środa, 29 sierpnia 2012

Kim Wilde - Catch as catch can (1983) - recenzja



Kim Wilde "Catch as Catch Can" to z pewnością jedna z płyt mojego życia i to nie dlatego, że to takie dla mnie było rewolucyjne dzieło a po prostu jako małolat szalałem za tą artystką i chłonąłem bezkrytycznie wszystko co wydobywało się muzycznie z tej przecudownej istotki. Ile razy nastawiam tą płytę dzisiaj przed oczami mam mój stary pokój w rodzinnym mieszkaniu na Winogradach i ścianę zapełnioną plakatami z Bravo, no i siebie w wieku 15 lat. Pamiętam również doskonale wszystkie perypetie i problemy, gdy pomimo kary jaką nałożyli mi rodzice która polegała na zakazie słuchanie radia i kaset kombinowałem jak to nagrać.Byłem wtedy już zdeklarowanym fanem Kim Wilde.Co prawda znałem jej repertuar bardzo wybiórczo. Płytę  "Select", czyli tą wcześniejszą poznałem dopiero po poznaniu "Catch as Catch Can" a krążek debiutancki praktycznie dopiero w latach 90tych. Oczywiście piszę tu o całych płytach.Przeboje singlowe znałem doskonale wcześniej.Wróćmy jednak do "Catch as catch Can". Trudno mi się do tej płyty odnieść z dystansem bo wiążą się z nią wspomnienia młodości. Dlatego zapewne trochę  podkoloruję wszystko co o niej napiszę.Mimo to proponuję poczytać tą recenzję bo postaram się przynajmniej część faktów przytoczyć precyzyjnie a tylko sugestywne pozostaną do nich komentarze.

Zdjęcie to wykonała Sheila Rock wyspecjalizowana w fotografowaniu artystów

Muzycznie ta płyta sprawia wrażenie concept albumu choć nim nie jest. Płyta bez słabego punktu. Przecudowne noworomantyczne klimaty.Kompozycje bardzo różne ale bardzo spójne brzmieniowo. House of Salome otwierający całość juz na starcie daje nam sound sławnego syntezatora Roland jupiter 8, dzieki temu od razu wiadomo, że mamy do czynienia z muzyką pierwszej połowy lat 80tych.Piosenkę otwierającą płytę wyznaczono na promocyjnego singla numer dwa. Oprócz niej lansowano także "Dancing in the dark" oraz "Love Blonde" (jako pierwszy). Oczywiście gdzie lansowano to lansowano. Na listę trójki "Love Blonde" wszedł tylko na chwilę by zaraz polecieć. Zresztą w Anglii też płyta jako całość zagościła w drugiej pięćdziesiątce i to tylko przez dwa tygodnie.Tak więc trudno napisać, że ten longplay zawojował świat.Coś jednak w tej płycie jest, ze wracam do niej wyjątkowo często i wyjątkowo chętnie.To coś to nic innego jak mieszanina muzyki pełnej romantyzmu, zmysłowego głosu Kim i sporej dawki przebojowości.Przeboje zostały tu przeplecione piosenkami,które od początku nie miały stanowić wypełnienia."Shoot to disable" miał nawet podobno być utworem tytułowym tego albumu.Po przesłuchaniu całości płyty,każdego fana powinien uderzyć szczegół aranżacyjny piosenek.Zrezygnowano prawie całkowicie na tej płycie z rytmów rockowych. Tutaj perkusja pracuje typowo dla syth popu, trochę sprawiając wrażenie nieskładności.Typowym przykłądem niech będzie wspomniany wcześniej "House of Salome". Kolejny utwór to "Back Street Joe".Dla mnie jedna z ozdób tej płyty.Kim ma w sobie tu sporo liryzmu ale nie takiego w stylu dwanaście świeczek, wino i dwa kieliszki.Ona steruje tu emocjami a barwa jej głosu akurat w tej kompozycji dla mnie brzmi doskonale.Doskonały przykład jak z błachej melodyjki można przy odpowiedniej aranżacji zrobić coś co zostaje w pamięci i to nawet gdy wcześniejsza wysłuchana piosenka to materiał przebojowy a kolejna to popis muzyczny i liryczny rodem od państwa Wildów. Ten kompozytorsko - aranżacyjny wyczyn to "Stay Awhile". Piosenka, która według mnie powinna być lansowana jako trzeci singiel z tego albumu zamiast np. "Dancing in the Dark". Czas by zająć się podobno największym przebojem z tego albumu. "Love Blonde" trąci klimatem Stanów Zjednoczonych z lat 30tych.Swingowanie jest tu na całego a do tego wszystko wzbogacone saksofonem na którym gra ukochany KIm Wilde niejaki Gary Barnaclea (radzę spamiętać to nazwisko bo to postać.. zresztą zajrzyjcie do wikipedii a szczęka poleci w dół). Stronę A longplaya zamyka "Dream Sequence" i jest to absolutna perełka znana i popularna a przede wszystkim doceniana głównie przez fanów artystki.Nigdy wcześniej ani później już czegoś takiego nie zaśpiewała.Utwór zabarwiony tajemniczością i faktycznie nawet od strony muzycznej czuć jakby ilustrował wycinek, jakąś sekwencję ze snu.Ma nawet miejscami coś z psychodelii ale takiej w wydaniu new romantic.Robi niesamowity finał dla pierwszej strony na winylu. Posiadacze wersji compact disc niestety mają to nieszczęście, że nie mogą zrobić pauzy jaką wymusza na posiadaczach winyla czynność przełożenia płyty na drugą stronę. Oni od razu poczęstowani zostają po zjawiskowym utworze sporą dawką dyskotekowej elektroniki jaką funduje "Dancing in the Dark". Piosenka dość mocno lansowana swego czasu, choć listy przebojów nie były zbytnio dla niej łaskawe.Kto wie czy głównym powodem tego "uszczęśliwiania na siłę" nie było to, że za kompozycją stał Nicky Chinn, ówczesna megagwiazda kompozytorska, jedna z połówki sławnego duetu Chinn/ Chapman. Z pewnością piosenka ma w sobie gen przebojowości ale podana w rytmie bardziej amerykańskiego disco u nas w Europie nie przyjęła się jak spodziewano.Za to kolejna piosenka "Shoot to Disable" spełniająca rolę wypełniacza to miód na uszy, choć również przebojem nie została. Przepiękna i z klimatem melodia. Ostro zarysowana perkusja nadaje spory urok kompozycji. Kim ponownie przedstawia nam w niej sporo liryzmu. Rzecz piękna i ujmująca. Dla mnie jeden z najmocniejszych punktów tej płyty od strony artystycznej.Ostatnie trzy piosenki by już zbytnio nie rozpisywać się stanowią olbrzymią ozdobę a piosenka "Sparks" powinna być wydana na singlu i to ona głównie powinna reklamować ten album. W tej kompozycji fani dostali taką Kim Wilde jaką pokochali. Przebojową , dynamiczną i czarującą.

 Pierwsze cztery albumy Kim Wilde- według mnie najlepsze w całym jej dorobku


By podsumować całość warto napisać, że z pewnych względów właśnie ten album powinno się traktować jako apogeum procesu tworzenia gwiazdy pop z Kim Wilde. Do tej płyty Kim była kształtowana artystycznie przez rodzinę i traktowana bardziej jako córka lub młodsza siostra niż piosenkarka. Nigdy później już brat z ojcem nie odgrywali aż tak dużej roli jak do czasu wydania tego longa. Owszem kolejna płyta to też był jeszcze zamysł twórczy rodzinki ale Kim już miała na niej momenty gdzie mogła wykazać się twórczo  a także czuwała nad całością jako współproducent Kim jak niektórzy wiedzą po wydaniu "Catch as catch can" wyprowadziła się z domu i zamieszkała sama. Kupiła sobie też swój pierwszy samochód, używanego volkswagena garbusa. Zerwała także z firmą fonograficzną RAK z którą jej rodzina powiązana była chyba od początku jej istnienia.

