piątek, 28 września 2012

O zapomnianej piosence, nagrywaniu i nostalgii


Pamięć ludzka to chyba największy "psotnik" jaki może przytrafić się człowiekowi.Upływający czas skutecznie resetuje nam pamięć.Potrafi wykasować nawet ważne dla naszego życia wspomnienia a jednocześnie zachować na długie lata nieistotne szczegóły.Niedawno doświadczyłem tego osobiście. Przypomniała mi się scenka z mojego dzieciństwa z roku 1981, gdy miałem 13 lat i byłem na etapie pierwszych muzycznych fascynacji.Uzbrojony w monofoniczny magnetofon kasetowy MK 122* kursowałem na okrągło z nim pomiędzy swoim pokojem, gdzie podłączony był do radia a pokojem tzw. dużym gdzie znajdował się telewizor. Zdobywanie nagrań dla 13 latka w tamtych czasach polegało na stałym monitorowaniu programów radiowych i telewizyjnych z nadzieją, że gdzieś coś uda się fajnego nagrać.Giełdy płyt czy nawet kasety sprzedawane na bazarach nie wchodziły w rachubę, gdyż ceny dla dzieciaka jakim wtedy byłem były zaporowe.Owszem czasami coś się trafiło lub naciągnęło na zakup rodziców ale była to kropla w morzu potrzeb.Każda przeoczona piosenka usłyszana w radiu lub w telewizorze a nie nagrana na kaseciaka tworzyła od razu wizję na zawsze utraconej szansy jej posłuchania w późniejszym okresie. Warowanie z magnetofonem o stałych porach było nałogiem, obsesją i oglądane przez kogoś  z boku mogło dawać obraz mojego obłąkania.Sama gotowość ze sprzętem nie gwarantowała jeszcze sukcesu.Trzeba było opanować sztukę i dojść do perfekcji w bardzo szybkim wysterowaniu głośności zapisu.Wysterowanie automatyczne niestety pogarszało jakość o ponad 50 %. Kolejna trudność to refleks by wcisnąć klawisz record dokładnie w chwili rozpoczęcia piosenki oraz na jej zakończenie by przypadkiem czegoś nie pominąć lub nie nagrać za dużo.Następna niedogodność, którą należało wyeliminować poprzez odpowiednie doświadczenie to szybkość obsługi magnetofonu, by w przypadku rezygnacji z nagrywania piosenki móc szybko powrócić do poprzedniego ułożenia czyli cofnięcia taśmy. Zasada była taka, że każdą nieznaną zapowiedzianą piosenkę się rozpoczynało nagrywać, po czym należało szybko dokonać weryfikacji "ładności" utworu i albo go nagrać albo przerwać i cofnąć kasetę do momentu startu recordingu. Na to czasami pozostawało kilkanaście sekund.Zwłaszcza jeśli decyzję o skasowaniu nagrania podjęliśmy dopiero po kilku minutach słuchania.Pomijam tu kwestię wkręcania się taśmy, ustawiania głowicy, regulacji obrotów.. bo to można było przygotować wcześniej.Swoją drogą ciekawe czy młode pokolenie potrafiłoby znaleźć powiązanie techniczne pomiędzy ołówkiem a kasetą magnetofonową ? Kasety średnio przeżywały kilka lat i u mnie były podzielone na: nówki, które nagrywane były tyko jeden raz i pozostawione.Zazwyczaj używane do nagrań z płyt.Wielorazówki,czyli takie które raz na jakiś czas były kasowane kosztem jakiś nagrań na rzecz nowych.Kasety nie były tanie a poza tym w systemie nagrywania wszystkiego, często zawierały piosenki , które wstępną weryfikację ładności przeszły ale kolejne odsłuchania obnażyły słabe strony.Jedyna rada pozbycia się ich to nagranie na tym materiale innego,już lepszego. Często w takich sytuacjach obok tych brzydkich kasowane były też perełki.Jak tu trzymać kasetę dla jednej piosenki nagranej pośrodku ? Ostatnia grupa to kasety robocze. Zazwyczaj były to kilkuletnie, wielokrotnie mazane taśmy i służyły do nagrań,które chciałem mieć ale tak niespecjalnie zależało mi na jakieś super jakości.

MK 122
Taki magnetofon pozwalał przecierać mi pierwsze moje muzyczne szlaki.
(miałem też wersję z radiem o nazwie "Jola"
)

Sporo wprowadzenia ale było ono konieczne by można było zrozumieć to co zamierzam napisać. W 1981r w niedzielne popołudnie siedziałem przed telewizorem i czekałem za jakimś filmem. Wtedy przerwy pomiędzy programami wypełniały zamiast reklam piosenki.Przypadek sprawił,że nadano wtedy piosenkę, która od pierwszego taktu całkowicie mnie oczarowała swoją melodyjnością, przebojowością i w o w ogóle wszystkim. Wewnętrznie przeżywałem tragedię swojego ówczesnego życia.Oto w telewizji leci ekstra piosenka a ja nie mam uszykowanego magnetofonu. Wizja tego, że nie usłyszę jej już nigdy więcej była przerażająca.Piosenka się skończyła. Ja byłem oczarowany i jednocześnie zdruzgotany wewnętrznie.Nie spamiętałem ani tytułu, ani wykonawcy.Przez lata poszukiwałem tego a z każdym kolejnym rokiem coraz mniej o tej piosence wiedziałem. Potwierdziły się moje obawy. Oto w 1981r słyszałem piosenkę podczas której czułem podświadomie, ze słyszę ją po raz pierwszy i ostatni.Po kilku latach całkowicie o tym zapomniałem.Nawet w dwadzieścia lat później już w dobie internetu nie pamiętałem i nigdy tego utworu nie szukałem.tym bardziej,ze nie pamiętałem zupełnie nic.Nawet języka w jakim była wykonywana a co dopiero ważniejsze szczegóły.Jedyne co przez mgłę pamiętałem to postać piosenkarki w jakimś różowym kostiumie.Wierzcie mi różowy kostium w 1981r naprawdę nie był żadnym ważnym szczegółem.Jak już dałem do zrozumienia, fakt istnienia tej piosenki został u mnie zresetowany całkowicie. Od tamtego czasu po dzisiejszy dzień pozostało mi jedno.Jak gdzieś usłyszę coś co mi się podoba to cały czas mam obawy czy uda mi się to pozyskać.Jak nikt zdaję sobie sprawę, że zawsze może się tak zdarzyć, że odszukanie czegoś może być trudne bez znajomości wykonawcy, tytułu. Pół biedy jak to dotyczy czegoś usłyszanego w komercyjnych stacjach.Gorzej już gdy daną rzecz usłyszę w jakimś innym miejscu.

Pretekst do tych moich wspominek pojawił się na początku tegorocznych wakacji.Letni czas to taki u mnie okres gdy w odtwarzaczu w moim aucie dominują piosenki lekkie łatwe i przyjemne.Do nich zaliczam między innymi piosenki włoskie z okresu 1980-85, czyli rzeczy w stylu: Richi e Poveri, Alice, Toto Cutugno, Caudia Mori etc.. Co roku szykuję sobie składankę do słuchania z takimi letnimi klimatami.By nie popaść w pułapkę radia złote przeboje i nie zgrywać wciąż tego samego czasami szukam w internecie utworów z tamtego okresu.Niektóre udało mi się nawet pozyskać już na płytach. W tym roku w okolicach czerwca natrafiłem na dziwnie znajomy klip na you tubie.Pierwsze takty usłyszane i od razu wiedziałem, że oto odnalazłem po 32 latach piosenkę, którą słyszałem jedyny raz w życiu a która przez kilka lat nie dawała mi spokoju.Która poprzez doświadczenie z nią związane uzależniła mnie od stałego szukania utraconych dźwięków i nie rozstawaniem się z magnetofonem.Dziś mam z nią związaną nową obsesję.Koniecznie chcę zdobyć ją na płycie i myślę, ze jest to bliższe realizacji niż odszukanie jej choć do posłuchania te 32 lata temu.Dziś już jestem bogatszy w wiedzę o artystce o samej piosence.Dzięki temu odkryciu miałem też możliwość poddać konfrontacji moje wspomnienia z tym co zobaczyłem po latach.Nadal uważam,że to kapitalny przebojowy kawałek.Trąci już myszką i do tego śpiewany jest po włosku o czym nawet nie miałem pojęcia wtenczas gdy tego wypatrywałem.Od czerwca piosenka u mnie nie schodzi z odtwarzacza. Dawno nie miałem takiej zajawki na punkcie w gruncie rzeczy bardzo prostej melodyjki.Nawet rodzinka ze mnie drwi, że gust jakoś dziwnie mi się na starość skopał. Dla starego chłopa jak ja to dziwne uczucie, którego inni nie rozumieją. Ja ile razy słyszę tą piosenkę czuję tamtą chwilę w tym 1981r gdy zauroczony utworem, bezradny z powodu braku możliwości jego nagrania stałem wlepiony z oczami w telewizor.Obok w fotelu siedział jeszcze żyjący mój ojciec, pod stołem leżał mój pierwszy psiak (czarny cocker spaniel) a całe życie z problemami dopiero dla mnie miało się otworzyć.Jak ja tęsknię tylko do takich problemów jakie miałem wtedy, gdzie nie nagranie piosenki było faktycznie traumatycznym przeżyciem.


