czwartek, 14 sierpnia 2014

Meat Loaf - Bat out of Hell (1977) - nie recenzja



Zazwyczaj omijam pisanie o płytach już dawno powszechnie uznanych jako dziela sztuki rockowej. Dlatego tak niewiele pojawia się na moim blogu muzycznych pozycji z klasyki. Czasami wręcz sprawdzam, czy ktoś już coś o tym napisał i gdy znajduję a do tego recenzja pokrywa się z moim zapatrywaniem, daję sobie spokój i szukam na półce swojego zbioru płyty mniej znanej a przynajmniej mało opisanej. Przy Meat Loaf robię wyjątek z uwagi, że przez wiele lat traktowałem tego artystę jako totalne flaki z olejem do tego napompowane scenicznym aktorstwem. Nic mi się nie podobało w tym artyście z wyjątkiem dwóch piosenek i to z drugiej części "Nietoperza"(tej z 1993r). Pierwszy kontakt z Meat Loaf miałem za sprawą plakatu (z gazety "Poster" - ciekawe kto pamięta to niemieckie wydawnictwo) z którego z jednej strony spoglądały cztery wystrzałowe laski z zespołu The Runnaways a z drugiej jakiś spocony tłuścioch - niejaki Meat Loaf. Było to w okolicach roku 1980. Nigdy Meat Loaf nie doczekał się chwili, w której bym odwrócił plakat z Joan Jett i jej koleżankami.Był jeszcze epizod gdzie widziałem go w jakieś komedii, w której grał rolę pirata. Kolejny kontakt z tym panem to już 1993r i epoka MTV w wersji już polskojęzycznej i wielki przebój "I'd Do Anything For Love". Daleki byłem jednak od tego bym (zastosuję określenie fejsbukowe) kliknąć na "lubię to". W erze internetu i mojego okresu "ciągłego szukania zapomnianych lub nieznanych dźwięków" (u mnie między 2000 a 2009r) natknąłem się i na Meat Loafa. Przyznam się. Przesłuchałem jego trzy płyty w tym tą o której dzisiaj piszę. Nie zrobiły na mnie wrażenia. Kolejne styczności z płytą to raczej już przypadkowe kontakty słuchowe. Czasami coś w radiu, czasami przypadkowo obejrzane DVD, czasami zasłyszana opinia. Bywały nawet chwile, gdy z kopii (uchowała się od owych przsłuchań) odtworzyłem sobie całość. Nigdy jednak tak naprawdę chyba jej nie słuchałem lub może i słuchałem ale na pewno jej nie usłyszałem. Będąc dwa lata temu w komisie z winylami w rękę chwyciłem płytę, którą zresztą od prawie roku przekładałem w kartonie robiąc przegląd zawartości w poszukiwaniu czegoś fajnego do kupienia. Mowa tu oczywiście o "Bat out of Hell". Pierwsza decyzja - biorę ją. Wróciłem do domu i płyta poleciała w regał.. no dobrze , raz przesluchałem. W kolejnym tygodniu może nastapił jej drugi odsłuch, później kolejny. Gdzieś tam chyba przeczytałem tłumaczenie jednej z piosenek. W telewizji (a może w necie) obejrzałem przypadkowo odcinek poświęcony tej płycie. Chyba było to w powtórce programu z serii "klasyczne płyty muzyki rockowej" i powoli zaczynałem się nakręcać. 


Meat Loaf to póki co artyta, który najdłużej do mnie docierał. Praktycznie potrzebowałem kilkunastu lat by coś tam w jego muzyce polubić a ponad trzydziestu by stwierdzić, że oto mam do czynienia z kimś kto wydał płytę, która po dwóch latach słuchania znalazła się w gronie moich płyt życia. "Bat out of Hell" jest dla mnie płytą genialną . Pominę całą otoczkę (kompozytora, producenta, muzyków itp) w jej opisie bo inni w necie zrobili to już i kto wie czy nie lepiej. W to miejsce napiszę kilka swoich refleksji. Byłem zdziwiony, że płyta w owym czasie nie miała marketingu a jedynie poprzez koncertowanie sama się wypromowała (info z filmu), że zamiast korzystać z taśm demo Meat Loaf wraz z wokalistką i pianistą - kompozytorem (Jim Steinman) grali materiał na żywo i że nikt nie chciał tego nagrać. Znalazł się jednak Todd Rundgren, który to zrobił. Nawet mając już płytę nagraną czyli gotowy materiał nikt nie chciał tego wydać. Wiem, że były to czasy disco i punk rocka ale mimo wszystko nikt nie czuł w tej muzyce potencjału komercyjnego. Trochę się dziwię, bo mnie ograniczała w poznaniu się na tej muzyce nieznajomość angielskiego (przynajmniej nie na tyle biegła by wychwycić niuanse i własciwe rozumienie tekstu) ale w chwili gdy liryka jest przejrzysta całość od razu nabiera szlifu szlachetnego i staje się dziełem kompletnym i urzekającym. Jim Steinman ma talent do pisania o sprawach prostych w sposób czasami zawiły ale zrozumiały. Daje to klimat całości. Nawet czasami jak mamy do czynienia w piosence z pewnym paradoksem jest to tylko niedorzeczność pozorna. Weźmy na przykład fragment z piosenki "Two Out Of Three Ain't Bad" gdzie Meat Loaf śpiewa "Pragnę Cię, Potrzebuję Cię ale nigdy Ciebie nie pokocham". Może i nastolatkowi (dla którego kiedyś ten przekaz był adresowany) słowa mogą wydać się bez sensu a przynajmniej gdzieś tam w jednym zdaniu się wykluczające ale... no właśnie. Trzeba czasami wziąć pod uwagę, że życie  potrafi być tak skomplikowane jak graffitti sprayem po klatakch schodowych malowane. Kolejny kapitalny tekst jest w "Paradise By The Dashboard Light". Już sam pomysł na tytuł: "Raj oświetlony deską rozdzielczą (w domyśle samochodu) lub w oświetleniu deski rozdzielczej" Słyszałem tą piosenkę już w kilku wykonaniach jesli chodzi o wokal żeński. Oczywiście wersję płytąwą z Ellen Foley, koncertową z Karlą DaVito i wersjję całkiem niedawną z DVD "3 Bat live". Wierzcie mi każda potrafiła zaśpiewać, że ciary szły i każda z nich w moich oczach zdawała wizualnie egzamin tej najładniejszej siedemnastolatki ze szkoły, która trafiła na kanapę tylną samochodu wraz ze szczęściarzem.