 Labele RAK pierwszych trzech longplayów Kim Wilde

Firma na zakończenie wydała jeszcze składankę piosenek pod tytułem "The Very Best of Kim Wilde". Prawdopodobnie kontrakt opiewał na cztery płyty i załatwiono ten problem właśnie w ten sposób. Przez lata myślałem ,że to było działanie złośliwe ze strony firmy ale gdy zacząłem kojarzyć fakty raczej wersja z kontraktem na czwartą płytę bardziej przemawia za prawdą.Na tej składance dodatkowo pojawiły się dwie piosenki, które wcześniej ominęły albumy.Były to "Boys" strona "b" singla "Water on Glass" oraz singlowa piosenka "Child come away" z 1982r. Brak  komercyjnego sukcesu Catch as catch can" po części mógł się podobno przyczynić do zawieszenia dalszej kariery. Kim to rozważała. Jej trasa koncertowa promująca okazała się niewypałem i spowodowała wielką gorycz u gwiazdy, której wszystko przychodziło do tego momentu łatwo.Za brak sukcesu wszystkie winny co prawda wzięli na siebie ojciec z braciszkiem jako twórcy materiału ale Kim poczuła wielki niedosyt i był to dla niej pierwszy prawdziwy zimny prysznic. Dzisiaj po latach inaczej oceniamy tą płytę ale pamiętajmy, że to był rok 1983 a wtedy w świecie muzyki działo się znacznie więcej niż my dzisiaj z tego pamiętamy.Załamywała się pierwsza fala new romantic a MTV pokazało całą potęgę swojej mocy tworząc w kilka tygodni wiele nowych gwiazd.To był naprawdę trudny okres by przetrwać.Dziś wiemy,że udało się i Kim już w rok później wydała kolejną dobrą płytę a w kolejnych latach z powodzeniem kontynuowała swoją karierę dalej.  


Zawsze w trakcie słuchania płyty ( i to każdej nie tylko tej )  okładka od tego co jest na talerzu 
musi znajdować się w zasięgu mojego wzroku

track lista

strona A

01. House Of Salome         
02. Back Street Joe         
03. Stay Awhile         
04. Love Blonde        
05. Dream Sequence    

strona B
   
01. Dancing In The Dark     
02. Shoot To Disable         
03. Can You Hear It    
04. Sparks    
05. Sing It Out For Love

niedziela, 26 sierpnia 2012

Sopot 2012 - Hołd dla The Beatles ? - Polsat symbol kiczu i tandety ?


Dwa tygodnie temu dotarła do mnie wiadomość, że w naszym kraju, ktoś planuje uczcić 50 lecie istnienia zespołu The Beatles.Ten ktoś to telewizja Polsat a miejscem tej celebry ma być drugi dzień festiwalu w Sopocie. Pierwsza już bzdura, która powinna dać mi do myślenia co do jakości tego pomysłu to sama zapowiedź owej rocznicy istnienia a nie powstania, jak po prawdzie powinno być. Przecież grupa nie istnieje oficjalnie od roku 1970 więc jaka 50 rocznica istnienia. Zresztą nawet przyjmując rok 1962 za rok powstania, też bredzimy totalne głupoty.No ale co tu się dziwić skoro wszystko firmowała telewizja Polsat czyli najmniej profesjonalna publikatornia bzdur w Polsce.Usiadłem jednak przy odbiorniku, bo bądź co bądź uważam się za wielkiego fana twórczości Bitlesów i dla tej muzyki potrafię wiele znieść a i sporo zrozumieć.Od lat różne przykłady udowodniły mi, że muzyki Beatles nie da się sknocić do końca i każde nawet najgorsze wykonanie zawsze jakoś tam się mniej lub bardziej broni.Nie oczekiwałem fajerwerków bo czułem już widząc logo organizatora, że to będzie jakaś komercja połączona z lizaniem dupy sponsorom przez paru zaprzyjaźnionych z tą rozgłośnią artystów.


Rozsiadłem się wygodnie więc przed ekranem i uruchomiłem nagłośnienie kina domowego by uzyskać odpowiedni efekt. Co zobaczyłem i usłyszałem ? Zacznę od samej esensji, bo to przecież najważniejsze w tym wszystkim było. Na początek pojawili się bracia Cugowscy i zagrali "A Hard Day's Night" oraz "Can't Buy Me Love". Jak im wyszło ? Napiszę wymijająco by zbytnio ich nie krzywdzić. Po prostu wykonali to inaczej niż Beatlesi. Z pewnością nie będę wyczekiwał, by nagrali ten materiał na płytę.Po Braciach na scenie pojawiła się gwiazdka w postaci Ani Wyszkoni, która robiła co mogła by ludzi przepędzić z widowni i od telewizorów.Zastanawiam się czy aby faktycznie mam rację, że nie mozna czegoś od Lennona i McCartneya skopać do końca.Jej wersja "Love me do" należy z pewnością do najbardziej nieudanych o ile nie wręcz traumatycznych dla słuchających wykonań jakie znam a znam naprawdę sporo.Kto tam był jeszcze ? Otóż wystapił tam jeszcze zespół Kombi w swojej odsłonie piosenek "Oh Darling" i "Here Comes the sun". Według mnie wykonania Skawińskiego były fatalne jak zresztą większość wszzystkiego co w swoim muzycznym życiu ten człowiek zrobił.Szkoda bo potrafił też w tej kupie nijakości nagrać swego czasu kilka dobrych utworów ale to nie temat o nim.W między czasie grupa Perfect wykonała "Yesterday" i był to chyba jedyny występ godny takiego jubileuszu. Nie przepadam za tym co robią ostatnio panowie z Perfect ale tu oddaję im pokłon bo to wykonanie to była perła wśród śmieci. Jak to zazwyczaj bywa perły w otoczeniu śmieci zazwyczaj nie widać a odwrotnie niestety zawsze.W międzyczasie przemknęła przed oczami i uszami też bliżej mi nieznana grupa Lemon. Jej wersja "Let it Be" muszę przyznać ,że była poprawna a nawet dawała płomyczek nadziei choć "All you needs is love" niestety położyli. Reszta artystów przedstawiała już samo dno.Rynkowski oczywiście zaśpiewał "Imagine" waląc pod styl Cockera a jego wersja "Get Back" zagrana zaś pod Brookera wypadły żenująco a kto wie czy nawet nie karykaturalnie. Podobnie Afromental walnął dwa covery Beatlesów "Come Together" oraz "A little help from my friends" oczywiście tą drugą piosenkę potraktował jako piosenkę Cockera a nie Beatles bo w całości aranż zerżnięty z pamiętnej wersji. Nie mam nic przeciw tej wersji ale o Bozzziuuu w końcu tu upamiętniamy The Beatles a nie Joe Cockera.Byli jeszcze fałszujący De Mono a szkoda bo ich wersja "Obla di Obla da" mogła być fajna.Dobrze wypadł na wpół amatorski zespół Żuki z Bydgoszczy grający muzykę Lennona i spółki od ponad dwudziestu lat.Wymieniłem już prawie wszystkich. O jeszcze jakiś łukasz Zagrobelny. Facet z fajnym głosem ale piosenkę a w zasadzie obie rozłożył. Zaśpiewać "Help" w wolnym tempie ? To udaje się tylko nielicznym i do tego z jakimś pomysłem. Tu go zabrakło w obu piosenkach bo jakby było mało jeszcze rozłożył na łopatki "She loves you". Na koniec odśpiewano przez wszystkich "Twist and Shout" co może i kojarzone jest głównie z The Beatles ale z nimi samymi ma z pewnoscią mniej wspólnego niż dziesiatki innych i to lepszych rzeczy, które tu pominięto.Jak już wspomniałem muzyki dobrej nie idzie zepsuć do końca.Koncert wiec pomimo tych niedopracowanych wykonań dało się jako ciekawostkę obejrzeć. Przynajmniej od strony muzycznej.