Oto piosenka - odnaleziona przypadkiem po 32 latach. Pretekst do napisania kilku
wspomnień z mojego dzieciństwa
Nada - Dimmi Che Mi Ami, Che Mi Ami, Che Tu Ami, Che Tu Ami Solo Me
.


 * Deck stereo pojawił się u mnie w domu dopiero za rok. Póki co miałem z wieży tylko radio i wzmacniacz
Wieża HI FI Unitry z Dzierżoniowa. Deck 410 "Etiuda", Tuner "Faust",  Wzmacniacz "Trawiata" .

wtorek, 18 września 2012

The Beatles - Magical Mystery Tour (1967) - recenzja


Nikt tej płyty nie lubił w tej wersji poza jej słuchaczami.Od tego można by pokrótce zacząć recenzję tej płyty.Wydana została w 1967r sześć miesięcy po Sierżancie Pieprzu i to tylko w Stanach Zjednoczonych. Europa w tym czasie dysponowała jej odpowiednikami, czyli singlem "Strawberry Fields Forever/ Penny Lane", Epką  "Magical Mystery Tour" zawierającą sześć piosenek oraz jeszcze jednym singlem "All you need is Love / Baby're a Rich Man" o mały włos bym pominął jeszcze "Hello Goodbye" wydanym na singlu z "I am the Walrus"(w zasadzie na odwrót). Amerykanie korzystając z opóźnienia wydawniczego skorzystali i od razu sprzedali te wszystkie piosenki jako całość nadając tytuł wspólny wszystkiemu zapożyczony z Epki.Dzięki temu w przeciwieństwie do Europy mieli w dyskografii ładny porządek.W Anglii nie dostrzeżono absolutnie potrzeby by piosenki te musiały być koniecznie na jednej płycie.Lata sześćdziesiąte to jeszcze w dalszym ciągu dominacja singli i ten nośnik był najważniejszy i to on przynosił największą kasę wytwórniom.Potrzebę dostrzeżono dopiero w latach 70tych i przy okazji reedycji wypuszczono "Magical Mystery Tour" w formie jaką znamy. Osobną sprawą jest to ,że fani dość szybko adoptowali wersję amerykańską z 1967r i przyjmuje się  oficjalnie ją już teraz jako pozycję z katalogu datowaną rokiem 1967.Pamiętać trzeba, że takie stanowisko przyjmują głównie młodsi fani Beatlesów. Dla starszych podstawową wersją w dyskografii jest opcja angielska z 1967r, czyli epka plus trzy single.Można oczywiście się spierać tym bardziej,że obecnie przyjmuje się album amerykański jako oficjalną pozycję w katalogu podstawowym. Pamiętać jednak trzeba, że Beatlesi nie przyłożyli ręki do układu tej płyty i za ich czasów nikt z nich nie myślał, by to był tzw "pełny album". Kontrargumentem może być iż do "Let it Be" również nie przykładali rąk ale to już inna historia na zupełnie inną opowieść. Oni nagrali w tym okresie (zresztą nawet określenie "jednym okresem" wydanie tych małych płyt jest błędem) trzy single i epkę i tak to traktują a to, że wytwórnia z tego zrobiła album, to no cóż ? Na wszystko tak do końca nie mieli chłopcy wpływu.Po latach wypowiadają się o całości z dużą rezerwą a nawet krytyką (choćby w Antologii) ale jednocześnie każdą piosenkę w jakiś stopniu chwalą.


Fundamentem tego albumu są piosenki ze strony A, które to posłużyły do ścieżki dźwiękowej filmu o tym samym tytule.Fim odniósł delikatnie ujmując mały sukces.Był robiony dość szybko, bez scenariusza.Dialogi były improwizowane a sami twórcy wykazywali bardzo różne zaangażowanie w jego tworzenie.Liderem całości był Paul McCartney i to on próbował całości dać obraz tego co sobie wymyślił.Może poprzestanę na tym,że film według mojej oceny jest nieciekawy i po prostu żenująco tandetny.Jedynie co go broni to muzyka i fragmenty filmowe ją ilustrujące.Wracam więc do muzyki.Płytę otwiera "Magical Mystery Tour". Dynamiczna kompozycja typowa dla McCartneya zaprasza nas do słuchania całości zupełnie jakby to miał być kolejny concept album. Już wcześniej zastosował tą sztuczkę w Sierżancie Pieprzu,że oto tak na niby za całość twórczą odpowiada wyimaginowany zespół.Tutaj w domyśle pozostałe piosenki miały stanowić obraz dla tej magicznej podróży."The Fool on the Hill" jako druga kompozycja również nie pozostawia wątpliwości, że to głównie McCartney za nią stoi.Tym razem mamy tu wydanie Paula romantycznego, balladystę.Zaraz po nim mamy utwór instrumentalny i jest to chyba jedyny oficjalnie wydany utwór bez śpiewania na płytach firmowanych The Beatles.Podpisany jest jako jedyny w całym katalogu piosenek jako kompozycja wszystkich czterech Beatlesów.Mamy w tym instrumentalu sporą dawkę psychodelii ale takiej ugrzecznionej do jakiej nas przyzwyczaili wcześniej.Nawet Harrison w kolejnej odsłonie z tej płyty a mianowicie w piosence "Blue Jay Way" tonuje swoje zapędy sitarowe a przynajmniej serwuje nam je w ograniczonej wersji.Jak na Georga przystało tego najbardziej nawiedzonego poszukiwacza "dziwnych" dźwięków kompozycja pomimo tego że jest dość prosta,  to ma aranż przebogaty i nafaszerowana jest niby nie do końca współgrającymi ze sobą instrumentami ale jednak dająca zamierzony efekt.Tutaj nic nie trzeba brać by słuchając jej mieć odlot.To był okres gdy Harrison jeszcze mocno wierzył w ideę dzieci kwiatów i lata miłości.W dwa lata później zdystansuje się od tego ruchu po rozczarowaniu jakie doznał będąc w Stanach. Postanowił bowiem  przekonać się na własne oczy jak naprawdę wygląda  życie w komunach hippisowskich.To co ujrzał absolutnie nie pokrywało sę z wizją jaką kreowały media w Anglii o wolności, miłości i narkotykach.Tak więc George na tej płycie piosenką "Blue Jay Way" kończy swoje poszukiwania muzyczne, przynajmniej pod szyldem grupy.Czwarta piosenka to ponownie powrót do kompozycji Paul "Your Mother Should Know". Nie jest to utwór ze sztandarów grupy ale dla mnie ma wartość olbrzymią. Pod względem różnych smaczków muzycznych stanowi olbrzymią ozdobę.Realizatorsko również kłania się ówczesna moda Martina (ich producenta) na zabawę ścieżkami Stereo.Dziś poza muzycznie ta piosenka służy mi do oceny właściwego założenia wkładki gramofonowej.Ewentualne złe podłączenie stópek od razu wychodzi podczas odsłuchu.Pierwszą stronę kończy jedyna w pełni propozycja od Lenona. "I am the Walrus" bez wątpienia jest chyba najjaśniejszym punktem tej części. Lennon w tamtym okresie nie był aż tak płodny twórczo jak Paul. Zresztą przechodził wtedy swoje zagubienia i z jednej strony jego ego lidera podpowiadało mu, ze coraz trudniej jest mu dotrzymać kroku koledze , któremu ładne melodie przychodziły nad wyraz łatwo a z drugiej czuł podświadomie, że jego propozycje posiadają więcej głębi od tego co oferował kolega.Coraz dalej też odsuwał się towarzysko od grupy.Praca nad epką "Magical Mystery Tour" była początkiem powolnym ale początkiem rozkładu zespołu.Przynajmniej od strony emocjonalnej.Twórczo bowiem panowie konkurując ze sobą wspinali się na szczyty swoich możliwości artystycznych.W "i am the Walrus" John ponownie błysnął swoim talentem do wymyślana dziwnych postaci i tak oto stworzył postać Morsa.Podobno inspirowany powieścią Lewisa Carolla. Do tego cały tekst podobnie jak w "Człowieku z nikąd" polegał na zabawie słowami i łączeniu ze sobą rzeczowników z przymiotnikami dość od siebie odległymi. Całość dawała obraz abstrakcyjnej wizji.Zresztą tekst był tylko ilustracją dla tej zakręconej muzyki. Co warto zaznaczyć, pomimo stworzenia tej piosenki w formie kolażu całość brzmi bardzo przebojowo a linia melodii pomimo swej skomplikowanej struktury jest nad wyraz przebojowa.Z pewnością "I am the Walrus" to jedna z najlepszych kompozycji Lenona.Posiada ona dla mnie formę pełną, jedyną i skończoną.Słyszałem wiele wykonań tej piosenki i żadne nawet częściowo nie zbliżyło się jakościowo do oryginału. Dla mnie jako odbiór całościowy tego albumu kompozycja Lenona całkowicie równoważy dominację Paula jako kompozytora na tym albumie.George Martin (producent) podobno trzy tygodnie pracował nad doprowadzeniem do perfekcji podkładu dla melodii i tekstu Johna. Tak więc warto i jemu oddać pokłon jako częściowemu twórcy efektu końcowego.Utwór był zakazany w radio BBC z uwagi na występujące słowo "Knickers" - damskie majtki (info z gazety "Tylko rock") Mając już omówiony fundament tej płyty jakim jest strona A czas przełożyć longplay na drugą stronę.


