodnili to, że potrafią tworzyć przeboje pop i nastał czas by zająć się czymś innym - poważniejszym. Owszem, udawadniać, że potrafią nie muszą ale czy my czekaliśmy swego czasu za nowymi piosenkami ABBY po to by sprawdzić czy Bjorn z Bennym potrafią je stworzyć ? Co mam myśleć o ludziach, którzy tworzą muzykę po to by coś udowodnić ?

Czyzby za tymi dwoma sympatycznymi Szwedami tak naprawdę kryło się dwóch narcyzów, których głównym celem jest pompowanie legendy o sobie samych ? Obaj panowie nie kryli tego, że fascynowała ich wielka czwórka z Liverpool. Czyżby postanowili w sztuczny sposób stworzyć analogicznie do Beatlesów swoją własną legendę ? Chyba to zbyt śmiała teoria ale porównań nie brakuje. Zawieszają działalność w okresie dużej płodności artystycznej i tuż po ogromnym sukcesie komercyjnym. Podobnie jak Beatlesi będąc skłócenie ze sobą (przynajmniej częściowo).Również ich zamiarem jest nie reaktywować zespołu. Beatlesi jednak komponowali i wydawali po rozpadzie kapitalne płyty. Bjorn z Bennym rozpoczęli odcinanie kuponów od swojej popularności. Mieli w tym sporo szczęścia, bo opatrzność czuwała nad ich rozbudowanym ego. Tą opatrznością była Catherine Johnson, która napisała scenariusz na podstawie piosenek zespołu i stworzyła coś czego nigdy Bjorn z Bennym by nie zrobili. Ona do współy z reżyserką Phyllida Lloyd stworzyła musical pokazując obu panom, że to czego tak pragnęli czyli napisanie przeboju musicalowego stało się faktem tylko sami nie dostrzegli tego jaki potencjał zawierały piosenki napisane wcześniej.Po latach różnych prób, zazwyczaj nieudanych Bjorn i Benny odnaleźli nową pasję. Sprzedać swój produkt muzyczny ponownie przyozdobiony w nowe szaty. Zaangażowali się mocno w projekt przedstawienia i tak oto w 1999r w Londynie miała miejsce premiera ich musikalu "Mamma Mia".Przedsięwzięcie artystyczne odniosło ogromny sukces i panowie ponownie znaleźli się na szczycie. Tym razem już nie jako kompozytorzy pop a twórcy muzyki do najbardziej kasowego musicalu ostatnich lat.Duma ich rozpierała mocna bo brali czynny udział w organizacji tego spektaklu.Oni mieli decyzdujący głos na kastingach w doborze wokalistów i wokalistek. Oni czuwali nad ścieżką dźwiękową. Nic bez nich nie mogło być zrobione w sferze muzycznej. Przy tej pracy nad całością dorobili się opinii perfekcjonistów.

 Geniusze ? Szarlatani muzyczni ? Narcyzi ? Może wszystkiego po trochu. Jedno jest pewne to dzięki nim powstało osiem przepięknych płyt a reszta (po Szekspirowsku) niech będzie milczeniem