Tragedia największa tej imprezy to całkowicie nieudolni,nudni i nie profesjnalni konferansjerzy oraz  Ci co im przygotowali te teksty, którymi nas karmili. Jak bezdennie głupie i nieudolne było to co docierało w trakcie konferansjerki trudno opisać.


 Polsatowskie tęgie głowy - specjaliści od muzyki i historii grupy The Beatles

Kto oglądał zapewne widział i słyszał a kto nie temu podam tylko kilka rażących idiotyzmów. Pomijam już fakt, że taki pseudoszołman jakim jest Maciej Rock nie umie poprawnie wypowiedzieć nawet nazwy zespołu. Zamiast słowo "Beatlesów" wypowiada "Beatelsów".Karmi nas po drodze szczegółami z kariery zespołu mówiąc bzdury. Z nich się możemy dowiedzieć, że Baetles przestali grać bo ich koncerty przestały być słyszalne, bo ponoć taki hałas był podczas ich występów. Zapomniał dodać, że przestali grać koncerty bo z wypowiedzi wyszło, ze to główny powód rozpadu grupy."All you need is love" też ponoć według nich stał się hymnem hipisów bo zapewne "Give peace a chance" nim nie był. Jak łatwo się domyśleć Polsat gdyby urządzał koncert rocznicowy Woodstock to zaprosiłby jako główne gwiazdy Scotta McKanzie lub Mamas and the Papas jako przedstawicieli głównego nurtu hippisowskiego.Dowiadujemy się także, że na Beatlesów olbrzymi wpływ miały ich żony, które gdyby nie były żonami cudownej czwórki to i tak byłyby bardzo sławne bo takie miały silne osobowości.Dowiedziałem się również, że Ed Sullivan w tamtych czasach to był ktoś taki jak obecnie w Polsce Krzysztof Ibisz. (Ku...wa, facet który ma olbrzymie zasługi dla popularyzacji rock n rolla w USA przyrównywany do Krzysztofa "jak dobrze wyglądać po 40 tce" Ibisza ? ) Tym ludkom z Polsatu na łeb padło i wydaje im się, że są mega gwiazdami. Obserwuję ten trend od lat. Polsat skupia najbardziej beznadziejnych prezenterów. Każdy z nich przeważnie jest nieprzygotowany a swoją pozycję w telewizji zawdzięcza tylko ładnej buźce i kto wie czemu tam jeszcze, bo na pewno nie fachowości. Owszem inne telewizje też nie są święte bo każda stacja ma swojego jakiegoś "kwiatuszka". TVN ma na przykład Małkową M. , która myli elekcję z erekcją i kompletnie jest zdziwiona gdy się dowiaduje, że prażony ryż to nie jest popcorn. No, ale widać przypisano jej rolę głupiej blondynki i jest OK.

Tak więc koncert na który liczyłem, że przeniesie mnie we wspomnienia okazał się typowym niewypałem zrobionym pod publikę i poskładanym do kupy z artystów na których Polsat ma kwity na wyłączność.Ze sceny prezentowały nam się tylko te znane gwiazdki biorące udział w jakiś bzdurnych polsatowskich produkcjach.


      Solówka gitarzysty z Perfect podczas "Yesterday" jedyny jasny punkt całości przedstawienia

Ludzie czy naprawdę nie można było tego zrobić uczciwie ? To już w filmie "Wiosna panie sierżancie" Tadeusz Fijewski namawiał ludzi do uczciwości przy pędzeniu bimbru. Ja ponawiam jego apel w stosunku do innych szachrajstw robionych w celu wciskania nam gówna.W naszym kraju aż roi się od ludzi,artystów, fanów Beatlesów.Dla wielu możliwość oddania hołdu w takim koncercie było by wielkim marzeniem i podeszli by do tego z pełnym oddaniem i sercem.Weźmy na przykład grupę Collage która wydała nawet płytkę z coverami Lennona i to jakimi ? A to przecież nie jedyni którzy grają taką muzykę od lat.Czy w Polsce nie ma ani jednego gitarzysty który przecudownie rozpędziłby się solówką w "While My Guitar Gently Weeps" kładąc na kolana wszystkich i doprowadzając nasze roztęsknione emocje do granic przyjemnego bólu ? Nawet Ewa Bem byłaby po sto kroć bardziej odpowiednim gościem na czymś takim. Kto z fanów Bitli nie pamięta jej płyty z coverami ?. Pomijam już istnienie w naszym kraju przynajmniej czterech zespołów wyspecjalizowanych tylko w piosenkach Fab Four a każdy z nich przewyższa swoim kunsztem ten obraz co nam zafundowano.Uważam, że udział w takim koncercie powinien być zaszczytem i pewnym wyróżnieniem. Artyści powinni być dobrani starannie i pod kątem celebry muzycznej a nie widowiskowej a wtenczas paradoksalnie można otrzymać także i show prawdziwe.

Po raz kolejny  telewizja Polsat pokazała jak w prosty sposób można sprowadzić sztukę do rynsztoka.

wtorek, 21 sierpnia 2012

O wakacjach, nostalgii i wyższości gór nad morzem


Właściwie to tytuł tego wpisu powinien brzmieć "Wakacje w górach dla leniwych". Tematem jednak obejmę jeszcze kilka innych kwestii, stąd zanim przejdę do głównego wątku dorzucę kilka ogólników zaobserwowanych moimi oczami. Wszystko okraszę kilkoma zrobionymi w tym roku przez mnie fotkami z drobnym komentarzem.

Góry wysokie, kto mi z wami walczyć każe.....

Ktoś kiedyś gdzieś powiedział a ja to spamiętałem, że gdy człowiek coraz mniej marzy a coraz częściej wspomina to się starzeje.To w zasadzie stosunek ilości marzeń do wspomnień wyznacza stopień naszego zestarzenia się. Coś w tym chyba jest. Zresztą to nie jedyna zależność, która kształtuje nas w jakiś sposób a  spowodowana jest upływem czasu. Nawet daleko nie musimy szukać, by się przekonać jak jego upływ steruje naszą nostalgią i potrafi spowodować, że coś co było w naszym życiu szmirą, często zbędnym zwykłym dodatkiem dnia codziennego, zaczyna urastać do miana sztuki.Tak bywa z filmami, modą, muzyką wieloma innymi sprawami w tym także z naszymi wspomnieniami.Na co mamy zawsze największą ochotę  ? Zazwyczaj na to co już znamy a czego dawno nie doświadczyliśmy. Odwołujemy się wiec do naszych wspomnień.Podobnie jest z wakacjami.Rysiek miał rację śpiewając, że w życiu piękne są tylko chwile. Gdybyśmy się nad tym zastanowili zapewne okazałoby się, że te chwile przypadają zazwyczaj na czas letnich wyjazdów.Tak więc na decyzję naszą gdzie jedziemy wypoczywać zazwyczaj wpływ mają nasze wspomnienia i tęsknota do ponownych pozytywnych i już raz przeżytych chwil.Trochę to uprościłem ale tym samym stworzyłem sobie doskonałą wytłumaczenie zmiany w ostatnich czasach moich preferencji urlopowych.