Tytułowy utwór jeśli się wie, że chodzi w nim o wypadek motocyklisty od razu staje się przejrzysty i klarowny. Nawet tekst przestaje być zawiły. Piszę to dlatego, że z początku gdy próbowałem tłumaczyć słowa i odszukać sens miałem problem z kontekstem. Oprócz tego na albumie znajdziemy jeszcze jedną ckliwą balladę z poetyckim tekstem "Heaven Can Wait (Niebo może poczekać)" Mamy jeszcze dwa ostre rock and rolle, również z dobrymi tekstami, zwłaszcza "You Took The Words Right Out Of My Mouth" robi wrażenie z tym dialogiem na początku - sporo dwuznaczności ;-). Całość płyty kończy "For Crying Out Loud" czyli... cholera nikt nie prosił a próbuję tłumaczyć... "dla płaczu po cichu..." coś w tym stylu.. Świetny tekst, oczywiście o miłości, oczywiście nieszczęsliwej i oczywiscie takiej najwiekszej, najszczerszej takiej... do ryczenia w poduche... no i w roli głównej mistrz ceremoni Meat Loaf aktor dramatycny, mistrz interpretacji, genialny głos.


"Paradise By The Dashboard Light" wykonany z Karlą DeVito
                (na płycie mamy głos Ellen Foley ale podobno Karla na scenie była znakomita)

Od dwóch miesięcy za muzyczną oprawę u mnie w domu, w samochodzie podczas jazdy, w słuchawkach podczas chwili wolnej na dyzurze, w pracy robi ten grubas (który chyba trochę schudł) Lubię jego role filmowe, uwielbiam już większość jego płyt. Przede wszystkim otworzył mi oczy na swoje artystyczne ego co pozwoliło mi na stare lata wywindować na piedestał jeszcze jednego artystę i dołączyć go do grona tych najbardziej lubianych. Myslałem, że ten etap mam już zamknięty i że nikt już nie wbije się do mojego ścisłego top ulubieńców muzycznych. Jak widać muzyka u każdego dojrzewa inaczej i do pokochania potrzebuje różnych bodźców. Dla mnie impulsem do polubienia tego artysty stało się jedno zdanie z piosenki, w którym zawarł a w zasadzie uzmysłowił mi pewną prawdę... ale które to było i w jakiej piosence niech pozostanie to już moja tajemnicą.

                                                     "Two Out Of Three Ain't Bad"

                                              "You Took The Words Right Out Of My Mouth"

Track lista

Strona A

01. Bat Out Of Hell (Jim Steinman) – 9:48
02. You Took The Words Right Out Of My Mouth (Hot Summer Night) (Jim Steinman) – 5:04
03. Heaven Can Wait (Jim Steinman) – 4:38
04. All Revved Up With No Place To Go (Jim Steinman) – 4:19

Strona B

01. Two Out Of Three Ain't Bad (Jim Steinman) – 5:23
02. Paradise By The Dashboard Light (Jim Steinman) – 8:28 – duet z Ellen Folley
03. For Crying Out Loud (Jim Steinman) – 8:45

piątek, 11 lipca 2014

W kwestii "Klauzuli" słów kilka...



Rysunek Andrzeja Mleczki - genialne...

Nie dość, że nie piszę systematycznie na tym blogu (o ile w ogóle można mówić o jakieś regularności) to jeszcze kolejny raz tematem nie będzie muzyka. Płyt słucham nadal i ciągle mi coś na półce przybywa ale tak jakoś wyszło, że ostatnio więcej wolę jej słuchać niż o niej coś pisać (mam nadzieję, że nie będzie to u mnie zbyt stałe). Przybywa mi za to wiele róznych tematów innych do poruszenia. Dzisiaj póki świeży temat biorę się za klauzule. Temat ostatnio wręcz wrzący i otoczony tym wszechobecnym utopijnym humanizmem. Dla mnie sprawa jest banalna. Jeśli chcę się bzykać nie "idę na" księdza (w zasadzie idę tym bardziej...  powiedzmy  - nie zakładam rodziny). Jeśli nie chcę zabijać, nie idę na żołnierza. Jeśli chcę postępować zgodnie z klauzulą sumienia, nie wybieram zawodu ginekologa a zostaję np. internistą. Jeśli nie zrozumiemy tych podstawowych zasad zawczasu to dojdziemy w tym wszystkim wkrótce do idiotyzmów (lub anarchi - a to już brzmi poważniej). Czy kat zamiast odrąbać głowę z rozkazu i w majestacie prawa może powołać się na klauzulę ? Jeśli tak, to po co nam taki kat ? Jeśli nie, to uważam to za wielką dyskryminację katolików, których się w ten sposób prześladuje, że nawet nie mogą pracować jako kaci. Duchowni w mediach karmią nas argumentami przyrównując decyzje lekarskie do postanowień milicjantów strzelających do górników w kopalni "Wujek". Co za hipokryzja i sieganie do blizn narodowych. Ktoś zapomina o tym, że nie ten jest winien kto stał się narzędziem a ten kto wydał polecenie. Prawo jest jedne i równe jest ono dla wszyskich. Kto uważa, że ma w ramach swoich ideologi prawo do jego łamania powinien podlegać karze równej stratom jakie spowodował nielegalnymi decyzjami.O legalności stanowi prawo i tylko prawo a nie przekonania. Jeśli miało by być inaczej to równie dobrze może się znależć ktoś, kto będzie miał przekonanie o tym, że McDonalds i jego burgery to świństwo, które zabija i by żyć zgodnie z klauzulą będzie on wyrywał z rąk kupującym to świństwo i w zasadzie .... w myśl klauzuli będzie to zgodne z prawem. Bo ona ponoć ponad prawem stoi. Medycyna jest specyficzna i często wymaga podejmowania decyzji. Kryteria podejowania decyzji zawsze należą jeszcze (na szczęście) do leczącego czy ratującego życie. Przynajniej na etapie, gdy świadomość pacjenta nie pozwala na podejmowanie decyzji względem siebie. Ciekawe ilu lekarzy pogwałciło klauzulę sumienia u jechowych przetaczając bez zgody im krew lub ich dzieciom.

Sumienie każdy ma swoje. Nikt nie ma prawa oceniać jakości tego "czegoś" czymkolwiek ono jest u innych. Jeszcze gorzej gdy przy tym wszystkim przyjmuje się pozę męczennika i odczuwa się tylko jeden cel - pełnienie misji. Niedługo choremu podczs bólu nie poda się morfiny, bo ktoś w klauzuli o wychowaniu w stanie trzeźwości uzna, to za akt podania narkotyku a nie lekarstwa. Opinią społeczeństwa łatwo jest sterować, bo każda tworzona jest w oparciu o niepełne dane. Z idioty zrobić bohatera jest najprościej, odwrotnie trochę trudniej. Wystarczyło np. 11 września pamiętnego roku wysłać na śmierć kilkadziesiąt strażaków. Zginęli w szczytnym celu pełnienia misji jako bohaterowie bo ideologiom potrzebni są męczennicy.Na ile to było bohaterstwo a na ile zbrodnia pewnie nigdy nawet nie pomyślimy. Lekarze posługujący się klauzulą stali się niczym innym jak bronią w propagandzie szerzenia coraz większych wpływów zgnilizny instytucji kościelnej. Prawdę mówiąc nie wiem co jest gorsze w czekającej nas przyszłości. Czy dopuszczenie do władzy idiotów czy sabotazystów fanatyków religijnych. Mimo wszystko chyba idioci stanowią mniejsze zagrożenie.



piątek, 9 maja 2014

Kretyni od angielskiego, czyli jak spieprzyć dobry film.