Zresztą w latach późniejszych gdy Mamma Mia była wystawiana w innych krajach, wszędzie byli obecni i wszędzie decydowali o obsadzie (pod względem wokalnym) i całości pod względem muzycznym.Sukces pozwolił panom w glorii spędzić całą pierwszą dekadę nowego wieku. Kolejne premiery w kolejnych państwach odgrzewały ABBA-manię.W 2008r ekrany kin zaszczyciła wersja filmowa tego przedstawienia.Obsada iście Holywoodzka dopełniła nobilitacji i tak oto panowie odgrzali po raz enty swoje dokonania sprzed powiedzmy 30 lat."Mamma Mia" dorobiła się też dokumentalnego filmu w którym pokazano kulisy kręcenia jak i wzbogacono go o materiał zdjęciowy pochodzący z różnych krajów w których odbyły się premiery tego musicalu na deskach.Nie zabrakło też wypowiedzi Bjorna i Bennego.Do nich właśnie chciałbym się odnieść a zwłaszcza do jednej.Bjorn w tym filmie powiedział,że sukces ABBY to oni sprawni kompozytorzy.Dziewczyny tylko śpiewały i praktycznie było to bez znaczenia, zę to właśnie one. Akurat trafiło na nie bo były związane z nimi i nie było potrzeby szukania.Potraktowali to jako przypadek.Uważają, ze sukces odnieśli by z innymi wokalistkami również.I jak tu lubić tych dwóch "przesympatycznych" Szwedów ? Umniejszają rolę Fridy i Agnethy na każdym kroku a to one były głównymi twarzami i głosem grupy.To one tworzyły cały wizerunek i to dzięki nim ABBA miała taką a nie inną pozycję.Panom jednak ciut odbiła sodówka widząc jak kolejne premiery Mamma Mia z różnymi obsadami odnoszą kolejne sukcesy. Tylko czy te sukcesy byłyby takie same gdyby wcześniej głosy Agnethy i Fridy nie stworzyły pod to podwalin ? Sporo pytań zadaję ale tylko już takie gdybanie pozostało. Zwłaszcza,że tacy sprawni wręcz geniusze kompozytorscy na przestrzeni ostatnich prawie 30 lat nie pokazali światu nic. Panowie jak widać nie czują potrzeby tworzenia a jedyne zajęcie jakie sprawia im przyjemność to jeżdżenie po świecie i kreowanie się na wielkich "nadtwórców" muzyki pop.Zapewne chcieli by być porównywani do McCartneya tylko że sir Paul cały czas tworzy i od czasu rozpadu zespołu napisał drugą część swojej historii jako twórca. Podobnie pozostali członkowie The Beatles. Bjorn i Benny zaś płyną cały czas tylko na fali swojego dawnego sukcesu, zresztą zawdzięczają go prawdę mówiąc dwóm paniom, które stworzyły z ich pracy nową jakość w postaci przedstawienia a później filmu.Jak znam życie całe ochy i achy i tak spijają oni, choć gdyby nie pani Johnson i Lloyd tyle by ze swojej popularności dzisiaj mieli ile pozostałoby ludzi z nostalgią wspominających czasy gdy dwie dziewczyny swoimi głosami podbiły pół świata.

 Według Bjorna i bez tych pań ABBA by odniosła sukces. W ich miejsce mogły być inne piosenkarki
(ciekawe jak wtedy by się zespół nazywał ?)

Nie chciałbym być źle zrozumiały. ABBA była zjawiskowa i trafiła idealnie w czasy. Dostarczyła światu jak już pisałem ponad 30 piosenek o statusie przeboju.Była tworem w jakiś sposób doskonałym i wzorem dla wielu później powstałych zespołów.Wkład w historię muzki jest bezsporny.Kocham ich muzykę. Jednak dostrzegam pewną otoczkę którą wykreowano na przestrzeni ostatnich lat, która trochę nie zgadza się z faktami jakie dostrzegają moje oczy. Stąd ten wpis by pokazać, że nie wszystko jest w przypadku ABBY czarne albo białe.Podobnie zresztą jest z wizerunkiem pań. Agnetha otrzymała od mediów wizerunek tej pokrzywdzonej przez los i "niedobrego Bjorna". Problemy z kolejnymi partnerami życiowymi potęgowały to wraenie. Do tego nawet wyczytałem, że całość kasy jaką otrzymują z tantiem i praw zgarniają panowie. Przed fanami powstało wrażenie, że panie zyją pewnie w niedostatkach.Nic bardziej błędnego.Panie żyją bardzo dostanie a ten cały wizerunek aniołeczka pokrzywdzonego przez los w przypadku Agnethy spokojnie można by zweryfikować. Ale po to odsyłam do stron poświęconych zespołowi.

Hasta manana z programu TV nadanego w Hiszpanii.
Do niedawna jedyna dostępna wizyjna wersja tej piosenki

Wielu pisząc o ABBA dokonują porównań do zespołu The Beatles.Przytaczają argumenyty o rozwoju muzycznym. o tym że każda płyta była inna i bogatsza brzmieniowo.Spora przesada w tym. Tam gdzie widoczny był kroczek w rozwoju ABBY w muzyce (z płyty na płytę) tak u Beatlesów widoczne były kroki siedmiomilowe.Oby takich porównań było jak najmniej. Każdy zespół ma swoje miejsce w historii. ABBA również ale na pewno nie obok The Beatles.Swojądrogą ciekawe czym nas Bjorn i Benny zaskoczą niebawem ? W końcu sukces Mamma Mia nie może wiecznie trwać. Może powstanie Anthologia ABBY ? Może powstanie serial 10 odcinków, fabularyzowany i autoryzowany tylko przez panów.Z pewnościa prędzej czy później trzeba będzie tego kotleta odgrzać bo panowie jak widać bez tego splendoru wokół siebie żyć nie potrafią.