Czarny Staw Gąsienicowy widziany po przejściu drogi Kuźnice - Kasprowy Wierch - Hala Gąsienicowa...... ufff ....warto było

Do niedawna głównym moim celem wakacyjnym było nasze polskie wybrzeże a dokładniej niewielki jego fragment w okolicach Pogorzelicy i Niechorza.Spędzałem tam co roku jako dziecko wakacje bawiąc na koloniach a także dodatkowo na wczasach z FWP z rodzicami.O walorach tego miejsca bywalcom tego rejonu nie muszę pisać.Wystarczy nadmienić , że obie miejscowości prawie całkowicie położone są w lesie co czyni je w okresie upałów nawet w porze południowej miejscem nadającym się do normalnego funkcjonowania.Kocham nasze morze. Kocham nasze piaszczyste plaże, choć za leżeniem w grajdole nie przepadam a wręcz unikam. Snuję się więc bez celu wzdłuż plaży wsłuchując się w gwar połączony z szumem morza. Rozkoszuję się smakiem kolejnego piwa i chłonę klimat, który tak doskonale pamiętam z dzieciństwa.Wieczorem stały punkt programu , czyli spacer w oczekiwaniu na zachód słońca a zaraz po nim to co nad morzem kocham najbardziej, czyli szaleństwa nocy letniej, cokolwiek to znaczy lub by miało . 

Na szczyt góry widocznej na wprost wchodziła kiedyś para zakochanych. Przez całą drogę się kłucili. Gdy atmosfera była już nie do wytrzymania i ona dostrzegła beznadziejność tego ich związku postanowiła się rzucić.....  no i rzuciła się....... na niego


Od pewnego czasu nastąpiła za namową mojej żony pewna zmiana. Ona nie miała takich samych wspomnień jak ja.Jako dziecko nie wyjeżdżała zbytnio z okolic Wielkopolski. Już jako nastolatka kilkakrotnie bywała w górach i tam zostawiła część swego serca.Tak więc za namową jej oraz korzystając z okazji, że znajomi wybierali się właśnie na południe dałem się namówić.Od tamtego czasu minęło sześć lat a mnie w ogóle nie ciągnie nad morze. Owszem chętnie bym pojechał tam na dwa, góra trzy dni. Napić się piwka wieczorkiem na plaży ale na dłużej ? Po co ?


Zamek w Niedzicy. To tutaj nakręcono serial mojego dzieciństwa "Wakacje z duchami"

Odkryłem, że jadąc w góry można doskonale wypocząć i się nie zmęczyć. Trzeba tylko stosować się do pewnych zasad. Wybierając góry musimy poznać ich specyfikę oraz topografię miejsca wypoczynku. Chcąc poczuć klimat górski taki z prawdziwego zdarzenia wybrać powinniśmy góry skaliste, czyli Tatry lub Karkonosze.Karkonosze pomimo tego,że niższe to jednak swoje szlaki mają tak poukładane, że trudno jest się nie zmęczyć.Stacjonując w Karpaczu nawet zwykłe wyjście na piwo do centrum bywa wyzwaniem dla nóg.Co innego Zakopane, które otoczone obłędną panoramą gór samo leży w dolinie i spacer po nim niewiele różni się od tego po promenadzie w Międzyzdrojach.Do tego spora część szlaków to drogi przez doliny, gdzie naprawdę można uniknąć zmęczenia. Szkoda, ze nikt do tej pory nie wpadł na pomysł, by wydać przewodnik dla leniwych turystów, gdzie wyznaczono by wędrówki dla takich "niewyczynowców". Co mnie skłoniło do takiej radykalnej zmiany upodobań co do miejsca wypoczynku ? Po pierwsze wbrew pozorom wypoczynek w górach nie jest uzależniony aż w takim stopniu od pogody jak urlop nad morzem.Nad morzem istnieje możliwość obejścia wszystkiego w okolicy w ciągu tygodnia pobytu. W Zakopanym jest to niemożliwe.Większość atrakcji w górach jest tańszych od tych nad morzem.Nawet ceny kwater są niższe przy lepszym ich standardzie.W górach chcąc nie chcąc ma się kontakt z tubylcami co nad morzem jest rzadkością.W górach człowiek nie jest uzależniony od towarzystwa.Tam po prostu jest co robić nawet będąc absolutnie samemu.Będąc w tym roku w Zakopanym zobaczyłem napis "Wszystko co kocham jest w górach". Powoli zaczynam rozumieć tego kto go wymyślił.Powoli z czasem się przekonałem także do szlaków wysokogórskich.Wbrew pozorom nawet zmęczyć się czasami jest fajnie. Ważne by to zmęczenie było adekwatne do przyjemności którą z niego będziemy czerpać.

Burza nad Morskim Okiem - wrażenia bezcenne - reszta wiadomo... master cards

Kilka prawd pochodzących od pewnego flisaka, który sterował naszą tratwą podczas spływu Dunajcem

- Prawdziwy turysta góry ogląda z dołu, kościół z zewnątrz a oberżę od środka.
- Wszyscy łażą do góry na szczyty by zobaczyć jak na dole jest pięknie.Skoro na dole jest tak pięknie to po co tam do góry leźć


 Bacówka - miejsce naszych zakupów oscypków oraz napojów regionalnych
Jeden z takich "regionalnych marketów sieciowych" coś a'la żabka u nas
z tym, że bardziej tutaj było  folk i towar świeższy i mocniejsze napoje

Widok, który docierał codzienne rano za okna ... 
potrafił wyleczyć kaca po regionalnym trunku w kilka chwil

Krywaniu Krywaniu wysoki..... (Po resztę komentarza odsyłam do płyty Skaldów)

Zawsze się jedna znajdzie...

50 zł za spływ Dunajcem od osoby to naprawdę niewiele jak za ponad dwugodzinny rejs.
Tym bardziej,że USA ma swoją Mount Rushmore, Deep Purple swoją okładkę do "Machine Head" a nam natura dała trzy siostry na Trzech Koronach.

Do noclegowni nie zdążyłem już dojść przed tym deszem co ukazał tęczę
ale zdjęcie przednie, prawda ?
?