Tutaj na stronie B nie ma mowy już absolutnie o przypadku pojawienia się czegokolwiek poniżej klasy mistrzowskiej.Otwiera ją "dominant" McCartney w kompozycji "Hello goodbay". Piosenka wcześniej będąca stroną A singla (strona B -"I am the Walrus") tutaj otwiera zbiór piosenek z której każda to wielki przebój i za każdą stoi większa lub mniejsza legenda jej powstania. Swoją drogą piosenki z tej strony powstawały w różnych okolicznościach i nawet chronologicznie pod względem czasu ich nagrywania jakoś nie do końca są ze sobą spójne.Oczywiście to nie przeszkadza absolutnie w odbiorze całości jako produktu jednolitego."Hello Goodbay" to bardzo pogodny przebój o ślicznej melodii z trochę niepotrzebną końcówką jakby oderwaną od całości a po nim następuje "Strawberry Fields Forever", piosenka powstała i nagrana w okresie tuż przed Sierżantem Pieprzem. Zresztą nieoficjalnie otwierała ona sesję do tamtego albumu i wydanie jej na singlu pokazało fanom nową muzyczną drogę którą Beatlesi będą kroczyć.Pola truskawkowe to kompozycja Lenona i od razu czuć, że Paul nie wiele w niej namieszał. Chociaż w tej kompozycji Paul odcisnął swoje piętno włączając do niej swój pomysł użycia melotronu.Utwór sporo traci słuchając go przez słuchawki dlatego zalecam by tego nie robić.Ktoś może się zastanowić jaka to różnica ? Otóż taka, że dźwięk dochodzący z kanału lewego i prawego powinien łączyć się przed dotarciem do naszych uszów.W przeciwnym razie rozgraniczenia dźwięku między kanałami są za wyraźne i stają się wręcz drażniące. "Strawberry Fields Forever" wyszedł pierwotnie tylko na singlu, którego odwrotna strona zawierała "Penny Lane". Celowo piszę odwrotna strona bo do dziś uważa się, że ten singiel posiadał dwie strony A. Obie kompozycje to wybitne piosenki. Jedna pochodząca od Paula, druga od Johna lub na odwrót.Od czasów wydania tego singla coraz częściej John dzielił się z Paulem i każdy z nich pisał po jednej piosence na singla a później ustalano kogo materiał trafi na stronę pierwszą. Monopol ten przerwał dopiero Harrison piosenką "Something" ale to dopiero w kilka lat później.Obie piosenki "Pola truskawkowe" oraz "Penny Lane" to opowieści o swoich rodzinnych stronach w Liverpool i obie odnoszą się do wspomnień z dzieciństwa.Przypadek ? Może tak, choć ja w przypadki nie wierzę.Najmniej splendoru z tej płyty przyniosła piosenka "Baby You're a Rich Man".W takim doborowym towarzystwie w jakim się znalazła ta kompozycja na tej stronie fakt ten nie dziwi.Sama piosenka jest świetna i na każdym innym albumie była by jasnym punktem. Całość zamyka według mnie najlepsza piosenka na tej płycie "All you need is love "Chyba obok "Imagine" jest to najlepsze co wyszło od Lenona. Podobno została napisana specjalnie na okazję pierwszej transmisji satelitarnej nadawanej na cały świat (program nosił nazwę Our World).W Polsce oczywiście nie było transmisji.Czy faktycznie powstała w tym celu ? Paul, George i Ringo mają w tej kwesti odmienne zdania. Jedni uważają że tak, inni twierdzą, że była to jedna z wielu nowych jego piosenek i tylko przypadek sprawił, że została wykorzystana w programie.McCartney dołożył do niej od siebie tą całą charakterystyczną końcówkę ze wstawkami z "She loves you", Glena Milera etc..


                      "All you need is Love" usłyszało wtedy 400 000 000 widzów w 26 krajach

Dziś ta płyta odbierana jest jako jedna z najciekawszych w całym dorobku grupy. Dokumentuje muzycznie najwspanialszy okres ich twórczości, gdy każda piosenka nosiła znamiona przeboju i ukazanie się każdej z nich było wydarzeniem.Powstawały te piosenki w tej samej atmosferze która zagościła w Beatlesach za przyczyną płyty Sgt Peppers lonely hearts club band. Świat w tym czasie muzycznie zaczynał podążać już w kierunkach bardziej rozbudowanych utworów.Beatlesi zachowali swoją tożsamość i nadal wiedli prym jednak powoli zaczynali tracić swoją przewodnią rolę narzucającą styl wszystkim.Na kolejnych pozycjach sami zaczną czerpać już od innych.Gdybym miał oceniać tą płytę względem innych ich wydawnictw to umieścił bym ją na pozycji czwartej a może piątej nawet. Jednak gdybym miał ją rozłożyć na czynniki pierwsze i potraktować każdą piosenkę osobno to prawdopodobnie była by to najlepsza ich płyta.



Na koniec kilka ciekawostek dotyczących wersji piosenek zamieszczonych na tej płycie.Piosenka "I am the Walrus" znalazła się na niej w wersji pierwszej, tej samej co na singlu "Hello Goodbye" Podobnie zresztą jak "Penny Lane".Ale na Epce wydanej w Anglii w 1967 była wersja "I am the Walrus" już druga."Baby You're a Rich man" znalazła się w wersji również pierwszej. Wersję drugą spotkać można na "The Beatles box" wydanej w 1980r.Najwięcej kombinacji miała piosenka "All you need is Love".Na albumie znalazła się wersja trzecia, na singlu była użyta wersja pierwsza a na albumie filmowym "Yellow Submarine" mamy wersję drugą, zresztą tą samą co na składankowym albumie The Beatles "1967-70". Rozróżnić je jest bardzo trudno bo Beatlesi potrafili grać bardzo równo i identycznie. fakt jest jednak taki, że piosenkę, którą znamy "na wylot" i jawi się nam jako jedna i ta sama w tych przypadkach były różnymi wykonaniami. 

wtorek, 11 września 2012

Marillion - Holidays in Eden (1991) - recenzja




Trudno jest mi napisać  samodzielnie recenzję tej płyty nie odwołując się do tego co przeczytałem już wcześniej przez lata w różnych publikacjach. Pomimo tego spróbuję uczynić wszystko by nie okazać się wtórnym do bólu i wplotę do niej sporo wątków osobistych.W moim muzycznym świecie Marillion zaistniał z chwilą wydania "Misplaced childhood" później była spora przerwa podczas której mało co mnie interesowało z tego typu muzyki. Odejście Fisha potraktowałem jako kolejny rozpad kolejnej popularnej grupy.Prawdziwy bum na muzykę Marillion pojawił się u mie dopiero w 1992r i to za sprawą albumu z 1991r "Holidays in Eden" oraz koncertu tej grupy w poznańskiej Arenie.Po tym niewątpliwie dla mnie super spektaklu cofnąłem się do wszystkich płyt okresu Fisha oraz "Seasons end" nagranej już z Hoggym. Z uwagi na dość późne polubienie grupy nie byłem  skażony Fishem i absolutnie  nie rozumiałem co fani tej grupy tak naprawdę chcą od Hogartha wieszając na nim całe zło.Steve od samego początku jawił mi się jako znakomity wokalista, który wniósł bardzo świeży powiew w tą formację, którą wcześniej kojarzyłem głównie z suity "Pseudo silk Kimono - Kayleigh - Lavender - etc".