bardziej znane fakty odgrzewania "kotleta" w datach

1992 - Erasure (będący zespołem na topie) wydaje Epkę - Abba-Esque zwierającą cztery hity Abby
1999 - Premiera musicalu Mamma Mia
2000 - Premiery Mamma Mia w USA i Włoszech (kolejne lata -kolejne premiery w kolejnych państwach)
1999 - Grupa szwedzka A-Teens wydaje płytę z coverami Abby i umieszcza je na listach przebojów w całej niemal Europie.
2005 - Madonna wykorzystuje sample z "Gimmy Gimmy Gimmy" do swojej piosenki "Hung up"uzyskując zgodę od panów kompozytorów ABBY. Zapewne otrzymała ją z uwagi na swoją pozycję w świecie muzycznym.
2008 - Premiera filmu Mamma Mia

Do tego należy dołożyć średnio co dwa lata informacja o reaktywacji zespołu.

czwartek, 6 grudnia 2012

ABBA - Visitors (1981) - recenzja




Tą płytą ABBA weszła w lata 80te na pełnych prawach i wymogach nowoczesnego brzmienia charakterystycznego właśnie dla tego okresu. Sporo tu brzmień synth-popowych i nawiązań do tego co już było faktem, czyli nastania new romantic. Młodzi co prawda woleli słuchać już wtedy Ultravox i im podobnych niż zachwycać się ABBĄ, ale trzeba oddać sprawiedliwości -  album ten został dostrzeżony także przez nich. Dzisiaj z perspektywy czasu o wiele wyżej cenimy tą płytę niż wtedy gdy się ukazała. To wydawnictwo najlepiej pokazuje jaką długą drogę przeszedł zespół, pod względem rozwoju swoich umiejętności kompozytorskich. Niewątpliwie jest to album najbardziej dojrzały ze wszystkich. Czy najlepszy ? Chyba jednak nie, choć  spotkałem się z ludźmi którzy tą płytę cenią najbardziej. Co ciekawe większość tych którzy faworyzują "Visitors" to na co dzień miłośnicy muzyki rockowej. Może w tym tkwi urok tej płyty, że klimatem blisko jej jest do muzyki rockowej i to takiej  wtedy modnej, czyli mocno zmutowanej elektroniką. Czy album "Visitors" to jeszcze muzyka pop ? Czy adresowany był do słuchacza masowego jak wcześniejsze albumy ? Myślę, że tą płytą panowie po raz kolejny chcieli coś światu muzycznemu udowodnić.Wydaje mi się, że ABBA w tamtym okresie już przestała być dla Bjorna i Bennego celem a została środkiem dla osiągnięcia sukcesu. Fanom nie musieli udowadniać niczego, bo ci i tak kupili by w ciemno cokolwiek by wydali.Jaka jest więc ta płyta ? Moja odpowiedź brzmi następująco - refleksyjna. Tak to najlepsze określenie dla tej produkcji. Bardziej do słuchania niż tańczenia. ABBA skończyła całkowicie z dyskoteką I rozpoczęła flirt z brzmieniem new romantic. Jak dalej by się potoczyły muzyczno - aranżacyjne losy grupy już się nie dowiemy. Wtedy w 1981r ABBA brzmiała dalej świeżo i trzymała jeśli chodzi o modę rękę na pulsie. W warstwie tekstowej  ABBA również poszła dalej. Nie ma co się dziwić temu, Bjorn w 1981r miał już 36 lat więc trudno by pisał teksty o miłości z pozycji nastolatka. W to miejsce powstały teksty choćby jak w "Slipping Through My Fingers" o przemijaniu, o troskach rodzicielskich. Coraz trudniej było ABBIE  dotrzeć z czymś takim do młodych. Pozostała grupa wiernych fanów, która wraz z nimi dojrzewała i chyba głównie dla nich adresowany był ten przekaz. 