Od razu na wstępie. Nigdy nie byłem wielkim znawcą języka angielskiego. Mało, wręcz jest to rzecz, która u mnie kuleje i powoduje pewne kompleksy. Nie trzeba jednak być biegłym językoznawcą by na przestrzeni lat poznać kilka tłumaczeń tekstów piosenek czy osłuchać się z kilkunastoma angielskimi zdniami. Naprawdę nie trzeba być Anglikiem mówiącym po polsku by dostrzec sterty głupot jakie wciskają nam lektorzy tłumaczący filmy. Być może nigdy by mnie nie denerwowały tłumaczenia jakie serwuje nam TV podczas emisji filmów anglojęzycznych gdyby nie to, że wdepnęli na obszar mi znany - teksty wiekszości piosenek zespołu ABBA. W 2008r na ekrany kin wszedł  film "Mamma Mia". Zanim dotarłem pod ekran kinowy by go zobaczyć trafiłem gdzieś jego kopię. Pokusa była za silna. Obejrzałem. Zachwycony popędziłem więc do kina. Wiadomo duzy ekran, doskonałe nagłośnienie i byłem w siódmym niebie. Co prawda chwilami rozdrażniały mnie napisy tłumaczące teksty śpiewanych piosenek ale powiedzmy sobie uczciwie, że w większości trzymały się one "kupy" z tym co docierało do ucha z wersji angielskiej. Oczywiście po wyjsciu z kina od razu postanowiłem zaopatrzyć się w wersję DVD jak tylko ona się pojawi na rynku.  Przyznam się, że tego nie uczyniłem. Strach mi nie pozwolił przed tym czego mogę się na tym DVD spodziewać. Będąc abonentem Canal + doświadczyłem możliwości obejrznia tego filmu ponownie.To co uczyniono z tłumaczeniem nie pozwalało nacieszyć się obrazem.Mam podejrzenie, że podobnie jest na owym DVD. O całej sprawie przestałem mysleć i zadowoliłem się tą kopią z naprawdę niezłym tłumaczeniem. W zeszłym tygodniu nasz program 2 wyemitował ten film ponownie.Postanowiłem sobie go nagrać w jakości HD korzystając z dobrodziejstwa dekodera.To co odtworzyłem było horrorem. Jakiś wybitny tłumacz specjalista języka angielskiego z filmu zrobił swoją własną wizję. Do tego spłaszczył całkowicie warstwę tekstową.Z urody filmu nie pozostało nic. Doskonale wiem, że angielski w dużej mierze bazuje na idiomach przez co przy nauce powyżej pewnego stopnia zaawanasowania przestaje być aż tak prosty jak z początku się wydaje.Wiem o tym i mam sporo uznania dla osób potrafiących oddać w tłumaczeniach te zawiłe kwestie nie tracąc przy tym sensu. Ten kto przetłumaczył dla TV film "Mamma Mia" tej umiejętnosci raczej nie posiada. Potraktował prawie wszystko jako idiomy przez co całość nic nie miała wspólnego z zamysłem artystycznym panów z ABBA. Wypaczyło całkowicie przesłanie a teksty piosenek bardziej przypominały luźne ogólniki na temat tego co faktycznie było śpiewane. Tak skopać rewelacyjny film może tylko Polska TV. Od razu widać, że nigdy ten ktoś nawet nie zadał sobie trudu by wniknąć w twórczość grupy ABBA. Nie podam przykładów  tłumacznia z tego filmu. No może jeden , który udało mi się odnaleźć w necie. Kto widział i zna angielski choć szczątkowo ten wie o czym piszę. 

tak mi słodko gdy go widzę'
ach tak mi słodko
tak mi słodko aż się wstydzę
aha tak mi słodko
szukałam go nie od dziś
marzyłam by zechciał przyjść
i teraz już wiem ten gość nigdy nie ma dość
w głowie mi się kręci
aha tak mi śłodko

i to niby jest tłumaczenie tego tekstu

Honey honey, how you thrill me, ah-hah, honey honey
Honey honey, nearly kill me, ah-hah, honey honey
I'd heard about you before
I wanted to know some more
And now I know what they mean, you're a love machine
Oh, you make me dizzy

Dalej w filmie jest już tylko gorzej... Nie można z tekstu "Zwycięzca bierze wszystko" tworzyć tekt "miłość jest cierpieniem" (czy coś w tym stylu...).. bo to się po prostu kupy nie trzyma i wypacza cały przekaz. Łza się kręci w oku gdy wspomina się tłumacznie "The Wall" Floydów robione przez Wojtka Manna....... .o Monthy Pythonie w wesji Beksy nawet nie wspomnę.




środa, 7 maja 2014

Shakin' Stevens - Shaky (1981) - recenzja

o
Shakin Stevens to z pewnością bardzo barwna postać pod względem muzycznym ósmej dekady. Co prawda jego działalność sięga początków lat 70tych ale ta wielka sława spłynęła na niego dopiero z początkiem lat 80tych i z tymi latami kojarzony jest najbardziej (przynajmniej u nas w kraju). Płyta "Shaky" z 1981r jest pierwszą w jego karierze, która wywindowała go na szczyt list przebojów. Co ciekawe jest to płyta w zasadzie już dziesiąta w jego dyskografii ale wcześniesze nie zawierały jeszcze tego "szlifu", który pozwolił odnieść sukces temu artyście. W chwili jej ukazania się Shakin był już dość popularny w kilku krajach za sprawą kilku singli, które zaznaczyły swoją obecność na listach przebojów ( Hot Dog, Marie Marie, This ole House ). Powszechnie uważa się jednak, że dopiero album "Shaky" stał się tym przełomowym i traktuje się go jako ten pierwszy dający nową jakość. Na czym w zasadzie ona polegała ? Stevens nie odkrył Ameryki ale zręcznie wykorzystał modę nawiązującą do powrotu lat 50tych i zaadaptował stare rozwiązania muzyczne wzbogacając je nowymi możliwościami aranżacynymi jakie dawały nowoczesne studia nagrań.Przez to jego muzyka choć wzorowana na klasycznym rock n rollu przełomu lat 50/60 nabrała świeżego brzmienia. Drugim powodem odniesienia sukcesu był fakt, że tą muzykę w pełni akceptowało pokolenie rodziców tych do których była adresowana. Młodzi więc odkrywali w osobie Stevensa Presleya swoich czasów a rodzice na fali nostalgii mogli słuchać dźwięków ze swojej młodości. Jeden z niewielu wykonawców, który w owych czasach łączył przynajmniej pod względem muzycznym pokolenia. Zarzucano mu wtórność "presleyowską" ale z moich obserwacji była to dość krzywdząca opinia bo czerpał on inspiracje wizerunkowe i muzyczne od całego szeregu gwiazd epoki rock n rolla a nie tylko Presleya. Do tego "podlewał" to wszystko "własnym sosem" i w efekcie tworzył coś swojego. Zresztą myślę, że pewna wtórność wizerunkowa była w jego przypadku celowym działaniem. Nie ma przecież innej możliwości stworzenia klimatu muzyce by ta osadzona była w pewnych ramach, jak to by nadać jej cechy charakterysteczne utrwalone przez stereotypy. Tak więc to co dla niektórych bywa wadą czasami jest tak naprawdę wielką zaletą. Czas po długim wstępie odnieść się do muzyki na tej płycie.