Zacznę jednak od początku.Rok 1991 i 1992 przyniósł w moim życiu dla mnie dwie poważne zmiany.Pierwsza to, że stałem się żonatym facetem i wypadało spoważnieć, druga to,że na świat przyszła moja córka. Hobby muzyczne ograniczało się wyłącznie do słuchania muzyki z walkmana podczas prasowania pieluszek a sprzęt stereo trzeba było z powodu braku dla niego miejsca sprzedać.Mało wtedy do mnie docierało nowości bo skupiony pomiędzy obowiązkami domowymi a wielogodzinną pracą zawodową po prostu miałem ograniczenia w dostępie.W domu w tych nielicznych chwilach wolnych również nie do końca mogłem sobie słuchać co bym chciał bo musiałem liczyć się z gustem muzycznym mojej żony.Ona wtedy była właśnie na etapie fascynacji Marillion z nowym wokalistą, choć nie stroniła także od muzyki okresu Fisha.By dogodzić kochanej kobiecie wsłuchiwałem się wraz z nią w te dźwięki, które powiem szczerze wówczas nie zawsze w pełni mi odpowiadały.Ja potrzebowałem wyraźnego gitarowego grania i wszelkie klawicze i rozbudowane formy ze skomplikowanymi melodiami raczej traktowałem z rezerwą.Przez przypadek trafiłem w telewizorze na występ grupy w Sopocie i wtedy po raz pierwszy złapałem się na tym, że zaczyna mnie to kręcić na poważnie.Występ zespołu w Poznaniu był już tylko dopełnieniem. Bilety oczywiście kupiłem jak tylko pojawiły się w sprzedaży robiąc tym niespodziankę żonie. Wyjście na koncert był w zasadzie naszym pierwszym oddechem i odskocznią po okresie wytężonej opieki nad niemowlęciem.Marillioni kupili mnie wtedy całkowicie na długie lata stając się wręcz grupą numer jeden. No może dwa bo Beatlesów nigdy nie zdradziłem.

Okładka wersji dwupłytowej CD - edycji 24-bit digital remaster

A teraz już czas przejść do zawartości płyty "Holidays in Eden".Pierwsze co się rzuca podczas odsłuchu to bardziej piosenkowy charakter całości.Nie brakuje tu co prawda momentów bardziej rozbudowanych ale wszystko zamyka się w standardach nazwijmy to umownie radiowych.Tą płytę do przodu ciągną aż trzy super mocne konie napędowe.Są nimi trzy piosenki dość odległe stylizacją od progresywnego grania: "Cover my Eyes", "No one Can" i "Dry Land"."Cover my Eyes" podobno tworzony był z myślą o rynku amerykańskim a tam wiadomo jakie panują zwyczaje. Jeśli piosenka nie chwyta w pierwszych swoich 30 sekundach trwania to mało kto zadaje sobie trud słuchać tego dalej."Cover my Eyes" wpasowuje się w tą zasadę idealnie.Gitara co prawda w początku tego utworu nasuwa skojarzenia brzmieniowe i rytmiczne z U2 ale na tym wszelkie podobieństwa się kończą.Ktoś kiedyś określił ją jako materiał na ambitniejszy przebój lata roku 1991.Większość lubiących tą grupę doskonale wie gdzie doszukiwać się pierwowzoru tego przeboju ale jak to się często pisze "z dziennikarskiego obowiązku" informacja się należy. Kto chce posłuchać wzorca odsyłam do płyty wcześniejszego zespołu Hogartha "How we live" a tam pod pozycją zatytułowaną "Simon's car" w kilku fragmentach usłyszymy nuta w nutę i słowo w słowo to co zaczyna "Cover my eyes". Kolejny przebój z "Holidays in Eden", "Dry Land" też w bardzo zbliżonej wersji pojawił się już wcześniej na wspomnianym albumie How We live dając mu nawet tytuł. Rothery i Kelly praktycznie tylko trochę podrasowali tą piosenkę i tak oto "Dry land" w wersji bliżej nieznanej z albumu wcześniejszego zespołu Hoggego stał się w cztery lata później przebojem a obecnie klasykiem Marillionu.

 Zamieszczam do posłuchania piosenkę "Simon's Car" - pierwowzór "Cover my Eyes"


A tu można posłuchać wersji "Dry Land" w wersji zespołu wcześniejszego Hogatha  How we Live

Ostatni wielki hit z tego krążka to przepiękna ballada "No one can". Dla mnie jest to zaraz po "Easter" najpiękniejsza piosenka Marillion okresu Hoggego.Perfekcja w każdej sekundzie jej trwania.Urzeka delikatnością, melodią i rozmachem aranżacyjnym.Czegoś takiego i tu przepraszam za porównanie ale Fish by nie zaśpiewał.Tak jak na "Seasons end" wyczuwa się, że muzyka tworzona była pod Fisha i spokojnie mógł on na niej być wokalistą, tak na tej płycie rządzi już Hogarth.Mam nawet wrażenie, że powoli zaczyna przejmować pałeczkę lidera w grupie a jeżeli to jeszce nie ten czas to z pewnością sporo swojego narzuca.Inna kwestia, ze czyni to przy pełnej zgodzie i co ważne zadowoleniu reszty zespołu.Te trzy piosenki lansowane w radiu w owych czasach rzucały w oczach fanów progresywnego Marillionu złe światło na całość. Zarzucano jej zbytnie podążenie w kierunku pop rocka.Prawda była zgoła odmienna. Single przebojowe nadały jej lekkość ale nie pozbawiły grupy korzeni. Kto nie ograniczył się do tego co nadawano w radiu a sięgnął po cały album i w spokoju w domu zanurzył się w całość już na początku odkrył, że otwierający "Splintering heart" to w zasadzie rasowa kompozycja nie odbiegająca niczym od dokonań z progresywnego okresu. To w dalszym ciagu typowy rozbudowany Marillion ze znajomo brzmiącą gitarą i klawiszami z tym, że dopracowany już pod kątem nowego wokalisty Steviego. Innymi perełkami, którym trudno zarzucić "piosenkowatość" radiową to "Party" oraz tytułowa "Holidays in Eden". Znajdziemy na tej płycie również utwór trochę zrobiony rytmicznie pod "The Uninvited Guest" a zatytułowany "This Town". Mamy też ciut ambitniejszą balladę "Waiting to happen" i dla mnie ona stanowi zapowiedź tego co Marillion zacznie niebawem po tym albumie robić przez wiele lat.Całość zamyka utwór typu suita "100 night".W zasadzie to trzy ostatnie utwory ją tworzą jako całość.


Podsumowując całość album "Holidays in Eden" miał osiągnąć trzy cele. Pierwszym i to najważniejszym było umocnienie pozycji Hogartha jako wokalisty w Marillion i danie sygnału fanom, że zespół podąża w dobrą stronę.Zresztą temu służyły w tym okresie także bardzo liczne występy oraz olbrzymia ilość wywiadów w prasie, radiu i telewizji.Drugi cel to osiągnięcie komercyjnego sukcesu. Stąd zatrudnienie przy produkcji albumu speca od muzyki pop, który nadał piosenkom Marillionu odpowiedniego radiowego szlifu.Ostatni cel to próba definitywnego odcięcie się od piosenek po byłym wokaliście i stopniowe likwidowanie repertuaru koncertowego sprzed lat.Zrezygnowano również z charakterystycznego Loga z nazwą grupy.Tej płycie ja zarzucić mogę jedynie zawartość słowną.Teksty są mniej czytelne i z pewnością nie przykuwają uwagi aż tak jak swego czasu teksty Fisha.Dla mnie "Holidays in Eden" wraz z "Seasons End" to dwie najlepsze płyty Marillion okresu Hoggego. Nie potrafię nawet wskazać wśród nich , która lepsza.Kolejna "Brave" choć wiem, że kultywowana wsród fanów już podoba mi się tylko we fragmentach.Album "Holidays in Eden" jest dla mnie ostatnim albumem Marillion, który jako całość jest dziełem dla mnie doskonałym.Później na kolejnych płytach, aż po dzisiejsze dni zespół wspina się na wyżyny sztuki muzycznej już tylko chwilami i to w poszczególnych kompozycjach.

Posiadam ten album w dwóch wersjach na Compact disc jako remaster powiększony o utwory dodatkowe ze stron b singli czy występujące w innych wersjach oraz na analogu. Płytę winylową nabyłem całkiem niedawno korzystając z okazji, że wypuszczono jej reedycję datowaną rokiem 2012. Ukazała się jako "180 gramówka" i cieszy oko jak i ucho z każdym jej obrotem na gramofonie.Polecam wszystkim póki dostępne są w sprzedaży.

strona A

1 - Splintering Heart
2 - Cover My Eyes (Pain And Heaven)
3 - The Party
4 - No One Can

strona B

1 - Holidays In Eden        
2 - Dry Land        
3 - Waiting To Happen        
4 - This Town        
5 - The Rakes Progress        
6 - 100 Nights

P.S. nr 1 Ot taka sobie ciekawostka jeszcze na koniec...