Rozpocząłem niechronologicznie  opisywanie piosenek i chyba przyjdzie mi ten bałagan utrzymać już do końca. Wcześniej na albumie pojawia się "When All Is Said and Done". "Etatowy tekściarz" Bjorn napisał do niej słowa odnoszące się do rozwodu Bennego z Fridą. Po "The Winner Takes It All" miał już pewną wprawę (Przepraszam za drobną złośliwość).Zaśpiewała ją oczywiście sama Frida dając dowód, ze nieprawdą jest by Agnetha miała monopol na liryczne piosenki.  Największą ozdobą a kto wie czy i nie przebojem jest na tej płycie "One of Us". Ponownie fani zaczęli doszukiwać się w tekście piosenki odniesień do prywatnego życia Agnethy. Piosenka podobno opowiada o kobiecie, która chciałaby, aby związek, który się skończył, ponownie zaistniał. Tekst oczywiście napisał Bjorn. A oto moja krótka refleksja nad tymi spekulacjami fanów odnośnie łączenia prywatności z tekstami zespołu. Nie chce mi się wierzyć by Bjorn był aż takim narcyzem i pławił się nieszczęściem kogoś do niedawna bardzo bliskiego. Myślę, że faktycznie coś między Bjornem i Agnethą się skończyło i pozwoliło tworzyć tematycznie piosenki będące pewnym wyobrażeniem opartym owszem na własnym doświadczeniu ale mimo wszystko było to już pozbawione osobistych emocji. Trochę niesmakiem trąci mi tylko to, że Bjorn musiał być świadomy tego, że te teksty przez fanów odebrane zostaną w sposób wiadomy. Czyżby to był celowy zabieg marketingowy ? Ale to tylko takie moje domysły zupełnie nieistotne jeśli zestawimy je  z muzyką . Z tej płyty miano przeboju (poza "One of us") dorobiło się chyba jeszcze tylko "Head over Heels". Trudno w ogóle doszukiwać się na niej hitów typowych dla ABBY. Jak już pisałem to płyta do słuchania. Moim faworytem tego albumu jest piosenka "Soldiers" z uroczą melodią w refrenie. Niestety ze zwrotek powiewa smutkiem. Kończy ona stronę A na wydaniu winylowym. Gdy przełożymy na drugą stronę  pierwsza zabrzmi piosenka "I Let The Music Speak" - kolejna smutna piosenka (która to już na tym albumie). W ogóle na całości albumu smutek jest dominujący. Praktycznie każda piosenka zawiera go mniej lub więcej. Nie ratuje tego nawet zabawny miejscami tekst w "Two for the price of one" gdzie Bjorn wciela się w postać "szukającego" faceta i znajdującego na raz dwie panie (druga okaże się na końcu matką pierwszej, mająca dokonać oceny kandydata). Płyta jako całość jest po prostu smutna i tyle. Być może to główny powód, który sprawił, że nie osiągnęła ona zamierzonego sukcesu. Niektóre piosenki przewinęły się przez listy przebojów ale szału nie było. ABBA szła powoli w odstawkę. Młodzi mieli już nowych idoli a ABBA stała się symbolem starego brzmienia lat 70tych. ABBY nie wypadało już w 1981r słuchać. Warto dodać, że tłem dla albumu były jeszcze piosenki singlowe i to nie byle jakie: "Should I Laugh Or Cry"(aż szkoda, ze poza albumem się znalazła),"The Day Before You Came"(smutek, smutek i jeszcze raz ponownie smutek),"Cassandra( bez fajerwerków ale poprawnie ładna piosenka),"Under Attack" (ponownie szkoda, ze brak go na podstawowym krązku) Wszystkie piosenki dołączono na reedycji albumu w latach 90tych.