Płytę otwiera piosenka "Mona Lisa" odnosząca się bezpośrednio do sławnego obrazu Da Vinci. Autorami tego klasyka są panowie Ray Evans and Jay Livingston. Stworzyli go w 1950r a popularność po raz pierwszy piosenka osiągnęła za sprawą Nat King Cola. Później doczekała się mnóstwa coverów (Presleya, Willy Nelsona etc.). W 1981r już ciut zapomniana lub raczej niezauważona przez nowe pokolenia stała się w głosie i aranżacji Shakina ponownie przebojem. Oczywiście ten standard otrzymał już "ten nowy szlif brzmieniowy" i utrzymany został w konwencji klasycznego rock n rolla. Nie tą piosenką postanowiono lansować nową płytę. Wybór padł i dodam, że był to strzał w dziesiątkę na piosenkę drugą z albuma "You drive me Crazy". Autorem jej był Ronnie Harwood, który skomponował ją specalnie dla Stevensa. Ronnie Harwood wczesniej słynął ze swojej solowej kariery jako piosenkarz rock n rollowy jak i z tego, że był twórcą ostatniego hitu jaki wylansował Bill Haley i to w roku 1980 tuż przed swoją śmiercią. "You Drive me Crazy" stał się pierwszym numerem jeden Shakina w Anglii i praktycznie rozsławił piosenkarza w całej Europie.

                              You Drive Me Crazy - otwarło drogę do sławy Shakin' Stevensowi .
                                          Dla mnie jest  to jego najlepszy kawałek


Na albumie "Shaky" znadziemy poza tymi dwoma hitami jeszcze przynamniej dwie piosenki, które dorobiły się statusu przeboju: "It's Raining" oraz "Green Door". Ten drugi wcześniej doskonale znany z wykonania Jim Lowe. Z piosenek typu "druga ręka" mamy tutaj jeszcze kawałek autorstwa Joey Spampinato "Don't She Look Good" (mało znanego artysty u nas w kraju ale odsyłam do wikipedii anglojęzycznej),"Don't Tell Me Your Troubles" Dona Gibsona z 1959r,""I'm Gonna Sit Right Down and Write Myself a Letter" klasyk, między innymi śpiewał to Frank Sinatra ( kompozycja wpisana do księgi Wielkich Amerykańskich Piosenek) ,"This Time" wykonywany przez Presleya wcześniej a napisany przez samego Chips'a Moman'a (grał w zespole Burnetta, Vincenta, tworzył dla wielu gwiazd)

Album zawiera również kilka kompozycji samego Shakina Stevensa.  Są to "I'm Knockin'", "Baby You're a Child", "Don't Turn Your Back", "Let Me Show You How", "I'm Lookin'". Moim zdaniem nie odbiegają one jakościowo od tych co wykorzystał on od innych. Owszem z hitem "You Drive me Crazy" trudno im konkurować ale jako piosenki rock n rollowe z pewnością nie zaliczne są do miana bycia wypełniaczami. Stevens pokazuje wręcz niebywały talent do tworzenia w duchu ery rock n rolla. Czerpie garściami ze swingu, blusa, rockabilly a wszystkiemu nadaje niebywałą świeżość.

Podumowując całość płyta Shakina Stevensa - "Shaky" w 1981r pomimo, że nie była tworem nowatorskim wśród sceny muzycznej tamtego okresu ale była płytą bardzo ważną. Pozwoliła na odrodzenie się ponowne i kto wie czy nie na taką skalę po raz ostatni klasycznego rock n rolla. Nikomu już po Stevensie (lub po fali jego popularności) nie udało się wprowadzić klasycznych piosenek rock n rollowych na listy przebojów i to aż do czasów nam współczenych. Z resztą odsyłam do wpisu na moim blogu "Rock and roll zmarł w drugiej połowie lat 80tych". Shakina cenię w sposób szczególny i to nietylko z sentymentu do rock n rolla jaki mam od zawsze. Dał scenie muzycznej drugi oddech i był prawdziwą alternatywą na scenie muzyki pop zalanej wtenczas wszędobylską elektroniką a przy tym zachował powiew świeżości. Nie jest to jego najlepsza płyta ale z pewnością ta, która otworzyła mu drogę do dalszej kariery i to już z pozycji wielkiej gwiazdy. Warto dodać, że muzycy biorący udział w nagraniu tego albumu w większości składali się z osób uznanych i mających w swoich artystycznych CV wpisaną współpracę z wieloma najwybitnieszymi artystami.

Płytę oceniam na trzy gwiazdki, czyli jako dobrą i godną polecenia. Gdybym jednak miał ją polecać sympatykom klasycznego rock n rolla jej ocena powędrowałaby spokojnie wyżej do miana takiej którą nalęży znać a wręcz wtyd jej nie mieć.

Data wydania 4 września 1981r  - firma - Epic. Promowały go trzy single : "You Drive Me Crazy"," Green Door", "It's Raining"


strona A

01. Mona Lisa
02. You Drive Me Crazy
03. I'm Knockin'
04. It's Raining
05. Don't She Look Good
06. Green Door
07. Don't Bug MeBaby

strona B

01. Don't Tell Me Your Troubles
02. I'm GonnaSit Right Down and Write Myself A Letter
03. This Time
04. Baby You're A Child
05. Don't Turn Your Back
06. Let Me Show You How
07. I'm Lookin'

Kolega z forum.80s.pl sprostował pewne fakty jakie napisałem w tym wpisie (nie sprawdzałem ale jego zdanie traktuję serio.  Pozwolę sobie go zacytować

Małe sprostowanie – według moich danych pierwszym numerem jeden SS był w UK „This Ole House”, „You Drive Me Crazy” doszło do miejsca drugiego, natomiast numerem jeden z tego longa było „Green Door”.