Ta piosenka jako pierwsza miala być rozpatrywana do ponownego nagrania jako już Marillion ale zwyciężyła koncepcja, by zrealizować ponownie "Dry Land" Czy dobrze się  stało ? - oceńcie sami

P.S. nr 2 Jako kolejną ciekawostkę przytoczę recenzję tej płyty napisaną przez śp.Beksińskiego a pochodzącą z roku wydania tego krążka.W niczym się z nim nie zgadzam i jestem ciekaw czy teraz napisałby to po latach tak samo.Tomek odzwierciedla w niej idealnie emocje jakie towarzyszyły fanom starego Marillionu przez lata.Przytaczam ją dlatego, że wiem jakim autorytetem ten człowiek był obdarzony przez słuchaczy swego czasu. Dla mnie po latach ta recenzja to dowód na to, że król faktycznie czasami jest nagi i warto  samemu wyrobić sobie opinię by nie pozwolić sobie aby ktoś dyktował tak naprawdę co jest dobre używając argumentów w mysl zasady - ja wiem najlepiej co jest dobre, bo jestem krytykiem muzycznym.


tekst cały recenzji autorstwa  T.Beksińskiego

Podobno Marillion odrodził się na nowo, a "nietuzinkowy" wokalista Steve Hogarth znalazł wspólny język z dawnymi kolegami Fisha. Świadczy o tym wydana pod koniec ubiegłego roku wideokaseta, okraszona pełnymi entuzjazmu wywiadami i zapowiedziami nowej super super-płyty. Zespół popisał się nawet, grając w studiu jej fragmenty - żeby fanom ślinka pociekła. Obejżałem tę kasetę, zamiast cieknącej ślinki poczułem dziwne skurcze żołądka, a widok Hogartha śpiewającego Kayleigh i Lavender zepsuł mi humor na miesiąc. Z tym większym niepokojem czekałem na zapowiadany album, gdyż - mimo wszystko - brzmienie słowa MARILLION nadal wywołuje we mnie dość zagadkowe reakcje. Reakcja po wysłuchaniu płyty Holidays In Eden była jednak jak najbardziej zdrowa. Wyleczyłem się całkowicie. Teraz mogę już nawet słuchać starych płyt z Fishem, które odstawiłem kilka lat temu na półkę z przyczyn osobistych. Marillion to już historia. Historia, do której zawsze podchodzić będziemy z szacunkiem i z łezką sentymentu. To coś, co umarło razem z latami osiemdziesiątymi, kiedy to wielki ambitny rock odzyskał rozmach. Obecnie słowo Marillion drukowane na okładkach wciąż wydawanych płyt (dużych i małych) jest tylko pustym hasłem. Na szczęście zespól wziął to także pod uwagę i zmienił nawet logo - album Holidays In Eden firmowany jest jakże banalnym znakiem graficznym na tle nijakiej niebieskiej okładki. Podpisał ją Bill Smith - artysta obdarzony wyobraźnią kosmiczną, czego dowodzą wszystkie jego "dzieła" (np. Abacab czy Three Sides Live Genesis).Przejdźmy jednak do muzyki. Tak marnych kompozycji nie slyszałem już dawno. Są one marne nie tylko w skali Marillion, ale w skali ogólnej. Co najmniej polowa płyty robi wrażenie wariacji na temat Hooks In You. Są też dwie łzawe balladki (The Party i Waiting To Happen), z których ta druga wyróżnia się niczym wiśnia na talerzu grysiku. Jest nawet coś w rodzaju suity - cykl trzech utworów zamykających płytę, połączonych, gdyż w innym razie nikt nie wpadłby na to, że stanowią całość. Steve Hogarth udowadnia tym razem ostatecznie, że ma głos równie zniewalający jak wzrost. Gdyby nie słowo "Marillion" na okładce, pomyślałbym, że słucham chorego kuzyna Dona Henleya lub Dana Fogelberga (którzy przy nim są niczym Clint Eastwood przy poruczniku Borewiczu). Mam wrażenie, że Fish na odchodnym zostawił byłym kolegom tak wiele wódki, że do dziś nie wytrzeźwieli i nadał nie słyszą, kogo przyjęli na jego miejsce. W przeciwieństwie do Fisha Wielki Stefek POTRAFI grać na instrumentach klawiszowych!!. Zabral się więc też do komponowania i to przeważyło szalę. O ile Seasons End zawierał sporo utworów starszych, do których Hogarth jedynie dodał zniewalający głos, Holidays In Eden w całości powstał przy jego współudziale. They're clutching at straws, still drowning... Żal mi Steve'a Rothery'ego i Marka Kelly'ego obydwaj grają wspaniale i to jedynie tłumaczy fakt, że album Holidays In Eden nie jest sprzedawany z bezpłatnym dodatkiem - torebką, jakie zazwyczaj wiszą z tyłu siedzeń w samolotach.Tytuł - Wakacje w Raju - obiecuje sporo, ale jeśli tak ma wyglądać urlop, to wyjadę do Japonii, gdzie rezygnacja z wypoczynku przynosi zaszczyt. Weekend w Piekle byłby znacznie ciekawszy, bo Lucyfer to gość z klasą i na pewno nie torturowałby nikogo taką muzyką.

TOMASZ BEKSIŃSKI
Tylko Rock 9/1991

piątek, 7 września 2012

Brak transmisji meczu Drużyny Narodowej = sabotaż


Tak jak nie wierzę w miłość na odległość, no chyba że odległość nie przekracza "długości",tak nie wierzę w kibicowanie bez ogądania.Do tej pory można było zarzucać TVP oraz PZPN wiele głupot ale to co teraz robią to wręcz dywersja wymierzona w polski sport i nas obywateli. Jeżeli za głupotę zazwyczaj się nie karze tak za sabotaż już powinno to być robione z automatu.Drużyna Narodowa jest dobrem nas wszystkich Polaków a nie własnością PZPN czy TVP. Brak transmisji jest końcowym argumentem dla tezy, że TVP publiczna nie pełni misji dla której została powołana.Do tego bezczelnością jest wyciągać od nas przynajmniej tych co płacą i próbują być uczciwy pieniądze za abonament. Jak widać z uczciwych ludzi zrobiono naiwniaków.Dlaczego Expoze pana Premiera nie nadano w systemie PPV.Ja bym poszedł jeszcze dalej i wszystkie wiadomości wrzucił w ten system.Kto wie czy to nie dobry pomysł by całość telewizji publicznej był w systemie PPV. Wtedy może padną z głodu i skończy się to udawanie pełnienia misji.Telewizja tym posunięciem całkowicie utraciła swój już i tak kiepski wizerunek. Myślę, że to krok ku temu by całkowicie zlikwidować to badziewie (za którym tęsknić nie będę).

Brak transmisji to kolejny krok w kierunku już i tak słabnącego zainteresowania naszą piłką narodową.To w niedalekiej przyszłości wycofanie się wszystkich strategicznych sponsorów.To po prostu agonia.Nie interesuje mnie kto zawinił, czy TVP chcący otrzymać prawa za darmo czy Sportfive windując cenę.Dla mnie to zmowa nieodpowiedzialnych ludzi którzy zamiast poszanowania dla ludzi prowadzą jakieś gierki.Jak znam trochę życie to posunięcie będzie się czkało im bardzo długo.Dostarczono ludziom po raz pierwszy niepodważalnego argumentu by cakowicie odciąć się od telewizji publicznej a co za tym idzie także od poczuwania się do płacenia abonamentu. Powoli już nikt nie chce takiej telewizji w naszym kraju.Teraz w debatach publicznych,czy jest ona potrzebna będzie dominowała opinia , że nie. Zacierają ręce tylko stacje komercyjne które przejmą kolejną porcję widzów.

Fotka zapozyczona ze strony demotywatory.pl Jak głosi komentarz pod tym zdjęciem te cztery procent to zarząd PZPN oraz firma organizująca PPV

A nasza piłka nożna ta narodowa ? No cóż niech sobie chłopcy grają. Wynik poznam jak będę przeglądał tabelę, zresztą dokładnie tak samo jak to robię śledząc polską drugą ligę.Coś w czym nie uczestniczę nie interesuje mnie.Czas pomyśleć o wyrejestrowaniu Telewizora. Na zakończenie dodam tylko by przypadkiem ktoś z kadrowiczów nie pier....lił mi, że gra dla ojczyzny i nas Polaków, bo dla mnie na pewno nie.

Nasunęła mi się jeszcze jedna teoria. A może po prostu chłopcy wstydzą się grać przed publicznością ?

środa, 29 sierpnia 2012

Kim Wilde - Catch as catch can (1983) - recenzja



Kim Wilde "Catch as Catch Can" to z pewnością jedna z płyt mojego życia i to nie dlatego, że to takie dla mnie było rewolucyjne dzieło a po prostu jako małolat szalałem za tą artystką i chłonąłem bezkrytycznie wszystko co wydobywało się muzycznie z tej przecudownej istotki. Ile razy nastawiam tą płytę dzisiaj przed oczami mam mój stary pokój w rodzinnym mieszkaniu na Winogradach i ścianę zapełnioną plakatami z Bravo, no i siebie w wieku 15 lat. Pamiętam również doskonale wszystkie perypetie i problemy, gdy pomimo kary jaką nałożyli mi rodzice która polegała na zakazie słuchanie radia i kaset kombinowałem jak to nagrać.Byłem wtedy już zdeklarowanym fanem Kim Wilde.Co prawda znałem jej repertuar bardzo wybiórczo. Płytę  "Select", czyli tą wcześniejszą poznałem dopiero po poznaniu "Catch as Catch Can" a krążek debiutancki praktycznie dopiero w latach 90tych. Oczywiście piszę tu o całych płytach.Przeboje singlowe znałem doskonale wcześniej.Wróćmy jednak do "Catch as catch Can". Trudno mi się do tej płyty odnieść z dystansem bo wiążą się z nią wspomnienia młodości. Dlatego zapewne trochę  podkoloruję wszystko co o niej napiszę.Mimo to proponuję poczytać tą recenzję bo postaram się przynajmniej część faktów przytoczyć precyzyjnie a tylko sugestywne pozostaną do nich komentarze.