Dzisiaj płyty zespołu oceniamy z perspektywy próby czasu jakiej poddane były te wszystkie piosenki. Nie zdajemy sobie nawet sprawy jak przez wiele lat media kształtowały w nas przekonanie do tego, że ABBA to kunszt i wielka sztuka. Nie podważam tego wizerunku ale fakt jest taki, że obecnie do albumów tej grupy podchodzimy z niebywałą wręcz estymą. Obiektywnie gdybym miał oceniać poszczególne albumy tej grupy w odniesieniu do całości historii muzyki rozrywkowej to każdej należy się ocena pięciogwiadkowa. Nawet te mniej lubiane przeze mnie albumy jak "Voulez vous" i "Album" to materiał rewelacyjny. Chciałem jednak jakoś wyróżnić w tym zbiorze dzieła wybitne stąd oceny niektórych krążków musiałem zaniżyć. Płytę "Visitors" oceniam na cztery gwiazdki i to głównie klimat "pożegnalnej płyty" sprawił, że ocena poszybowała wyżej. Nie ulegnę wpływowi pewnych recenzji chcącym nadać płycie "Visitors" rangę płyty Abbey Road zespołu The Beatles. ABBA w przeciwieństwie do Beatlesów wcale nie żegna nas najlepszą swoją produkcją.Podziwiać należy za to, że będąc w zawiłych układach personalnych potrafili jeszcze stworzyć tak doskonały album, z którego może i wieje smutkiem ale z pewnością nie wieje nudą. Zresztą smutne też potrafi być piękne choć jeśli chodzi o zespół ABBA to dla mnie grupa zawsze kojarzyć się będzie z beztroskimi melodiami i wspaniałymi czasami mojego dzieciństwa.

Zapraszam niebawem na podsumowanie i osobiste refleksje dotyczące całej kariery i  twórczości ABBY.

środa, 21 listopada 2012

ABBA - Super Trouper (1980) - recenzja


Jeżeli do poprzednich dwóch płyt miałem pewne zastrzeżenia tak do tego albumu trudno mi się przyczepić. Zanim go zrecenzuję winien jestem kilka wyjaśnień. ABBĄ zachwyciłem się w wieku 9 lat. ABBA w tym okresie wydawała w Polsce swoje dwie płyty (wiadomo które). Istnienie grupy w latach 1974 - 1982 analogicznie obejmuje u mnie okres mojego życia w przedziale 6 - 14 lat. Z uwagi na mój ówczesny młody wiek pisząc posiłkuję się obecnymi odczuciami ale często mieszam je ze wspomnieniami z dzieciństwa. Stąd czasami niektórym może się wydać dziwne w jaki sposób postrzegam wybrane albumy tej grupy. By od razu rozwiać wątpliwości płytę "Super Trouper" mogę oceniać już tylko z pozycji dzisiejszej.W 1980r jak się ona ukazała ABBA była mi muzycznie już obojętna. Oczywiście dalej lubiłem pierwsze trzy (Waterloo, ABBA, Arrival ) ale reszta nie pociągała mnie w ogóle. W świadomości gdzieś tam przewijały się strzępy, urywki z kolejnych płyt Szwedów ale ja wtedy byłem już opętany muzyką rockową a zwłaszcza klasyką rock and rolla, rockabilly no i doświadczałem rzeczy najpiękniejszej na świecie, czyli poznawałem a w zasadzie odkrywałem The Beatles.By prawdę napisać to dopiero ostatnia płyta "Visitors" nadana w trójce w okolicach 1982r zapowiedziana, że to już ostatnia płyta ABBY przykuła moją uwagę."Super Trouper" wtedy znałem tylko z tytułowej piosenki, która gościła w radiu dość często no i znałem wygląd okładki, gdyż ta płyta dość często widywana była w komisach i na giełdach płytowych.

Mój renesans na słuchania ABBY nastąpił dopiero w początkach lat 90tych i to wtedy dopiero dobrze poznałem zawartość albumu "Super Trouper".Myślę że te dwadzieścia lat słuchania tej płyty pozwoliło mi wyrobić sobie dość dobrze opinię o niej. Czas się więc podzielić tymi odczuciami.


Całość otwiera piosenka "Super Trouper" będąca wizytówką tego albumu. Piosenka utrzymana w klimacie disco, choć w roku 1980 muzyka disco brzmiała już inaczej.Widać panowie lekko przeoczyli ten fakt będąc przez ostatni okres w ciągłym galopie. Zresztą tekstem  w tej piosence dają temu upust. Co od razu rzuca się w uszy to, że pomimo progresji w graniu kompozycja ma ponownie piosenkową lekkość jak hity z pierwszego okresu działalności zespołu. Zaraz po niej rozpoczyna się "The winner takes it all" i jest to według chyba wszystkich miłośników grupy najlepsza w ogóle piosenka zespołu.Dodatkowo smaczku dla fanów dodaje ścisłe powiązanie tekstu, wokalistki (w tym przypadku Agnethy) z faktami z jej życia prywatnego. Agnetha w tej piosence wspięła się na szczyt perfekcji tworząc wspaniałą interpretację i pokazując swój cały talent wokalny.Co ciekawe Bjorn zapytany o genezę powstania tej piosenki otwarcie mówi,że to on jest autorem tekstu i że nie odnosi się on w ogóle do ich życia prywatnego.Swoją drogą uważam, że trzeba było wtedy mieć tupet by w okresie tuż po rozwodzie swojej byłej żonie kazać zaśpiewać ten tekst, nawet jeśli uważa się, że nie ma on nic wspólnego z doświadczeniem jego już byłej zony.