środa, 4 lipca 2012

Def Leppard - Hysteria (1987) - recenzja


New Wave of British Heavy Metal to ponoć rodowód tej grupy i nie będę się spierał. Pierwsze trzy płyty tej grupy a zwłaszcza "Pyromania" to dzisiaj już pomniki tamtego owocnego nurtu.Pamiętam doskonale moment gdy pierwszy raz pojawiła się ona na rynku. O dziwo nawet w naszym kraju grane to było już w roku wydania co nie zawsze było normą.Tylko z uwagi na to, że grupa znana była już dość dobrze w światku rocka i to nawet w Polsce nikt słysząc płytę pierwszy raz nie pomylił ich z Amerykanami.Dzisiaj z perspektywy czasu śmiało mogę twierdzić, że to najlepszy album jaki ta grupa nagrała.Mieli sporo czasu na przygotowanie repertuaru bo jak wiadomo przytrafiła im się przymusowa pauza trzech lat od wydania "Pyromani" spowodowana między innymi "problemami zdrowotnymi perkusisty", który utracił narzędzie pracy w postaci swojej jednej ręki.Jak się okazało to przykre zdarzenie dodało dodatkowego smaczku grupie, bo jako pionierzy występowali i nagrywali płytę z niepełnosprawnym pałkarzem, który w zmyślny sposób dostosował swoją perkusję dla własnych potrzeb.Słuchacz niewiedzący o tym fakcie na płycie nie dosłyszy różnicy w grze Ricka Alena porównując go z okresu sprzed kalectwa.Gdzieś doczytałem, ze podobno perkusję dogrywano ponownie niwelując niedostatki,  ale czy to prawda nie wiem. Ja wierzę, że Andy po prostu sprostał. Nigdy nie należałem do zdeklarowanych fanów tej grupy. Mam obiekcje prawie do każdej płyty. W każdej znajduję momenty dobre i ciekawe ale także sporo przeciętniactwa. Wyjątek stanowi tylko ten album. Być może powodem tego jest bardzo duże zróżnicowanie kompozycji ich rytmu a całość pomimo tej różnorodności jakoś potrafi stanowić całość.Co mnie urzekło w tym albumie. Przede wszystkim wielka dbałość o melodie. Tak melodie to broń największa tej produkcji. Kolejne spostrzeżenie to brzmienie.Zdecydowanie bardziej hard rockowe niż metalowe.Całość jednak w odbiorze nie brzmi ani typowo metalowo ani tak do końca hard rockowo.Gitary są wyraźne ale stanowią bardziej tło dla perkusji i melodii.Zlewają się ze sobą tworząc ścianę dźwięku. Melodyjną i bardzo ważną ale jednak trudno słuchając tej płyty określić ją jako zdominowaną przez gitary a przecież taki powinien być metal czy hard rock.Trudno też po wysłuchaniu całości od razu wyłuskać jakąś genialną solówkę.Owszem gitary nie stronią tu od wstawek solowych ale takich rasowych popisów tu nie usłyszymy. Wszystko bowiem podporządkowane jest całości. Aranżacje utworów przypominają układankę puzzli gdzie nie ma mowy o dominacji któregoś. Całość ma tworzyć piękny obrazek.Jednym słowem instrumenty tu wyważono by stanowiły całość.Jeżeli coś się wybija ponad to to tylko perkusja. Gitary tu robią po prostu swoje i nic poza tym. Największą cechą tych kompozycji są harmonie wokalne, które w połączeniu z melodią sprawiają, że ta płyta to jeden wielki przebój. Większość tych najlepszych piosenek śmiało zakwalifikować powinno się do muzyki pop. Myślę, że część z nich spokojnie grana mogła być swego czasu w blokach programowych z muzyką pop rockową.Nie jest to oczywiście wadą tych piosenek.Zresztą tamten okres to był prawie kulminacyjny dla popularności takiej muzyki.Muzyki  podawanej w taki trochę przylukrowany sposób.Podobnie słodko zdążyły już wcześniej zagrać wielkie gwiazdy hard rocka jak Rainbow czy Van Halen. 


Na "Hysterii" znajdziemy dwanaście kompozycji zagranych na równym bardzo wysokim poziomie a każda z nich posiada wspólną cechę - doskonałą melodię.Największymi przebojami z niej stały się za sprawą odpowiedniego lansowania choć i bez tego zasługiwałyby na to "Animal", "Love Bittes" oraz tytułowa "Hysteria". Spokojnie dołączyć do tej trójki mogła by kompozycja "Gods of War". Cała reszta również nosi w pewnym sensie cechy przebojowości ale przy wymienionej trójce potrafi sprawić wrażenie przynajmniej przy pierwszym odbiorze dość przeciętnych.Czyżbym przed chwilą walnął jakąś głupotkę ? Ktoś zapewne od razu może mi zarzuci, że "Rocket" i "Woman" to wielkie przeboje a ja je tak pomijam. Otóż nie. Nie ujmuję im ani trochę jednak to dwie kompozycje typu "smaczek nie dla każdego". Zyskują dopiero po pewnym czasie gdy się do nich przyzwyczaimy. Ich rytm jak na hard rocka jest trochę połamany,aranż przesłodzony a i melodia nie tak oczywista.Jednak to właśnie te dwie piosenki otwierające album ukazują nowy obraz Def Leppard po trzyletniej przerwie i są doskonałym przygotowaniem nas na dwie największe gwiazdy z tego albumu czyli "Animal" oraz "Love Bittes".Ciekawie brzmi także "Armageddon it", dość mocno inspirowany chyba Bolanem z T-Rex. Przebojowość i łatwość odbioru tej muzyki sprawiło, że grupa pozyskała nowych słuchaczy absolutnie nie związanych z metalem. Do tego idealnie muzycznie wtopili się w to co było wtedy modne.Pewien element ciekawości jednorękiego perkusisty również podziałał. Zresztą samo wydanie płyty było przygotowywane starannie i przez kilka miesięcy poprzedzające come back zasypywano informacjami prasę o postępach nauki gry Andego na nowym zestawie dla jednorękiego.Świat znał grupę z dobrej strony wiec i chłopacy posiadali spory kredyt zaufania.Po ukazaniu się albumu wpierw pojawiła się fala krytyki co do nowego popowego stylu grupy ale w krótkim czasie notowania listy przebojów i zwolennicy muzyki pop rockowej zagłuszyli ortodoksów.



Dzisiaj po latach album "Hysteria" Def Leppard wymienia sę w jednym zdaniu obok "New Jersey" Bon Joviego, "1987" Whitesnake. Kolejne płyty Def Leppard pomimo zbliżonej przebojowości nigdy już nie powtórzyły sukcesu."Hysteria" jest na pewno jednym z najciekawszych płyt powstałych w ósmej dekadzie i pewnym stopniu definiuje ona pewien modny okres melodyjnego soft metal rocka. Głównie rodem z USA ale jak widać niekoniecznie tam nagrywanym. Przyrównywanie tej płyty do Europe z czym się spotkałem jest nieporozumieniem bo to dwa bardzo odmienne albumy choć oba zawierają dobre melodie i są przebojowe.

track lista

Side A

01. Women (lansowany jako pierwszy w USA z tej płyty - obecny na listach przebojów)
02. Rocket (Ostatni lansowany z tej płyty singiel - obecny na listach przebojów)
03. Animal (lansowany jako drugi singiel - obecny na listach przebojów)
04. Love Bites (numer jeden wielu list przebojów)
05. Pour Some Sugar on Me (również lansowany z dobrym skutkiem)
06. Armageddon It (także bywalec list przebojów)

side B

07. Gods of War ( kapitalny choć mniej doceniany)
08. Don't Shoot Shotgun (skoro Rocet jest świetny to i ten numer musi taki być)
09. Run Riot ( mogło by dla mnie go nie być)
10. Hysteria (mój ulubiony utwór z tej płyty - także singiel, także listy przebojów)
11. Excitable (taki trochę w stylu grupy Kiss)
12. Love and Affection (kolejny mniej doceniany a bardzo piękny utwór)

Pisząc mniej doceniany na myśli mam listy przebojów. Fani tej płyty kochają te piosenki na równi z tymi największymi hitami.