czwartek, 17 kwietnia 2014

maxi single disco z lat 80-tych cz 6

Dzisiaj ostatni wpis z serii o maxi singlach, przynajmniej na najbliższy czas robię w tym temacie pauze. Przedstawiłem jakieś 90% swojej kolekcji w tym gatunku i na takim nośniku.Nie jest to może oszałamiająco wielki zbiór ale pewne pozycje cieszą moje oczy. Dodając, że italo disco to tylko margines moich zainteresowań muzyką lat 80tych to całość dodatkowo nabiera rumieńców. Nie odchodzę od tematyki Italo Disco (czy tez Euro) bo zapewne jeszcze pojawią się w przyszłosci pozycje warte opisu. W kolejnych wpisach chciałbym powrócić do recenzowania płyt z ósmej dekady, których z różnych powodów jeszcze nie przedstawłem.Póki co dzisiaj kolejna porcja chwalenia się ;-) 

Bruce and Bongo - Geil. Wydany w 1985r przez firę Rush Records. W Niemczech i Austrii osiągnał on pozycję numer jeden na listach przebojów. Najlepsza wersja według mnie tej piosenki znajduje się na albumie The Geil Album. Wersje zawarte na maxi singlu również są udane ale jak to zazwyczaj bywato właśnie drobne szczegóły stanowią o róznicy. Utwór "Geil" był sporym przebojem na parkietach w salach dyskotekowych w Polsce. Głównie spopularyzował go w naszym kraju mix Didżejów z Hiszpanii oznaczony jako Max mix 4 gdzie pojawia się fragment tego przeboju. Swoją drogą to chyba jeden z ich najlepszych miksów. Singiel 12 calowy "Geil" zawiera dwie wersje. Oznaczone sąone dopiskami: Geilomatick Mix z czasem 7:15 oraz jego odpowiednik instrumentalny "Geil Bruce & Bongo Dub" (New York Horny Mix). Poza piosenką "Geil" duet Bruce and Bongo wydał praktycznie jeszcze tylko jeden przebój "Hi ho" będący w pewnym zakresie coverem.

Fun Factory - Vol.2 Double A - Side. Wydany przez Firmę Zeppelin Dance and Fly w 1991r.Zawiera na strone A dwie kompozycje "XTC" oraz Future Project. Strona AA pomiesciła również dwa nagrania "Master Voice" i "Lovefor ever more". Nic w zasadzie nie wiem o tej grupie. Podoba mi się brzmienie tych utworów i postanowiłem sobie kupić ten singiel, zwłaszcza, że dokonałem transakcji jego przy okazji kupna innej płyty. W Wikipedii doczytałem, że zespół powstał w 1992r Singla tego nie zamieszczono w dyskografii.Zastanawiam się nawet czy Fun Factory które posiadam to ten sam zepół, który zasłynął przebojami w początkach lat 90tych. Jeżeli ktoś mógłby mi to wyjasnić to proszę o jakieś informacje w komentarzach do wpisu.Singiel datowany jest rokiem 1991.

Righeria - No tengo dinero. Wydany w 1983r przez firmę Teldec. Zespół praktycznie trzech przebojów. Producentem tego hitu była ekipa z zespołu La Bionda, która to królowała na dyskotekach kilkoma przebojami zaledwie kilka lat wcześniej."No tengo dinero" dzisiaj trąci już myszką nawet dla mnie u którego czas muzyczny chwilami staje w miejscu. Mam sentyment do tej piosenki i to większy niż do pozostałych dwóch przebojów zespołu ("Vamos a la playa" oraz "L'estate sta finendo"), stąd zakup tego singla.Zawiera on wersję oprócz tytułowego nagrania jego wersję instrumentalną opatrzoną nazwą "Dinero Scratch"

Lee Marrow - Sayonara (Don't stop...). Wydany w 1985r przez Chic records (na licencji Disco Magic S.R.L.). Lee Marrow to w jednej osobie D.Jey i wokalista. Na koncie ma kilka przebojów. "Sayonara" to jeden z nich. Płyta zawira wersję "Vocal" z czasem 7:40 oraz "Short" trwającą 5:50. Piosenka była popularna w klubach w Polsce lat 80tych. Do mnie singiel trafił okazyjnie. Owszem wolałbym posiadać któryś z jego innych singli jak choćby "Shanghai" lub "Mr. Fantasy" ale z czasem pewnie "samo" to się jakoś nadrobi. Piosenkę poznałem dzięki Bogdanowi Fabiańskiemu. 


Digital Emotion - Get Up Action. Wydany w 1983r. Piosenka podobno została użyta w soudtracku do kreskówki "Wilk i Zając" Zespół nie działał zbyt długo i był gwiazdą dwóch przebojów.Rozpadł się w 1984r.Pochodził z Holandii. Singiel zawiera dwie wersję "Get up" :"Get Up, Do you wanna Funk"(5:50) oraz "Get Up, Do you wanna Funk (Special effects mix) (4:50). Singiel z grupy tych kupionych przeze mnie"przy okazji czegoś tam". Digital Emotion cechowało brzmienie jeszcze przed italowe. Najwięcej wspólnego styl ich muzyki tanecznej miał wspólnego z rodzącym się Breakdancem (w zasadzie to trwającym wtedy w najlepsze)

The Flirts - Helpless. To jedyna znana i grupa amerykańska grająco w stylu słonecznych Włoch lat 80tcyh. Za całością stał znany producent Boby Orlando. Wizualnie zaś firmowały zespół trzy seksowne modelki, które zresztą podlegały stałym przetasowaniom personalnym. Tak więc panie ładnie wyglądały i robiły jak to śpiewał swego czasu Franek Kimono gimnastykę pod muzykę a a całością stali profesjonaliści w studiu. Piosenka "Helpless" to jeden z ich przebojów i dodam , któryś z rzędu. Na singlu wydano wersję Extended. Niestety większość z tych hitów była zrobiona na "jedno kopyto". Boby Orlando znudził się tym projektem w okolicach późnych miesiecy roku 1984 i poważnie zajął się zespołem Pet Shop Boys. Efekty "tego zajęcia się" poznaliśmy więc nie dziwię się jego decyzji. Druga strona singla zwiera piosenkę "Telephone" również dzieła Bobiego O.

Mike Mareen - Agent of Liberty. Wydany w 1986r przez ZYX records (dystrybucja ponownie Mikulski:-) ).Agent of Liberty" to jeden z trzech największych hitów Mareena. Mike był sobie sam kompozytorem i producentem. Singiel nagrał dla firmy Night and Day Records w Niemczech. Zawiera wersję z czasem 8:37 oraz instrumentala (6:53).Mike Mareen w tym utworze pokazał dokładnie to samo co we wcześniejszym hicie "Love Spy" czyli wszech obecna dynamiczna elektronika plus przebojowa melodia - patent na sukces made in disco 1986). Singiel często bywa naaukcjach i nalezy do grupy tanich płyt.