 
 ABBA - "The winner takes it all"


(tłumaczenie na j. polski - autor nieznany)

Nie chcę rozmawiać o tym co przeżyliśmy
To rani mnie, to teraz jest już historią
Rozegrałam swoje karty jak i ty swoimi grałeś
Nie ma już nic więcej do powiedzenia,
więcej asów nie ma w tej grze

Zwycięzca bierze wszystko, przegranemu zostaje niewiele
Po drugiej stronie Wiktorii taki już jest los

Leżałam w twych ramionach, myślałam - tam moje miejsce
Sądziłam, że to ma sens, Zbudowałam mur ochronny
Zbudowałam dom, myśląc, że w nim będę silna
Byłam głupia grając według reguł
Bogowie rzucają kostkami do gry, bez emocji
A ktoś na ziemi, traci kogoś bliskiego

Zwycięzca bierze wszystko,przegrany musi upaść
Zasady gry są proste, dlaczego miałabym narzekać

Powiedz, czy ona całuje cię jak ja ciebie kiedyś całowałam ?
Czy czujesz to samo, kiedy wykrzykuje imię twe ?
Gdzieś w głębi Wiesz, że tęsknię do ciebie
Lecz co mam powiedzieć ? Zasad trzeba się trzymać
Sędziowie wydadzą wyrok.Tacy jak ja muszą się z nim zgodzić
Widzowie, ciągle na drugim planie, Nowa gra, nowe szczęście
Kochanek czy przyjaciel ? Coś małego czy dużego ?

Zwycięzca bierze wszystko

Nie chcę już rozmawiać, Bo to mnie smuci
Rozumiem cię. Przyszedłeś, by przywitać się
Przeprosić chcę, że czujesz się źle
Widząc mnie spiętą, Niepewną siebie
Widzisz

Zwycięzca bierze wszystko
Zwycięzca bierze wszystko
Gra znowu się zaczyna
Kochanek czy przyjaciel ?
Coś dużego czy małego ?
Zwycięzca bierze wszystko

Fani od razu dorobili otoczkę obyczajową do tej piosenki bo porównań i odwołań w tekście do wizji jaką miała większość miłośników było sporo. To chyba głównie przez tą piosenkę Agnetha dorobiła się wizerunku tej najbardziej pokrzywdzonej przez "niedobrego" Bjorna. Prawda co do rozpadu małżeństwa była bardziej złożona i trudno tu mówić o jakimś porzuceniu jednostronnym kogoś.Piosenka odniosła ogromny sukces, jakiego nawet członkowie zespołu nie przewidywali. Bjorn z Bennym nawet w wywiadzie bagatelizowali wielkość tej kompozycji uważając ją za nic specjalnego, zwłaszcza w kwestii melodii.

Po tym popisie Agnethy na płycie mamy piosenkę "On and on and on". Wprawne ucho dosłucha się w niej pomysłu zaczerpniętego z "Good Vibrations" Beach Boysów ale może to zbyt daleko idące porównanie i zbieżność powstała zupełnie przypadkowo.Przy dwóch pierwszych utworach, ten trzeci nie wypada aż tak okazale ale to w dalszym ciągu solidna i barwna kompozycja.Za to kolejna piosenka "Andante, andante" to ukłon dla miłośników kompozycji typu "Fernando", "Chiquitta". Wydana nawet na rynku południowo amerykańskim na singlu. Ma ten sam klimat tzn. łagodność połączoną z melancholią.Zamyka pierwszą stronę "Me and I". Piosenka o rozdwojeniu jaźni,zresztą nawet do Jekyll i Hyde'a odwołuje się tekst.Polecam tą piosenkę bo naprawdę fajny to kawałek, zwłaszcza  gdy zwrócimy uwagę na tekst.