Zdjęcie to wykonała Sheila Rock wyspecjalizowana w fotografowaniu artystów

Muzycznie ta płyta sprawia wrażenie concept albumu choć nim nie jest. Płyta bez słabego punktu. Przecudowne noworomantyczne klimaty.Kompozycje bardzo różne ale bardzo spójne brzmieniowo. House of Salome otwierający całość juz na starcie daje nam sound sławnego syntezatora Roland jupiter 8, dzieki temu od razu wiadomo, że mamy do czynienia z muzyką pierwszej połowy lat 80tych.Piosenkę otwierającą płytę wyznaczono na promocyjnego singla numer dwa. Oprócz niej lansowano także "Dancing in the dark" oraz "Love Blonde" (jako pierwszy). Oczywiście gdzie lansowano to lansowano. Na listę trójki "Love Blonde" wszedł tylko na chwilę by zaraz polecieć. Zresztą w Anglii też płyta jako całość zagościła w drugiej pięćdziesiątce i to tylko przez dwa tygodnie.Tak więc trudno napisać, że ten longplay zawojował świat.Coś jednak w tej płycie jest, ze wracam do niej wyjątkowo często i wyjątkowo chętnie.To coś to nic innego jak mieszanina muzyki pełnej romantyzmu, zmysłowego głosu Kim i sporej dawki przebojowości.Przeboje zostały tu przeplecione piosenkami,które od początku nie miały stanowić wypełnienia."Shoot to disable" miał nawet podobno być utworem tytułowym tego albumu.Po przesłuchaniu całości płyty,każdego fana powinien uderzyć szczegół aranżacyjny piosenek.Zrezygnowano prawie całkowicie na tej płycie z rytmów rockowych. Tutaj perkusja pracuje typowo dla syth popu, trochę sprawiając wrażenie nieskładności.Typowym przykłądem niech będzie wspomniany wcześniej "House of Salome". Kolejny utwór to "Back Street Joe".Dla mnie jedna z ozdób tej płyty.Kim ma w sobie tu sporo liryzmu ale nie takiego w stylu dwanaście świeczek, wino i dwa kieliszki.Ona steruje tu emocjami a barwa jej głosu akurat w tej kompozycji dla mnie brzmi doskonale.Doskonały przykład jak z błachej melodyjki można przy odpowiedniej aranżacji zrobić coś co zostaje w pamięci i to nawet gdy wcześniejsza wysłuchana piosenka to materiał przebojowy a kolejna to popis muzyczny i liryczny rodem od państwa Wildów. Ten kompozytorsko - aranżacyjny wyczyn to "Stay Awhile". Piosenka, która według mnie powinna być lansowana jako trzeci singiel z tego albumu zamiast np. "Dancing in the Dark". Czas by zająć się podobno największym przebojem z tego albumu. "Love Blonde" trąci klimatem Stanów Zjednoczonych z lat 30tych.Swingowanie jest tu na całego a do tego wszystko wzbogacone saksofonem na którym gra ukochany KIm Wilde niejaki Gary Barnaclea (radzę spamiętać to nazwisko bo to postać.. zresztą zajrzyjcie do wikipedii a szczęka poleci w dół). Stronę A longplaya zamyka "Dream Sequence" i jest to absolutna perełka znana i popularna a przede wszystkim doceniana głównie przez fanów artystki.Nigdy wcześniej ani później już czegoś takiego nie zaśpiewała.Utwór zabarwiony tajemniczością i faktycznie nawet od strony muzycznej czuć jakby ilustrował wycinek, jakąś sekwencję ze snu.Ma nawet miejscami coś z psychodelii ale takiej w wydaniu new romantic.Robi niesamowity finał dla pierwszej strony na winylu. Posiadacze wersji compact disc niestety mają to nieszczęście, że nie mogą zrobić pauzy jaką wymusza na posiadaczach winyla czynność przełożenia płyty na drugą stronę. Oni od razu poczęstowani zostają po zjawiskowym utworze sporą dawką dyskotekowej elektroniki jaką funduje "Dancing in the Dark". Piosenka dość mocno lansowana swego czasu, choć listy przebojów nie były zbytnio dla niej łaskawe.Kto wie czy głównym powodem tego "uszczęśliwiania na siłę" nie było to, że za kompozycją stał Nicky Chinn, ówczesna megagwiazda kompozytorska, jedna z połówki sławnego duetu Chinn/ Chapman. Z pewnością piosenka ma w sobie gen przebojowości ale podana w rytmie bardziej amerykańskiego disco u nas w Europie nie przyjęła się jak spodziewano.Za to kolejna piosenka "Shoot to Disable" spełniająca rolę wypełniacza to miód na uszy, choć również przebojem nie została. Przepiękna i z klimatem melodia. Ostro zarysowana perkusja nadaje spory urok kompozycji. Kim ponownie przedstawia nam w niej sporo liryzmu. Rzecz piękna i ujmująca. Dla mnie jeden z najmocniejszych punktów tej płyty od strony artystycznej.Ostatnie trzy piosenki by już zbytnio nie rozpisywać się stanowią olbrzymią ozdobę a piosenka "Sparks" powinna być wydana na singlu i to ona głównie powinna reklamować ten album. W tej kompozycji fani dostali taką Kim Wilde jaką pokochali. Przebojową , dynamiczną i czarującą.

 Pierwsze cztery albumy Kim Wilde- według mnie najlepsze w całym jej dorobku


By podsumować całość warto napisać, że z pewnych względów właśnie ten album powinno się traktować jako apogeum procesu tworzenia gwiazdy pop z Kim Wilde. Do tej płyty Kim była kształtowana artystycznie przez rodzinę i traktowana bardziej jako córka lub młodsza siostra niż piosenkarka. Nigdy później już brat z ojcem nie odgrywali aż tak dużej roli jak do czasu wydania tego longa. Owszem kolejna płyta to też był jeszcze zamysł twórczy rodzinki ale Kim już miała na niej momenty gdzie mogła wykazać się twórczo  a także czuwała nad całością jako współproducent Kim jak niektórzy wiedzą po wydaniu "Catch as catch can" wyprowadziła się z domu i zamieszkała sama. Kupiła sobie też swój pierwszy samochód, używanego volkswagena garbusa. Zerwała także z firmą fonograficzną RAK z którą jej rodzina powiązana była chyba od początku jej istnienia.

 Labele RAK pierwszych trzech longplayów Kim Wilde

Firma na zakończenie wydała jeszcze składankę piosenek pod tytułem "The Very Best of Kim Wilde". Prawdopodobnie kontrakt opiewał na cztery płyty i załatwiono ten problem właśnie w ten sposób. Przez lata myślałem ,że to było działanie złośliwe ze strony firmy ale gdy zacząłem kojarzyć fakty raczej wersja z kontraktem na czwartą płytę bardziej przemawia za prawdą.Na tej składance dodatkowo pojawiły się dwie piosenki, które wcześniej ominęły albumy.Były to "Boys" strona "b" singla "Water on Glass" oraz singlowa piosenka "Child come away" z 1982r. Brak  komercyjnego sukcesu Catch as catch can" po części mógł się podobno przyczynić do zawieszenia dalszej kariery. Kim to rozważała. Jej trasa koncertowa promująca okazała się niewypałem i spowodowała wielką gorycz u gwiazdy, której wszystko przychodziło do tego momentu łatwo.Za brak sukcesu wszystkie winny co prawda wzięli na siebie ojciec z braciszkiem jako twórcy materiału ale Kim poczuła wielki niedosyt i był to dla niej pierwszy prawdziwy zimny prysznic. Dzisiaj po latach inaczej oceniamy tą płytę ale pamiętajmy, że to był rok 1983 a wtedy w świecie muzyki działo się znacznie więcej niż my dzisiaj z tego pamiętamy.Załamywała się pierwsza fala new romantic a MTV pokazało całą potęgę swojej mocy tworząc w kilka tygodni wiele nowych gwiazd.To był naprawdę trudny okres by przetrwać.Dziś wiemy,że udało się i Kim już w rok później wydała kolejną dobrą płytę a w kolejnych latach z powodzeniem kontynuowała swoją karierę dalej.  


Zawsze w trakcie słuchania płyty ( i to każdej nie tylko tej )  okładka od tego co jest na talerzu 
musi znajdować się w zasięgu mojego wzroku

track lista

strona A

01. House Of Salome         
02. Back Street Joe         
03. Stay Awhile         
04. Love Blonde        
05. Dream Sequence    

strona B
   
01. Dancing In The Dark     
02. Shoot To Disable         
03. Can You Hear It    
04. Sparks    
05. Sing It Out For Love

niedziela, 26 sierpnia 2012

Sopot 2012 - Hołd dla The Beatles ? - Polsat symbol kiczu i tandety ?