poniedziałek, 2 lipca 2012

Leif Garrett - Leif Garrett (1977) - recenzja


Kim jest u diabła a w zasadzie kim był Leif Garrett ? Postać w Polsce do bólu nie znana i to nawet w okresie wielkiej popularności tego wokalisty w Europie.By scharakteryzować sylwetkę tego artysty wystarczy napisać, że jego podobizna wisiała nad łóżkiem co drugiej brytyjskiej i niemieckiej nastolatki w latach 1977 - 78. Był to typowy idol nastolatek. Ładniutki chłopiec, niespełna szesnastoletni, pełen wigoru i obdarzony całkiem dobrym wokalem.Niby nic szczególnego bo historia muzyki zna wiele takich postaci i zapewne jego pięć minut sławy nie różni się w znacznym stopniu od innych mu podobnych gwiazd.Dla mnie jednak on to fragment wspomnień z dzieciństwa.Pierwszy raz i zresztą jedyny zobaczyłem go w polskiej telewizji w dniu dziecka. Stacja wyemitowała program w którym dzieci z różnych części Europy śpiewały po jednej piosence.Byli i Włosi reprezentowane przez dziecięcy chór Piccolo Coro dell' Antoniano. Byli Hiszpanie i zaśpiewano po hiszpańsku wersję piosenki o Pszczółce Maji. Byli też Anglicy i to właśnie oni wystawili swoje cudowne dziecko Leifa Garretta.Owszem on raczej był już młodzieńcem a nie "kajtkiem" i trochę odbiegał od konwencji typowo dziecięcej ale był i to dzięki temu programowi obejrzałem popisy młodego Garretta śmigającego na skateboardzie i śpiewającego Johnny B. Good. Dlaczego on okazał się ważną postacią w moim świecie muzycznym ? Po raz pierwszy pokochałem muzykę rock n rollową a standard Johnny B. Good stał się dla mnie idealnym utworem tego nurtu. Zwłaszcza jego wersja mnie urzekła. Owszem później trafiłem na dzieła Chucka Berrego, Cohrana, Vincenta, Haleya, Hollego ale to właśnie Leif Garrett dał mi impuls dzięki któremu klasyka rock n rolla stała się mi wyjątkowo bliska i trwa to do dzisiaj.Johnny B. Good coverowany był przez tysiące wykonawców. Nagrano setki wykonań. Sam słyszałem ich chyba kilkadziesiąt. Jednak wersja Garretta moim zdaniem jest najlepsza.Dla porównania dodam,że wersja z fimu "Powrót do przyszłości" zaśpiewana przez Marty McFly (czyli Michaela j. Foxa) plansuje się u mnie na drugim miejscu. Na trzecim dopiero znajduje się wersja oryginalna zagrana przez Berrego.

Jaka jest ta płyta, którą tu próbuję wam omówić ? Zawiera ona praktycznie tylko standardy z okresu ery rock n rolla, poszerzona o kilka niewiele późniejszych przebojów. Płytę otwiera "The Wanderer", standard rozpropagowany w latach 60tych przez Diona w latach 70tych śpiewany "przez wszystkich". Między innymi przez Gary Glittera, Status Quo. Wersja Garretta wiernie trzyma się oryginału pod względem aranżacyjnym i jest świetną alternatywą dla wersji Diona. Kolejna piosenka to "California Girls" grupy The Beach Boys. Tutaj Leif śpiewa jeszcze swoim głosem sprzed mutacji i czuć, zę to była zapewne jego pierwsza przygoda ze studiem. Zresztą to jego pierwszy hit.Dalej mamy wyciskacz wzruszeń w postaci piosenki Paula Anki "Put your head on my Shoulder". Piękne wykonanie, zblizone maksymalnie do oryginału z tym, że lepiej wyprodukowane.Zresztą nie ma co się dziwić. Przecież poziom techniczny między rokiem 1977 a początkiem lat 60tych to przepaść.Stronę A kończy wspomniany wcześniej Johnny B. Good, który dla mnie jest petardą rock n rollową z okresu klasycznego podejścia do tego gatunku muzyki.

Niestety wersja z tego programu o którym napisałem jest poza zasięgiem You tube

Stronę B otwiera ponownie jak i A piosenka lansowana wcześniej przez Diona "Runaroun Sue" i spokojnie mógłbym napisać o tym wykonaniu to samo co wcześniej - miód dla tych co lubują się w początkach lat 60tych, zwłaszcza sceny amerykańskiej.Drugą piosenką jest akurat ciut mniej mnie przekonujący cover Nat king Cola "That's All" ale pod względem wykonania trudno coś zarzucić Leifowi. Na szczęście zaraz po nim mamy perełkę. Świetne wykonanie piosenki autorstwa Lennona i McCartneya "Bad to me", której to de facto oni sami nie nagrali na swojej płycie a zasiliła tylko ich katalog z kompozycjami. Wcześniej przed Garrettem to wylansowali Billy J. Kramer, którzy dostali od Beatlesów tą kompozycję w prezencie. Wersja Garretta ciut spokojniejsza od oryginału ale dla mnie jest wersją najładniejszą jaką słyszałem.Przedostatnia piosenka to "Special Kind Of Girl" której nie potrafię przykleić póki co do wcześniejszego jakiegoś wykonania ale nie martwi mnie to zbyt bardzo bo piosenka jest tu dla mnie takim trochę wypełniaczem. Spokojna do bólu.Typowa kompozycja adresowana do małoletnich panienek, chcących roztkliwiać się nad jego fotografiami wiszącymi jak już wspomniałem nad łóżeczkami owych słuchaczek.Całość kończy "Surfin USA" będące dziwnym tworem Beach Boysów i Berrego, któremu przyznano prawo do autorstwa muzyki dopiero w kilka lat po premierze wersji plażowych chłopców.

Całość płyty nie zaskakuje nowatorstwem nawet biorąc pod uwagę rok wydania. To po prostu doskonały zestaw standardów ery rock n rolla podanych w dobrze opracowanej szacie muzycznej. Do tego utrzymując całość w określonej konwencji dla tego stylu.Dzisiaj trąci to już troszkę myszką ale wtedy wiele grup opierało swoje kariery  na reprtuarze klasycznym zapożyczając od Chucka Berrego,Buddy Hollego i innych. Przykłady ? Mud, Showaddywaddy, Darts etc. Leif Garrett po swoim debiucie wydal jeszcze kolejne płyty ale tylko jeszcze kolejna odniosła sukces za sprawą mody na disco i przeboju "I Was Made For Dancin" kolejne wydawnictwa przeszły już bez echa po czym ten idol nastolatek widać wydoroślał a wraz z nim jego fanki i rozstał się ze spiewaniem. Podobno powrócił w latach dwutysięcznych ale z jakim skutkiem nie wiadomo. Na pewno nie znaczącym bo informacje o jego come backu znaleźć można tylko w internecie i to w chwili gdy się tego naprawdę zacznie szukać.



Ta płyta w mojej kolekcji to powrót sentymentalny do okresu w którym po raz pierwszy zachwyciłem się Johnny B. Good i pokochałem rock n rolla.Trudno jest mi ją oceniać w odniesieniu do wielkich dzieł. Jeszcze ciężej jest napisać, że to coś przeciętnego. Na pewno stworzone w sposób komercyjny i dla osiągniecia kasy a nie sztuki. Stąd wybór piosenek ogólnie znanych i przebojowych. Ta płyta nie lansuje muzyki, choć w moim przypadku tak było a raczej młodzieńczość Garretta jako główny produkt poddany sprzedaży. Oceniam ją na trzy gwiazdgi bo warto ją poznać choćby z uwagi na doskonałe wersje standardów muzyki rozrywkowej. Płyta wydana z wkładką zawierającą gotowe fotki Leifa do przywieszenia sobie na ścianę.

Moje Mistrzostwa Euro 2012 - I po Koko ...