Stronę B otwiera piosenka taka trochę niby okolicznościowa "Happy New Year" ale w tekście przewija się refleksja nad przemijaniem kolejnych nadzieii i życzenia szczęśliwego nowego roku dostają tutaj dość gorzką otoczkę.Naprawdę kolejny świetny tekst ubrany w piękną melodię.Sporo na tym albumie jest nostalgii. "Our last summer" zapewnia nam ją w dawce wręcz gigantycznej. Kto wie czy to nie jest najładniejsza melodia na tej płycie. Gdyby nie wymiar emocjonalny na "The winner takes it all" ta piosenka byłaby zdecydowaną faworytką całości tego wydawnictwa.Pomijam już tu łatwość identyfikowania się z tekstem każdemu słuchaczowi. Kto w końcu nie ma co wspominać z przeszłości, zwłaszcza dawnej miłości ? Przepiękna piosenka. Jedna z najlepszych w całym bogatym dorobku ABBY.Kolejna piosenka "The Piper" odwołuje się do muzyki folkowej i to zarówno smaczkami muzycznymi jak i tekstem. Dziwna to kompozycja bo składa się ona jakby z trzech prawie identycznych fragmentów różniących się  tylko tekstem.Dodam że to jeden z moich ulubionych tekstów tej grupy pomimo, że w sumie jest dość prosty. Pomysł na niego kto wie czy nie zrodził się z opowieści o szczurołapie, który za pomocą muzyki wyprowadził z miasta gryzonie. Jeżeli moja teoria jest chybiona to ja i tak znajduję pewną analogię w tym tekście do tej opowiastki, stąd moje odczucia.Kolejna hit z tej płyty to "Lay all your love on me" i tu już nie ma mowy o kompromisie. To typowe disco made in 1980r.Brzmienie, rytm,te syntezatory w tle i mocno zarysowany rytm to esensja tego stylu w 1980r. Zawsze mnie dziwiło dlaczego tą płytę każdy określa jako typowo dyskotekową, gdy tak naprawdę tylko jeden utwór na niej, właśnie ten jest osadzony w tym gatunku.Kończący całość "The way old friends do" to taka trochę "ogniskowa" piosenka coś w stylu znanej na całym świecie i to w różnych językach śpiewanej, starej szkockiej pieśni "Auld Lang Syne".U nas popularnej jako "Ogniska już dogasa blask". W tym przypadku akurat tematem głównym jest stara sprawdzona przyjaźń.Piosenka wzruszająca z klimatem "kominkowym" lub jak kto woli ogniskowym.

Z tego albumu wykrojono sporo singli bo chyba osiem.Oczywiście nie wszystkie ukazały się wszędzie ale warto odnotować, że aż dwa numery zdobyły pozycję pierwszą na listach angielskich a także i w USA ABBA zaliczyła pozycję numer jeden.W reedycji płyty dodano jako bonusy dwie piosenki: "Elaine" oraz "Put On Your White Sombrero". Obie doskonale uzupełniły całość i szkoda, że nie upchnięto ich na płycie wcześniej.

Przy pisaniu recenzji płyty "Arrival" napisałem celowo, że było to szczytowe osiągniecie zespołu pod względem sukcesu komercyjnego. Album "Super Trouper" za to uważam za szczytowe osiągniecie artystyczne. Oczywiście artyzm tutaj nie przeszkodził przebojowości.Ocena pięć gwiazdek w pełni usprawiedliwiona. Szkoda tylko, że większość w tym i ja tą płytę doceniło po czasie. W 1980r stosunek do ABBY w większości u młodych był trochę lekceważący.ABBA stawała się wtedy zespołem starszego pokolenia, czyli tych co pamiętali okres ich kariery z pierwszych trzech płyt.Dla młodych rodził się wtedy new romantic, nowa fala rządziła na całego a w muzyce pop, zwłaszcza w Niemczech, Polsce i Rosji do łask zaczynały wracać piosenki pochodzące ze słonecznej Italalii. Póki co śpiewane jeszcze w rodzimym języku.