Kolejne maxi single do mojej kolecji dokupuję systematycznie. Trudno czasami nie pozyskać czegoś co chwyciłem w ręce w komisie a kosztuje niewiele. Do tego zawiera taka płyta jeszcze piosenkę do której mam sentyment. Nie kończę więc serii przedtawiania swoich singli z muzyką taneczną lat 80tych a jedynie zawieszam na okres pojawienia się kolejnej porcji tych krążków u mnie na półce. Mam też nadzieję, że wreszcie znajdę czas na recenzje płyt, które to trochę zaniedbałem ostatnio. Szykują się u mnie zmiany w życiu zawodowym więc i czasu powinno przybyć.


poniedziałek, 7 kwietnia 2014

maxi single disco z lat 80-tych cz 5

W dniu dzisiejszym kolejna już część wymienianki maxi singli jakie posiadam w swojej kolekcji, plus niewielki ich opis. Niewielki z uwagi na brak u mnie informacji szczegółowych dotyczących tych pozycji. Porcja podana dzisiaj podobnie jak poprzednia nie znalazła się u mnie przypadkowo. Jak widać nie wszystkie płyty tego typu kupuję za wartość Sneakersa. Czasami trzeba zapłacić te parę złotych więcej ("parę złotych" bez przegięć). Część z tych płyt pochodzi z kolekcji, o której napisałem wpis wcześniej.

 Lime - Unexpected Lovers. Singiel wydany w 1985r przez firmę Polydor a nagrany w Matra Records. Grupa pochodzi z Kanady i swoje kilka minut popularności zawdzięcza może trzem utworom. Wśród nich niewątpliwie ozdobą jest piosenka pochodząca z tego singla. Osobiście nie pamiętam jej z okresu lat 80tych. Poznałem ją w dobie interntu, czyli tak jakoś w okolicach 2005r. Kompozycja i aranż "Unexpected Lovers" idealnie są wpasowane stylistycznie w produkcje rodem z Włoch. Singiel nie jest często widziany na aukcjach (przynajmniej przeze mnie) więc dodatkowo cieszy jego pozyskanie. Płyta zawiera trzy wersje tej kompozycji. Jedna z czasem 6:37, druga z dopiskiem "instrumental" a trzecia tzw. radio version z czasem 4:14. Swoją drogą to naprawdę  kapitalny kawałek w stylu italo disco - polecam.

Vanilla - Paradise mi amor. Wydany w 1985r. Piosenkę już wcześnieł nagrał zupełnie nieznany mi zespół z Belgii - Lune de miel. Która wersja jest lepsza, czy ta zespołu Vanilla czy wcześniejsza to już kwestia gustu. Różnią się te wersje nieznacznie. Posiadają ten sam aranż. Zdecydowanie wersja druga jest lepiej wyprodukowana przez co lepiej brzmi. Przewaga wersji Lune de miel to zachowany w niej klimat wczesnego brzmienia stylu italo. Piosenka nie była jakimś wielkim hitem na dyskotekach w Poznaniu ale grano ją często i to nawet przez dość długi okres. Zresztą to nie jest aż tak istotne akurat dla mnie, bo w mojej ocenie ta piosenka należy i tak do tych najlepszych. Gdy listonosz mi ją przyniósł, po rozpakowaniu dało się usłyszeć moje trzy razy YES ! YES ! YES ! - Mam ją !

The Back Bag - Dial My Number. Wydany w 1985r prez Transparent records. Zawiera trzy wersje piosenki. Wersję z czasem 5:50 oraz krótszą bo 4:20 zwaną wersją radiową i tradycyjnie jak w przyadku maxi singli - wersję instrumental. "Dial My Number" był wielkim przebojem. Stoi za nim niejaki Roman Bais twórca, producent. Ściśle powiązany z piosenką "Around My Dream", którą we Włoszech lansował Silver Pozzoli a w Belgii zespół Kazino (nie ukrywam wolę wersję Kazino - jeszcze nie posiadam tego singla) oraz powiązany był z grupą Primadonna za sprawą piosenki "Flash on the floor" o której ochy i achy pisałem wcześniej. Piosenka wyszła głównie pod szyldem właśnie R. Bais. Akurat do mnie trafił  singiel gdzie widnieje jako wykonawca grupa The Back Bag. Piosenka brzmi idetycznie co wersja R. Bais. Być może ta nazwa to po prostu inne wcielenie tego artysty ale głowy nie dam. Póki co z powodu braku tej wiedzy potrafię normalnie spać a jak się dowiem to gdzieś to dopiszę.


Martinelli - Cenerentola. Funkcjonuje również ten tytuł w wersji anglojęzycznej - Cinderella. Wydany w 1985r przez wytwórnię Moonray records. Aldo Martinelli - kompozytor, aranżer, producent, wokalista plus Simona Zanini - autorka tekstów , wokalistka stworzyli w tamty okresie bardzo fajny team. Piosenka przez poznańskie kluby disco w okresie roku 85 - 86 przeleciała trochę bokiem. Były większe hity ale Fabiański sporo razy ją prezentował w radiu i to w różnych wersjach przez co może mniej jej było na dyskotekach za to każdy miał ją nagraną na kaseciaku. Singiel zawiera wersję opatrzoną dopiskiem "vocal" i "instrumental". Dopiszę na wszelki wypadek. Martinelli to ta sama osoba co: Ragio Di Luna, Moon Ray, Doctor's Cat, Topo & Roby. Również o czym nie pamiętam czy napisałem opisując singla Radiorammy, to on wraz z Simoną odpowiadał wokalnie za piosenkę "Chance to Desire"- pierwszy przebój projektu Radiorama.

Eight Wonder -I'm not Scared. Wydany w 1988r. przez CBS records. Piosenka skomponowana, wyprodukowana przez Pet Shop Boys a zaśpiewana przez młodą i bardzo śliczną (gusty różne) aktorkę Patsy Kensit (obecnie żona wokalisty Oasis). Zanim doszło do wzrostu jej popularności w 1988r  Patsy była początkującą aktorką i "fajną" piosenkarką o bardzo oryginalnym i zmysłowym głosem. Singiel zawiera jej największy przebój w trzech wersjach. Opatrzony dopiskiem (disco mix) - 7:58 oraz wersję krótszą radiową i przeuroczą francuskojęzyczną. Piosenka królowała na dyskotekach przynajmniej w Poznaniu a w okresie pojawienia się jej w wersji Pet Shop Boys (na płycie Introspective) leciały sobie obie w klubach na przemian. Do tej pory uważam głos Patsy za najbardziej zmysłowy jaki dany mi było usłyszeć w życiu. Niestety, większość innych piosenek od tej pani a w zasadzie zespołu, którego była wokalistką mocno odbiega od tego jedynego wielkiego jej hitu. Kto kupi sobie tego singla ma według mnie 100 % tego co warto od niej mieć do posłuchania.