Dwa tygodnie temu dotarła do mnie wiadomość, że w naszym kraju, ktoś planuje uczcić 50 lecie istnienia zespołu The Beatles.Ten ktoś to telewizja Polsat a miejscem tej celebry ma być drugi dzień festiwalu w Sopocie. Pierwsza już bzdura, która powinna dać mi do myślenia co do jakości tego pomysłu to sama zapowiedź owej rocznicy istnienia a nie powstania, jak po prawdzie powinno być. Przecież grupa nie istnieje oficjalnie od roku 1970 więc jaka 50 rocznica istnienia. Zresztą nawet przyjmując rok 1962 za rok powstania, też bredzimy totalne głupoty.No ale co tu się dziwić skoro wszystko firmowała telewizja Polsat czyli najmniej profesjonalna publikatornia bzdur w Polsce.Usiadłem jednak przy odbiorniku, bo bądź co bądź uważam się za wielkiego fana twórczości Bitlesów i dla tej muzyki potrafię wiele znieść a i sporo zrozumieć.Od lat różne przykłady udowodniły mi, że muzyki Beatles nie da się sknocić do końca i każde nawet najgorsze wykonanie zawsze jakoś tam się mniej lub bardziej broni.Nie oczekiwałem fajerwerków bo czułem już widząc logo organizatora, że to będzie jakaś komercja połączona z lizaniem dupy sponsorom przez paru zaprzyjaźnionych z tą rozgłośnią artystów.


Rozsiadłem się wygodnie więc przed ekranem i uruchomiłem nagłośnienie kina domowego by uzyskać odpowiedni efekt. Co zobaczyłem i usłyszałem ? Zacznę od samej esensji, bo to przecież najważniejsze w tym wszystkim było. Na początek pojawili się bracia Cugowscy i zagrali "A Hard Day's Night" oraz "Can't Buy Me Love". Jak im wyszło ? Napiszę wymijająco by zbytnio ich nie krzywdzić. Po prostu wykonali to inaczej niż Beatlesi. Z pewnością nie będę wyczekiwał, by nagrali ten materiał na płytę.Po Braciach na scenie pojawiła się gwiazdka w postaci Ani Wyszkoni, która robiła co mogła by ludzi przepędzić z widowni i od telewizorów.Zastanawiam się czy aby faktycznie mam rację, że nie mozna czegoś od Lennona i McCartneya skopać do końca.Jej wersja "Love me do" należy z pewnością do najbardziej nieudanych o ile nie wręcz traumatycznych dla słuchających wykonań jakie znam a znam naprawdę sporo.Kto tam był jeszcze ? Otóż wystapił tam jeszcze zespół Kombi w swojej odsłonie piosenek "Oh Darling" i "Here Comes the sun". Według mnie wykonania Skawińskiego były fatalne jak zresztą większość wszzystkiego co w swoim muzycznym życiu ten człowiek zrobił.Szkoda bo potrafił też w tej kupie nijakości nagrać swego czasu kilka dobrych utworów ale to nie temat o nim.W między czasie grupa Perfect wykonała "Yesterday" i był to chyba jedyny występ godny takiego jubileuszu. Nie przepadam za tym co robią ostatnio panowie z Perfect ale tu oddaję im pokłon bo to wykonanie to była perła wśród śmieci. Jak to zazwyczaj bywa perły w otoczeniu śmieci zazwyczaj nie widać a odwrotnie niestety zawsze.W międzyczasie przemknęła przed oczami i uszami też bliżej mi nieznana grupa Lemon. Jej wersja "Let it Be" muszę przyznać ,że była poprawna a nawet dawała płomyczek nadziei choć "All you needs is love" niestety położyli. Reszta artystów przedstawiała już samo dno.Rynkowski oczywiście zaśpiewał "Imagine" waląc pod styl Cockera a jego wersja "Get Back" zagrana zaś pod Brookera wypadły żenująco a kto wie czy nawet nie karykaturalnie. Podobnie Afromental walnął dwa covery Beatlesów "Come Together" oraz "A little help from my friends" oczywiście tą drugą piosenkę potraktował jako piosenkę Cockera a nie Beatles bo w całości aranż zerżnięty z pamiętnej wersji. Nie mam nic przeciw tej wersji ale o Bozzziuuu w końcu tu upamiętniamy The Beatles a nie Joe Cockera.Byli jeszcze fałszujący De Mono a szkoda bo ich wersja "Obla di Obla da" mogła być fajna.Dobrze wypadł na wpół amatorski zespół Żuki z Bydgoszczy grający muzykę Lennona i spółki od ponad dwudziestu lat.Wymieniłem już prawie wszystkich. O jeszcze jakiś łukasz Zagrobelny. Facet z fajnym głosem ale piosenkę a w zasadzie obie rozłożył. Zaśpiewać "Help" w wolnym tempie ? To udaje się tylko nielicznym i do tego z jakimś pomysłem. Tu go zabrakło w obu piosenkach bo jakby było mało jeszcze rozłożył na łopatki "She loves you". Na koniec odśpiewano przez wszystkich "Twist and Shout" co może i kojarzone jest głównie z The Beatles ale z nimi samymi ma z pewnoscią mniej wspólnego niż dziesiatki innych i to lepszych rzeczy, które tu pominięto.Jak już wspomniałem muzyki dobrej nie idzie zepsuć do końca.Koncert wiec pomimo tych niedopracowanych wykonań dało się jako ciekawostkę obejrzeć. Przynajmniej od strony muzycznej.

Tragedia największa tej imprezy to całkowicie nieudolni,nudni i nie profesjnalni konferansjerzy oraz  Ci co im przygotowali te teksty, którymi nas karmili. Jak bezdennie głupie i nieudolne było to co docierało w trakcie konferansjerki trudno opisać.


 Polsatowskie tęgie głowy - specjaliści od muzyki i historii grupy The Beatles

Kto oglądał zapewne widział i słyszał a kto nie temu podam tylko kilka rażących idiotyzmów. Pomijam już fakt, że taki pseudoszołman jakim jest Maciej Rock nie umie poprawnie wypowiedzieć nawet nazwy zespołu. Zamiast słowo "Beatlesów" wypowiada "Beatelsów".Karmi nas po drodze szczegółami z kariery zespołu mówiąc bzdury. Z nich się możemy dowiedzieć, że Baetles przestali grać bo ich koncerty przestały być słyszalne, bo ponoć taki hałas był podczas ich występów. Zapomniał dodać, że przestali grać koncerty bo z wypowiedzi wyszło, ze to główny powód rozpadu grupy."All you need is love" też ponoć według nich stał się hymnem hipisów bo zapewne "Give peace a chance" nim nie był. Jak łatwo się domyśleć Polsat gdyby urządzał koncert rocznicowy Woodstock to zaprosiłby jako główne gwiazdy Scotta McKanzie lub Mamas and the Papas jako przedstawicieli głównego nurtu hippisowskiego.Dowiadujemy się także, że na Beatlesów olbrzymi wpływ miały ich żony, które gdyby nie były żonami cudownej czwórki to i tak byłyby bardzo sławne bo takie miały silne osobowości.Dowiedziałem się również, że Ed Sullivan w tamtych czasach to był ktoś taki jak obecnie w Polsce Krzysztof Ibisz. (Ku...wa, facet który ma olbrzymie zasługi dla popularyzacji rock n rolla w USA przyrównywany do Krzysztofa "jak dobrze wyglądać po 40 tce" Ibisza ? ) Tym ludkom z Polsatu na łeb padło i wydaje im się, że są mega gwiazdami. Obserwuję ten trend od lat. Polsat skupia najbardziej beznadziejnych prezenterów. Każdy z nich przeważnie jest nieprzygotowany a swoją pozycję w telewizji zawdzięcza tylko ładnej buźce i kto wie czemu tam jeszcze, bo na pewno nie fachowości. Owszem inne telewizje też nie są święte bo każda stacja ma swojego jakiegoś "kwiatuszka". TVN ma na przykład Małkową M. , która myli elekcję z erekcją i kompletnie jest zdziwiona gdy się dowiaduje, że prażony ryż to nie jest popcorn. No, ale widać przypisano jej rolę głupiej blondynki i jest OK.

Tak więc koncert na który liczyłem, że przeniesie mnie we wspomnienia okazał się typowym niewypałem zrobionym pod publikę i poskładanym do kupy z artystów na których Polsat ma kwity na wyłączność.Ze sceny prezentowały nam się tylko te znane gwiazdki biorące udział w jakiś bzdurnych polsatowskich produkcjach.