wtorek, 20 listopada 2012

ABBA - Voulez Vous (1979) - recenzja


Nie lubię tego albumu, zresztą jest jedynym, który mam tylko w wersji CD. Muzycznie zawiera materiał bardzo dobry a jego nieszczęście w moich oczach polega chyba jedynie na tym, że w okresie ukazania się na rynku praktycznie przeszedł mi bez śladu. Brak mam z nim jakichkolwiek wspomnień i to prawdopodobnie powoduje że album odbieram mniej emocjonalnie niż pozostałe.Trochę to krzywdzi całość oceny, niemniej siebie nie będę oszukiwał. Jedynie co pamiętam z tamtego okresu to piosenkę "Gimme gimme gimme" wydaną zresztą tylko na singlu.W rok później dzięki Polskiej Telewizji i programom typu "Piosenki na życzenie" wypromowano jeszcze "Chiquitita". Całość albumu znana była chyba tylko miłośnikom tej grupy a ta z biegiem czasu bardzo się, zwłaszcza w Polsce pomniejszyła. W 1979r na polskim rynku muzyki pop królowały głównie Boney M oraz Bee Gees.ABBA była już w lekkim cieniu innych artystów, nawet tych chwilowych. Oczywiście stylistyka Disco dominowała na całego i oprócz Boney M i Braci Gibb pojawiło się wtenczas wiele mniejszych i większych gwiazd takiego stylu, często lansujących zaledwie po jednym przeboju. Tłok był  na listach przebojów olbrzymi. ABBA chcąc iść w zgodzie z  modą również ten album przygotowała przynajmniej częściowo dla odbiorców dyskoteki.. "Voulez vous", "As good as new", "Angel eyes" to typowe przykłady kierunku disco w kompozycjach zespołu a piosenka "The king has lost his crown" aż w całości pachnie stylem Bee Gees. Uważam ten zabieg zresztą za celowy. Ciekawe czy ktoś oprócz mnie dostrzegł to zadziwiające podobieństwo ?. 

Tyle w zasadzie mamy tu disco. Reszta płyty to typowa ABBA z poprzedniego albumu "anno domini 1977", czyli dwie urocze przebojowe melodie "Chiquitita" i trochę w greckim klimacie "I have a dream". Dynamiczny rock n rollowy numer "Does your mother know" oraz przebojowe "Kisses of fire" kończący całość i mogący swoją stylistką śmiało zdobić którąś z pierwszych płyt tej grupy. O dwóch piosenkach "If it wasn't for the nights" oraz "Lovers (live a little longer)" nic dobrego napisać nie mogę bo wręcz drażnią.
Z pewnością płyta ta ma wielu zwolenników bo zawiera przynajmniej z cztery piosenki uważane za przeboje. Dla mnie niestety akurat te zawarte na płycie należą do tych najsłabszych hitów tej grupy. Szkoda, że bardzo dobre "Gimme gimme gimme" nie zasiliło tego albumu i nie zostało wiodącą piosenką. Tytułowe "Voulez vous" jest znacznie mniej dyskotekowe co w tamtym okresie było wadą. Polityka wydawnicza zespołu zakładała wtedy jak widać, obecność singli z repertuarem muzycznym odmiennym od zawartości longplayów. Na singla wybrano oprócz "Gimme gimme gimme" jeszcze  "Chiquitita /  Lovelight. Nagranie ze strony B nie trafiło na album. Obecnie jest  jako bonus na reedycji. Szkoda bo jest znacznie lepsze od tych dwóch "drażniących"o których wspomniałem wcześniej.

Płytę oceniam na trzy gwiazdki bo warta jest polecenia i zawiera materiał muzyczny bardzo dobry, choć jak na możliwości zespołu nie powalający z nóg. Zresztą jak już pisałem wcześniej w recenzjach płyt tej grupy, panowie z ABBA nie schodzili poniżej pewnego wysokiego poziomu.Z tą płytą na pewno kojarzyć się będą zawsze piosenki "Voulez vous" oraz "Chiquitita". Dodatkowo za sprawą filmu "Mamma Mia" może jeszcze ktoś pokojarzy "Does your mother know" oraz "I have a dream" - reszta z tego albumu pozostanie tylko w umysłach oddanych fanów ABBY. Ważnym faktem poza muzycznym 1979r dla zespołu  było podjęcie decyzji Bjorna i Agnethy o separacji małżeńskiej. Jak widać muzycznie nie odbiło się to na zespole ale powoli zapowiadało zakończenie wspólnej działalności.