Raff - Self Control. Wydany w 1984r przez firmę Carrere. W tym samym roku Laura Branigan nagrała swoją wersję czyniąc z tej piosenki wielki światowy przebój. Dla mnie wersja pierwotna czyli Raff'a jest bardziej subtelna i zdecydowanie lepsza. Ale jak to mówią gust bywa różny i nie dyskutuje się o tym. Raff praktycznie stał się gwiazdą tylko tego jednego przeboju i to też za sprawą popularności wersji Laury. W tej grupie maxi singli co prezentuję dzisiaj to chyba jedyny krążek kupiony jako bonus przy okazji kupna innych pozycji. Nie żałuję. Zawsze chciałem to mieć na na dużym singlu.



Fancy - Chinese Eyes. Wydany w 1984r w Niemczech. Jeden z pierwszych wielkich hitów tego artysty. W 1985r nagrany ponownie przez zespół Ago. Obie wersje są doskonałe i obie gościły na parkietach dyskotek. W pamięci mi utkwiła z tamtych czasów głównie wersja zespołu Ago. Singiel zawiera wersje z wokalem i wersję instrumentalną ukrywającą się pod innym tytułem "Burn with impatience". Singiel promował pierwszy album Fancy. Do swojej kolekcji zapewne dołożyłbym jeszcze "Flames of love" i wraz z "Bolero" który to już posiadam, miałbym wszystko co od tego pana bym chciał mieć na półce. Poczekam na okazję, bo to popularna rzecz i trochę dziwi mnie zbyt wygórowana cena na tą pozycję. Według mnie nie uzasadniona. Ale jak widać jest popyt to i cena rośnie.

Jak widać z moich wpisów trochę obrodziło w mojej kolekcji pozycjami maxi singlowymi i to głównie z kręgu muzyki tanecznej ósmej dekady. Czasami tak już bywa, że miewam okresy większej aktywności zakupowej w jakimś konkretnym kierunku. Nie oznacza to, że zaniedbuję całkowicie inne gatunki muzyki z ósmej dekady. Tak więc po tych singlach przyjdzie czas i na opisanie kilku fajnych zakupów z ciut inną muzyką. Póki co kontynuacja singli przynajmniej jeszcze raz się pojawi.


C.D.N.


czwartek, 3 kwietnia 2014

maxi single disco z lat 80-tych cz 4




W tej części przedstawię kilka maxi singli, których raczej przypadkowo nie uda się kupić. Należą one do grupy płyt z mojego planu sprzed dwóch lat, gdy postanowiłem sobie skompletować na tym nośniku część swoich ulubionych piosenek doskonale spamiętanych z lat młodzieńczych. Szczęśliwym trafem udało mi się je pozyskać (w większości) w krótkim okresie. Zapewne, gdybym je pozyskiwał po jednej to i frajda była by większa a tak bogactwo urodzaju sprawiło, że radość zamieniła się w niedowierzenie w to, że cel osiągnąłem stosunkowo łatwo. Swoją drogą cały czas się zastanawiam co sprawiło, że pasjonat i miłośnik wyprzedawał swoją kolekcję płyt  ,bo taki był powód tego, że w tym czasie trafiło na rynek aukcyjny całkiem spora liczba płyt z tego nurtu. Po oferowanych tytułach widać, że zbiory tworzone były przez niego przez lata i to z wielką pasją. Życie jak widać bywa czasami okrutne. Ze swojej strony tylko napiszę, że nieliczne egzemplarze z tej wielkiej kolekcji trafiły do mnie i z pewnością są to dobre ręce. Dzisiaj kolejne siedem singli i poza pierwszym wszystkie pochodzą z tej kolekcji, która niestety rozlała się po całej Polsce. 

Trillion - Belgian Girl. Wydany w 1985r przez Koka records w Belgii. Artysta z Belgii i przez to jest to na rynku muzycznym tamtego okresu pewna egzotyka. Mało kojarzę poza może jeszcze taką grupą jak Dream Express (festiwal w Sopocie - zdobycie Grand Prix) kogoś z tego kraju by zaistniał w świadomości szerszej.Piosenkę z tego singla w polskim radiu zaprezentował Bogdan Fabiański. Z tego co pamiętam w jakieś audycji o nietyowym dla niego czasie i dniu nadawania. Chyba kogoś zastępował. Fakt był taki,że wtedy po raz pierwszy usłyszałem i nagrałem sobie ten utwór. Piosenki absolutnie nie kojarzę bym kiedykolwiek słyszał ją w któreś z dyskotek poznańskich. Popularnoć jej też była i do tej pory jest mizerna. Oczywiście nie dla fanów stylu italo. Raczej nieczęsto umieszczana na składankach z muzyką italo disco o ile w ogóle. Singiel zawiera dwie wersje piosenki: "Club mix" oraz "Brussels mix". Obie są wersjami z wokalem.

Ken Laszlo - Hey Hey Guy. Wydany w 1984r przez memory Records. "Hey Hey Guy" to jeden z największych klasyków italo disco. Naisany przez Mauro Farinę(o nim będzie jeszcze dalej) Doczekał się kilku wersji i niezliczonej liczby remiksów. Wersje z tego singla opatrzono dopiskie "vocal" i "Dub Version" (Dub version - instrumentalna). Mam sentyment do tej piosenki podobnie jak do "Primadonna - Flash on the Floor", o którym wspomniałem w części trzeciej. Wraz z Miko Mission były to pierwsze trzy rzeczy jakie poznałem ze stylu italo. Cieszę się, że mam go w kolecji. Z uwagi na popularnośś Kena Laszlo nie jest to unikat ale z tego samego powodu jest wielu chętnych na nabycie tego zwłaszcza na tym nośniku. Przez lata nie zastanawiałem się nad tekstem tej piosenki czerpiąc przyjeność z samej melodii i rytmu i do tej pory wolę się nie zagłębiać w to podczas słuchania. I to nie dlatego bym był jakimś homofobem ale jak tu sobie podczas słuchania podśpiewywać tekst wraz z Kenem Laszlo ? Jeszcze ktoś podsłucha i wyrobi sobie mylny sąd lub choćby pojawią się jakieś złośliwostki. Odbiegnę jak zwykle trochę od tematu, bo przypomniała mi się pewna zabawna historia z jakieś prywatki sprzed wielu lat. Chłopak słynący ze swoich homofobicznych przekonań, będąc po kielichu wyspiewywał na cały głos refren piosenki "Gimme gimme gimme" zespołu ABBA. Kto zna refren tej piosenki ten wie jak zabawnie to musiało wyglądać w zestawieniu z jego przekonaniami i to bardzo radykalnymi. Wracając do "Hey Hey Guy" Kena Laszlo. Piosenka z pewnością należy do najlepszych w swoim stylu i zapewne nie raz przeżywać będzie swoje kolejną młodość.