 Gotowy do kibicowania - Wtedy jeszcze w tym finale wszystko było niewiadomą

Euro spoko i po koko można by powiedzieć krótko.Wszystko przemija,coś się zaczyna i kończy po to by znowu się zaczęło coś innego.Dla nas Polaków ten turniej nie zostanie zapamiętany jako sportowe wydarzenie a raczej jako zjawisko socjologiczno - polityczne.Nie wiem na ile to Euro jest faktycznie sukcesem naszego państwa na arenie międzynarodowej a na ile dobrze przeprowadzoną kampanią wizerunkową nastawioną głównie na odbiór naszego społeczeństwa. Tak jak robiła tendencyjny film BBC tak podobnie nasi mogli robić podobnie w drugą stronę karmiąc nas samymi wybranymi wypowiedziami o zabarwieniu euforii. Na pewno nie daliśmy jako naród plamy ale czy ten sukces aż na tyle zmieni oblicze naszej ziemi w oczach obcokrajowców tego już nie wiem.Boniek określił to wydarzenie jako największe od czasów zjazdu w Gnieźnie.Coś w tym prawdy jest.Przygotowania wszak były podobne w obu przypadkach. W obu udało się zrobić wrażenie i pokazać, że nasza kraina to obszar cywilizowany i równy innym ziemiom położonym bardziej na zachód.Na ile to zasługa samej imprezy a na ile nas, głodnych bycia głównym obiektem zainteresowań całej Europy to już sprawa drugorzędna ale bardzo istotna. Moim zdaniem to główny motor tego jacy byliśmy jako gospodarze.Nasze kompleksy narodowe i frustracje po raz pierwszy poddane zostały weryfikacji na taką skalę. Można jednak używać barw narodowych w sposób pozbawiony wartości martyrologicznych. Można dumnie wznosić do góry flagę bez upamiętniania naszych nieszczęść.W większości krajów święta narodowe kojarzą się ze zwycięstwami u nas z porażkami lub tragediami.

Wielki finał Euro 2012 - Stadion w Kijowie - 1 lipca 2012r - Hiszpania - Włochy

Smutno tak jakoś bo człowiek czuje pewien niedosyt, bo jeszcze by się pooglądało. Przyzwyczaiłem się już do codziennych meczów i rozrywki jaką fundowali mi piłkarze przez ten prawie miesiąc.Udało mi się obejrzeć wszystkie mecze turnieju. Sympatie po odpadnięciu naszej jedenastki zmieniały mi się kilkakrotnie. Kibicowałem wpierw naszym i Irlandczykom. Później zapałałem sympatią dla Niemców ale i Szwedzi w meczu z Anglią wyzwolili u mnie pokłady podziwu i to pomimo przegranej. Anglików równocześnie też wspierałem bo na co dzień oglądam ligę angielską i uważam, że dla piłki nożnej ten kraj czyni bardzo wiele i w końcu jakiś sukces by się im przydał. Dania pokazała również się w jednym meczu przepięknie i choć ich liga stoi trochę z boku i mało mnie interesuje to wietrzyłem w piłkarzach tego kraju małą sensację.Największe rozczarowanie to Holandia, która posiadając w swojej ekipie rewelacyjnych piłkarzy nie potrafiła zaistnieć a nawet choćby pokazać trochę swojej jakości jaką demonstrują ich zawodnicy w piłce klubowej.Portugalia także kosztem podziwu dla Hiszpanów osiągnęła moje uznanie. Był to jedyny team, który potrafił postawić się Hiszpanom.To jedyna drużyna której nowi mistrzowie Europy nie pokonali. Rzuty karne to przecież loteria. Włosi od początku grali fajnie a ich kulminacyjny okres to mecz z Niemcami, gdzie zagrali przepięknie. Fakt, ze drużyna naszych zachodnich sąsiadów bardziej w tym meczu przypominała naszych orłów przebranych w koszulki niemieckie ale wynik poszedł w świat.
Ukraina również miała swoje pięć minut pokazując, że ludzie ze starej gwardii potrafią jeszcze zaskoczyć.Niestety dalej ich losy były już mniej okazałe od strony sportowej.Francja jakoś mnie nigdy nie ekscytowała nawet za czasów Zidana. Grają solidnie bo mają w końcu sporo gwiazd ale wszystko u nich takie trochę nieposklejane.Chorwacja przyzwyczaiła już nas do tego, że potrafią grać ale nikt nigdy ich nie bierze poważnie jeśli chodzi o strefę medalową. Raz dzięki temu kiedyś udało im się wygrać.Obecnie to porządna drugoligowa reprezentacja Europy.

Wielcy piłkarze tego turnieju - Nie do końca przegrani pomimo porażki aż  4:0 z Hiszpanią

Co o naszej kadrze można napisać teraz po turnieju ? Najlepiej przyrównać ich do budowy naszego kraju, który przed Euro został rozkopany i nie dokończony.Nasza drużyna również.Postawiono nie na tych zawodników w środkowej strefie.Nie doprowadzono do zgrania ze sobą poszczególnych formacji.Prawdy zawartej w rankingu nie udało się oszukać.Jesteśmy w skali świata siedemdziesiątą potęgą i nic nie potrafimy zrobić by to zmienić.Zapewne nie zmieni się to  długo skoro świętujemy jako sukces remis z Rosją a wynik 1:1 z Grecją uważamy za korzystny.Chcąc uchodzić za dobrych zakładać należy dwa zwycięstwa na trzy mecze i to gdy za rywali się ma Hiszpanów, Niemców, Włochów.Trenera bym nie obwiniał bo miał ciżękie zadanie. Krytykuje się go że nie zabrał Piecha z Ruchu Chorzów na zawody. A co miał zabrać ? Piech to przeciętniak dobry na naszą bardzo słabą ligę i to też zapewne na jeden sezon.Jedyny zarzut to ten, że w to miejsce brał innych przeciętniaków jak choćby całkowicie bez formy Brożek.Nie mamy piłkarzy gotowych do prawdziwych pojedynków na szczycie.Mamy zaledwie kilku zawodników, którzy bez reszty nie stanowią o swojej wartości.Poczekamy do eliminacji mistrzostw świata, które dadzą nam odpowiedź na ile to poukładana drużyna. Póki co wygląda na to, ze to dopiero zalążek czegoś co może w przyszłości okazać się czymś z czego będziemy dumni także po turnieju a nie tylko jak od lat przed.

 Chileczkę... chwilunię.... jeszcze tylko pogrubię i będzie gotowe....


Hiszpania mistrzem Europy w 2008, mistrzem świata w 2010,mistrzem Europy w 2012,
                                                        A kto wie co będzie w 2014r ?

Hiszpanie po raz kolejny pokazali klasę.To naprawdę kosmos co oni robią. Zaczynam dostrzegać w krążących opiniach publicznych o znudzeniu ludzi tą drużyną. Pojawiają się złośliwości jak w przypadku CR7 którego nie lubi się z urzędu bo to niby laluś.Zawiść ludzka nie zna granic w stosunku do tego doskonałego piłkarza który wszystko osiąga swoją tytaniczną pracą. Podobnie jest z Hiszpanami.Nie lubi się tych co odnoszą sukcesy bo to zazwyczaj obnaża słabości nasze.Słusznie należy się tytuł tej drużynie. Najlepszy dowód na to, to skład ławki rezerwowej.W Hiszpanii tam zasiadają piłkarze którzy byliby wystawiani w pierwszym składzie każdej drużyny narodowej.Wynik 4:0 w finale pokazuje ewidentnie różnicę w klasie między Hiszpania a pozostałymi. To nie przypadek. Fakt,że Włosi grali dość otwarcie w piłkę i dali możliwość pograć Espanii ale nie zmienia to wrażenia ogólnego, że piłka Hiszpańska w dalszym ciągu jest na szczycie i dzieli przepaść jakościowa ich od reszty.Za dwa lata czeka kolejny sprawdzian, tym razem ogólnoświatowy. Ciekawe czy Hiszpanie powtórzą sukces i wygrają turniej. Póki co wszystko wskazuje, że tak.