Miko Mission - How Old Are You ? . Wydany w 1984r w kilku krajach: Hiszpanii, Szwecji, Niemczech, Francji, Holandii i oczywiście Włoszech. Wydano nawet w dwa lata później go w Wenezuelii !!!. Mój egzemparz ochodzi z Francji i wypuściła go na rynek firma Eddie Barclay. Płyty w zależnosci od kraju ukazywały się z róznymi okładkami ale zawierały ten sam materiał muzyczny.Ta piosenka należy do mojego "tercetu poznawczego" od którego rozpocząłem znajomość nurtu italo. Oczywiście "How Old Are You ?" to kolejny wielki klasyk disco z lat 80tych. A sam artysta to gwiazda dwóch wielkich hitów i może jeszcze z dwóch trochę mniejszych. Poza tym niewiele da się o nim poczytać gdziekolwiek. Zresztą za bardzo nawet nie szukam. W przypadku artystw dyskotekowych zupełnie wytarczy mi ich muzyka i to też w pewnych okolicznościach.


Miko Mission - The World is You. Wydany w 1985r. Podobnie w kilku krajach i podobnie jak wcześniejszy singiel z różnymi okładkami. Mój egzemparz jak poprzedni również pochodzi z Francji i wydany tak jak "How Old Are You ?" za sprawą firmy Eddie Barclay. To drugi wielki hit Miko Mision i żelazna pozycja wszystkich dyskotek połowy lat 80tych. Oczywiście panowie z radia "te same nudne przeboje FM" będą wam wciskać, że największym hitem na dyskotekach w Polsce był Michael Jackson i Madonna - nie wierzcie im. Dyskoteki w 1984r należały do nurtu italo i artystów pokroju Miko Mission, Ken Laszlo i Savage. Zaś rok 1985 przyniósł oprócz innych italo wykonawców eksplozję europejską tego stylu, czyli twórczość Diethera Bohlena (Modern Talking, C.C.Catch, Chris Norman) oraz Bad Boys Blue, Sandra i wiele innych. Tak więc panie i panowie radio wciska wam kit, że na dyskotekach w Polsce królowały piosenki, które oni nadają. Bo większość z puszczanych tam hitów nawet się nie zadomowiły w klubach a co dopiero miałyby je zawojować.


Radiorama - Desire (remix). Wydany w 1986r rzez firmę Ariola. Zawiera trzy pierwsze przeboje tego projektu muzycznego jakim była Radiorama: "Desire" w wersji remix oraz "Chance to Desire (remix) i "Hey Hey". Celowo nazwałem tą grupę projektem, gdyż wersja wizualna tej grupy nie miała nic wspólnego z muzyką. Na scenie, w klipach występowali w charakterze zespołu osoby podstawione. Coś na wzór Milli Vanilly ale kilka lat wcześniej. W teledyskach i na scenie widzieliśmy więc Antonelle Ferii oraz Oskara Branfazzi za którymi faktycznie na płytach stali Mauro Farina (geniusz muzyki pop) i Simona Zanini. Mauro Farina często ukrywał się pod wieloma pseudonimami i często wykorzystywał wizerunek przystojniaczków w celu odniesienia sukcesu. Dla przykładu podam kilku artystów, którzy de facto nimi nie byli, bo za wszystkim stał Mauro Farina*: BRAND IMAGE, ALAN BARRY, JOE YELLOW, ATRIUM, RIKY MALTESE, MAX COVERI, DANNY KEITH, PAUL SHARADA . Robi wrażenie ? Zwłaszcza dla miłosników muzyki italo disco . A jeszcze przynajmniej z dziesięć nazw można by wymienić. Farina prawie, że w połowie opanował cały rynek tego nurtu. Dostarczył mnóstwo piosenek i jego wkład w ten styl jest chyba ze wszystkich artystów największy. Niestety nie był typem urzekającego wyglądem włocha, stąd jego nazwisko mniejsze robiło wrażenie i to nawet w tamtych czasach niż pseudonimy i te wszystkie podstawione żywe kukiełki. 

* - nie mylić Mauro Farinę z Dario Fariną ( Dario pisał m.in. dla Ricchi e Poveri)

Mozzart - Money. Wydany w 1987r przez ZYX records. Za wydaniem stał więc nie kto inny jak legenda Italo Bernhard Mikulski. Człowiek, który w zasadzie jako pierwszy definiował styl nazywając go Italo disco. W późniejszym okresie wydawał też płyty z logo Italo, choć nie do końca wykonawcy na nich byli z tego kraju. Mozzart został stworzony głównie za sprawą artysty znanego pod pseudonimem Fancy. "Money" to jego kompozycja jak i produkcja. Próżno będziecie jednak szukać jego nazwiska w stopce z autorami, gdyż ukrył się pod kolejnym nie swoim nazwiskiem - Tess. Piosenka Mozzart -"Money" stylistycznie bardzo kojarzy mi się z tym co robił Mike Mareen. Singiel zawiera wersję dwunastocalową piosenki "Money" i jej odowiednik instrumentalny od tytułem "Pay The Highest Price".

Fake - Frogs in Spain. Wydany w 1984r przez ZYX records (wiadomo Mikulski). Zespół ze Szwecji. Piosenka z tego singla należy do grupy moich ulubionych z tego stylu. Od razu dodam, że wersja pochodząca właśnie z tego singla jest najlepsza.Polowałem sobie na tego singla już od jakiegoś czasu i sporo razy przegrałem aukcje.Tym razem szczęście się uśmiechnęło i w końcu go nabyłemi to nawet za cenę o połowę mniejszą niż swego czasu dawałem. Zespół poza tym singlem praktycznie wylansował jeszcze tylko "Donna Rouge" oraz "Brick" ("Brick" - chętnie bym sobie sprawił). Naisałem "praktycznie" bo zespół wylansował jeszcze inne piosenki ale według mnie nadużyciem jest określenie ich słowem przebój. Fake - Frogs in Spain to oczywiście obecnie już klasyk nurtu Italo (italo choć ze Szwecji). Ukazał się też później remix tego utworu ale dla mnie brzmieniowo i aranżacyjnie odbiega jakościowo od oryginału.  

Jeszcze raz dziękuję losowi, że trafiłem w odpowidnim czasie i w odpowiednim miejscu i z odpowiednią gotówką na człowieka, który potanowił zlikwidować swoją kolekcję. Mam świadomość , że niektóre pozycje należą do mniej spotykanych i zapewne lata zajęło by mi oczekiwanie na nie na jakieś kolejnej aukcji.

Podparłem się dwa razy podczas pisania tego postu informacjami jakie znalazłem na strone.
Zresztą zarejestrowałem się tam na forum :-) 



Zamieszczam też kilka fotek labeli  pochodzących z kilku wybranych singli opisywanych na blogu dzisiaj
i ciut wczesniej.


 







W przygotowaniu część piąta i szósta wpisów o maxi singlach disco z lat 80tych.

C.D.N.