 Pierwsze wspólne oficjalne pozowanie do zdjęć obecnych Mistrzów Europy

Ciekaw jestem teraz krajobrazu w Polsce po Euro.Chorągiewki z samochodów poznikały już w większości. Strefy kibica w miastach przestaną być ośrodkami rozrywki a staną się ponownie normalnymi fragmentami centrum. Roboty budowlane z pewnością zwolnią i nasze rozkopane miasto dalej będzie straszyć. Może coś dokończą ,coś odłoży się na dalszy bliżej nie określony okres aż zmarnieje. Wszelkie próby podtrzymania euforii i klimatu spontanicznej radości zostaną zduszone w zarodku a pomysły na coś fajnego sprowadzone do widzimisia panów decydentów, którzy najlepiej wiedzą co społeczeństwu do szczęścia potrzeba.Nie tak dawno zbulwersowała mnie sprawa reakcji władz na pomysł  organizacji w Poznaniu towarzyskiego meczu naszej reprezentacji z Irlandczykami.Uważam to za kapitalny pomysł by pod pretekstem tego ściągnąć ponownie do nas tysiące kibiców .Władze już nas ostudziły. Mecz towarzyski z Irlandią rozegrany będzie ale w Dublinie a my choćbyśmy chcieli nie mamy prawa zapraszać jako miasto reprezentacji Irlandii na mecz.Jeśli już to do Warszawy i na Narodowy i to też nie teraz bo nie ma sensu grać towarzysko z jedną drużyną dwa razy w krótkim odstępie czasu.Spontaniczność naszą o dupę roztrzaskać i tyle.Do tego ta nasza bezsilność na decyzje odgórne.


            Ile razy ci ludzie już się cieszyli z powodu wygranych trofeum a ile razy jeszcze będą ?

Nie zamierzam pastwić się nad PZPN ale jest to organizacja przeze mnie wręcz znienawidzona i życzę jej by w przyszłości potrafiła odmienić swój wizerunek tak jak to udało się innym osiągnąć. Niech za przykład posłużą dwie firmy :TPSA i Biedronka. Obie posiadały ewidentnie negatywny odbiór w społeczeństwie ale przez lata wprowadzając jakość odmieniły to.Życzę tego tej organizacji i to nawet jeśli dalej panować będzie Gregory Summer, oby jednak nie.

P.S. Szkoda,że nie udały mi sie fotki Ramosa gdy odstawiał popis toreadorski po wygranej i odebraniu pucharu. To było piękne co zrobił. Miał specjalną płachtę w barwach Hiszpani z napisem Italia i odstawił z nią przed swoimi kibicami taniec zupełnie taki jaki znay z występów na corridzie... Jedynie co uchwyciłem to samą końcówkę ale od czego jest You Tube



piątek, 15 czerwca 2012

Moje Mistrzostwa Euro 2012 - trzecie rozdanie


Na początek może z dwa oklepane żarciki w stylu Karola Sztrasburgera.Pytanie po meczu z Grecją: Panie Smuda co tam słychać - a bez zmian. Podobne po meczu z Rosją - e tam trochę się pozmieniało.Polska w szale. Polska z nadziejami. Każdemu udziela się nastrój Euro i emocje z tym związane, oczywiście każdemu normalnemu. Polska osiągnęła sukces remisując z Rosjanami.Słyszę to od dwóch dni wszędzie. Do licha jaki sukces ? Przecież to remis - jeden punkt tylko. Remis to utrata dwóch punktów. Od kiedy remis jest sukcesem ? Z jednej strony dmuchamy balon, że oto nasza reprezentacja to potęga a z drugiej strony uważamy za sukces remis z drużyną Rosyjską ? Chciałbym przypomnieć, że całkiem niedawno zespół z o wiele mniejszym potencjałem jak drużyna Polski a mówię tu o Lechu Poznań pokonała Manchester City w którego składzie grali zawodnicy lepsi od tych co grają obecnie w Rosji. To był sukces prawdziwy a ten co mi wciska się od kilku dni jest osiągnięciem mocno ubarwionym.Nie byłbym sobą gdybym nie wrócił do naszego nadwornego komentatora Szpakowskiego.



Siedemdziesiąta któraś minuta meczu. Nasi cały czas w ataku. Cały stadion krzyczy "jeszcze jeden, jeszcze jeden". Arshawin oddycha już przez rękawy i ledwie wraca na swoją połowę. Tłum szaleje bo widzi szansę na komplet punktów.Napięcie i nadzieja u szczytu w całym Narodzie a ten gamoń w telewizorze dyszy i krzyczy "jeszcze tylko dziesięć minut, byle wytrzymać. byle wytrzymać i nie dać sobie strzelić bramki !! " Kurde !!! Co wytrzymać ? co wytrzymać ? Tu nie ma co krzyczeć ze strachu przed Rosjanami a ryczeć z całych sił do mikrofonu "Dobić ich i awansować bo szansa ogromna. Jedna akcja, jeden strzał a Wtedy Czesi i Grecy będą mogli już nam skoczyć.Szpakowski jako wyrocznia ogłosił wszystkim, że oto Polski zespół odniósł sukces bo zremisował z drużyną Rosji.Może i to sukces ale jesteśmy na Euro a tu nie ma miejsca dla jedenastek, które remis uważają za osiągnięcie sportowe.Nie ma różnicy czy się wygrywa z Holandią czy przegrywa z Ukrainą.Tu nie ma miejsca dla średniaków.A jeżeli faktycznie remis z Rosją to sukces to radzę dajmy sobie spokój i zróbmy miejsce bardziej ambitnym drużynom.Oczywiście nie pozbawiam wartości tego co zrobili na boisku,bo i popatrzeć było warto, mecz ładny a remis w jakimś stopniu cenny. Nie zapominajmy jednak, że to turniej mistrzowski i skoro tu jesteśmy na nim to musimy mieć mentalność mistrzowską inaczej zawsze będziemy dostarczycielami punktów.

Jutro rozdanie trzecie. Mecz ponoć o wszystko,czyli od razu się pytam tak naprawdę o co ? O wyjście z grupy ? Wyjście z grupy to dla niektórych wszystko ? Sami się ograniczamy.Nasi piłkarze jak obejrzą powtórkę i okrzyki Szpakowskiego w trwodze "tylko wytrzymajmy" to sami uwierzą w to jak wiele osiągnęli.Później poczytają prasę, która ich utwierdzi jakiego wielkiego czynu dokonali.Polacy!!! Uwierzcie wreszcie. Wygranie każdego meczu na tym turnieju jest w zasięgu.Nie uda się - mówi się trudno ale nie można zakładać na początku, że coś się nie uda.Jak myślicie. Ilu kibiców na meczu Lecha z Manchesterem City liczyło się z wygraną Lecha ? Prawie wszyscy, bo po to tam poszliśmy. Wierzyliśmy,że możemy sprać lanie wielkiej. Remis z Juventusem po wygranej z City każdy przyjął umiarkowanie bo liczył na więcej.Euro to turniej gdzie nie ma faworytów. Patrzcie jak płaczą w Holandii jak Szwecja została skarcona. Jak Hiszpanie nie mogą się odnaleźć bo trawa za sucha.Więcej wiary i optymizmu.Jak się nie uda to bierzmy przykład z Irlandczyków którym jakoś duma nie przeszkadza w normalnym życiu a już w zabawie z pewnością a jak wygramy to róbmy to co Hiszpanie.

Za ilustracje posłużyły mi fotki znalezione na demotywatorach

Od czasu napisania tego tekstu spędziłem kilka godzin w internecie na wszelkich stronach poświęconych Euro. Oto co znalazłem na jednej z nich. Jak widać nie tylko w Polsce retoryka przed meczowa przybiera skrajne emocje,mieszając w to nawet  niczemu niewinnych bohaterów kreskówek dla dzieci. Przykre, że w tą stronę zmierza kibicowanie.Ktoś powinien się jednak otrząsnąć, bo plakat zamiast zagrzewać do walki raczej budzi niesmak.