      Solówka gitarzysty z Perfect podczas "Yesterday" jedyny jasny punkt całości przedstawienia

Ludzie czy naprawdę nie można było tego zrobić uczciwie ? To już w filmie "Wiosna panie sierżancie" Tadeusz Fijewski namawiał ludzi do uczciwości przy pędzeniu bimbru. Ja ponawiam jego apel w stosunku do innych szachrajstw robionych w celu wciskania nam gówna.W naszym kraju aż roi się od ludzi,artystów, fanów Beatlesów.Dla wielu możliwość oddania hołdu w takim koncercie było by wielkim marzeniem i podeszli by do tego z pełnym oddaniem i sercem.Weźmy na przykład grupę Collage która wydała nawet płytkę z coverami Lennona i to jakimi ? A to przecież nie jedyni którzy grają taką muzykę od lat.Czy w Polsce nie ma ani jednego gitarzysty który przecudownie rozpędziłby się solówką w "While My Guitar Gently Weeps" kładąc na kolana wszystkich i doprowadzając nasze roztęsknione emocje do granic przyjemnego bólu ? Nawet Ewa Bem byłaby po sto kroć bardziej odpowiednim gościem na czymś takim. Kto z fanów Bitli nie pamięta jej płyty z coverami ?. Pomijam już istnienie w naszym kraju przynajmniej czterech zespołów wyspecjalizowanych tylko w piosenkach Fab Four a każdy z nich przewyższa swoim kunsztem ten obraz co nam zafundowano.Uważam, że udział w takim koncercie powinien być zaszczytem i pewnym wyróżnieniem. Artyści powinni być dobrani starannie i pod kątem celebry muzycznej a nie widowiskowej a wtenczas paradoksalnie można otrzymać także i show prawdziwe.

Po raz kolejny  telewizja Polsat pokazała jak w prosty sposób można sprowadzić sztukę do rynsztoka.

wtorek, 21 sierpnia 2012

O wakacjach, nostalgii i wyższości gór nad morzem


Właściwie to tytuł tego wpisu powinien brzmieć "Wakacje w górach dla leniwych". Tematem jednak obejmę jeszcze kilka innych kwestii, stąd zanim przejdę do głównego wątku dorzucę kilka ogólników zaobserwowanych moimi oczami. Wszystko okraszę kilkoma zrobionymi w tym roku przez mnie fotkami z drobnym komentarzem.

Góry wysokie, kto mi z wami walczyć każe.....

Ktoś kiedyś gdzieś powiedział a ja to spamiętałem, że gdy człowiek coraz mniej marzy a coraz częściej wspomina to się starzeje.To w zasadzie stosunek ilości marzeń do wspomnień wyznacza stopień naszego zestarzenia się. Coś w tym chyba jest. Zresztą to nie jedyna zależność, która kształtuje nas w jakiś sposób a  spowodowana jest upływem czasu. Nawet daleko nie musimy szukać, by się przekonać jak jego upływ steruje naszą nostalgią i potrafi spowodować, że coś co było w naszym życiu szmirą, często zbędnym zwykłym dodatkiem dnia codziennego, zaczyna urastać do miana sztuki.Tak bywa z filmami, modą, muzyką wieloma innymi sprawami w tym także z naszymi wspomnieniami.Na co mamy zawsze największą ochotę  ? Zazwyczaj na to co już znamy a czego dawno nie doświadczyliśmy. Odwołujemy się wiec do naszych wspomnień.Podobnie jest z wakacjami.Rysiek miał rację śpiewając, że w życiu piękne są tylko chwile. Gdybyśmy się nad tym zastanowili zapewne okazałoby się, że te chwile przypadają zazwyczaj na czas letnich wyjazdów.Tak więc na decyzję naszą gdzie jedziemy wypoczywać zazwyczaj wpływ mają nasze wspomnienia i tęsknota do ponownych pozytywnych i już raz przeżytych chwil.Trochę to uprościłem ale tym samym stworzyłem sobie doskonałą wytłumaczenie zmiany w ostatnich czasach moich preferencji urlopowych.


Czarny Staw Gąsienicowy widziany po przejściu drogi Kuźnice - Kasprowy Wierch - Hala Gąsienicowa...... ufff ....warto było

Do niedawna głównym moim celem wakacyjnym było nasze polskie wybrzeże a dokładniej niewielki jego fragment w okolicach Pogorzelicy i Niechorza.Spędzałem tam co roku jako dziecko wakacje bawiąc na koloniach a także dodatkowo na wczasach z FWP z rodzicami.O walorach tego miejsca bywalcom tego rejonu nie muszę pisać.Wystarczy nadmienić , że obie miejscowości prawie całkowicie położone są w lesie co czyni je w okresie upałów nawet w porze południowej miejscem nadającym się do normalnego funkcjonowania.Kocham nasze morze. Kocham nasze piaszczyste plaże, choć za leżeniem w grajdole nie przepadam a wręcz unikam. Snuję się więc bez celu wzdłuż plaży wsłuchując się w gwar połączony z szumem morza. Rozkoszuję się smakiem kolejnego piwa i chłonę klimat, który tak doskonale pamiętam z dzieciństwa.Wieczorem stały punkt programu , czyli spacer w oczekiwaniu na zachód słońca a zaraz po nim to co nad morzem kocham najbardziej, czyli szaleństwa nocy letniej, cokolwiek to znaczy lub by miało . 

Na szczyt góry widocznej na wprost wchodziła kiedyś para zakochanych. Przez całą drogę się kłucili. Gdy atmosfera była już nie do wytrzymania i ona dostrzegła beznadziejność tego ich związku postanowiła się rzucić.....  no i rzuciła się....... na niego


Od pewnego czasu nastąpiła za namową mojej żony pewna zmiana. Ona nie miała takich samych wspomnień jak ja.Jako dziecko nie wyjeżdżała zbytnio z okolic Wielkopolski. Już jako nastolatka kilkakrotnie bywała w górach i tam zostawiła część swego serca.Tak więc za namową jej oraz korzystając z okazji, że znajomi wybierali się właśnie na południe dałem się namówić.Od tamtego czasu minęło sześć lat a mnie w ogóle nie ciągnie nad morze. Owszem chętnie bym pojechał tam na dwa, góra trzy dni. Napić się piwka wieczorkiem na plaży ale na dłużej ? Po co ?


Zamek w Niedzicy. To tutaj nakręcono serial mojego dzieciństwa "Wakacje z duchami"

Odkryłem, że jadąc w góry można doskonale wypocząć i się nie zmęczyć. Trzeba tylko stosować się do pewnych zasad. Wybierając góry musimy poznać ich specyfikę oraz topografię miejsca wypoczynku. Chcąc poczuć klimat górski taki z prawdziwego zdarzenia wybrać powinniśmy góry skaliste, czyli Tatry lub Karkonosze.Karkonosze pomimo tego,że niższe to jednak swoje szlaki mają tak poukładane, że trudno jest się nie zmęczyć.Stacjonując w Karpaczu nawet zwykłe wyjście na piwo do centrum bywa wyzwaniem dla nóg.Co innego Zakopane, które otoczone obłędną panoramą gór samo leży w dolinie i spacer po nim niewiele różni się od tego po promenadzie w Międzyzdrojach.Do tego spora część szlaków to drogi przez doliny, gdzie naprawdę można uniknąć zmęczenia. Szkoda, ze nikt do tej pory nie wpadł na pomysł, by wydać przewodnik dla leniwych turystów, gdzie wyznaczono by wędrówki dla takich "niewyczynowców". Co mnie skłoniło do takiej radykalnej zmiany upodobań co do miejsca wypoczynku ? Po pierwsze wbrew pozorom wypoczynek w górach nie jest uzależniony aż w takim stopniu od pogody jak urlop nad morzem.Nad morzem istnieje możliwość obejścia wszystkiego w okolicy w ciągu tygodnia pobytu. W Zakopanym jest to niemożliwe.Większość atrakcji w górach jest tańszych od tych nad morzem.Nawet ceny kwater są niższe przy lepszym ich standardzie.W górach chcąc nie chcąc ma się kontakt z tubylcami co nad morzem jest rzadkością.W górach człowiek nie jest uzależniony od towarzystwa.Tam po prostu jest co robić nawet będąc absolutnie samemu.Będąc w tym roku w Zakopanym zobaczyłem napis "Wszystko co kocham jest w górach". Powoli zaczynam rozumieć tego kto go wymyślił.Powoli z czasem się przekonałem także do szlaków wysokogórskich.Wbrew pozorom nawet zmęczyć się czasami jest fajnie. Ważne by to zmęczenie było adekwatne do przyjemności którą z niego będziemy czerpać.

Burza nad Morskim Okiem - wrażenia bezcenne - reszta wiadomo... master cards

Kilka prawd pochodzących od pewnego flisaka, który sterował naszą tratwą podczas spływu Dunajcem

- Prawdziwy turysta góry ogląda z dołu, kościół z zewnątrz a oberżę od środka.
- Wszyscy łażą do góry na szczyty by zobaczyć jak na dole jest pięknie.Skoro na dole jest tak pięknie to po co tam do góry leźć


 Bacówka - miejsce naszych zakupów oscypków oraz napojów regionalnych
Jeden z takich "regionalnych marketów sieciowych" coś a'la żabka u nas
z tym, że bardziej tutaj było  folk i towar świeższy i mocniejsze napoje

Widok, który docierał codzienne rano za okna ... 
potrafił wyleczyć kaca po regionalnym trunku w kilka chwil

Krywaniu Krywaniu wysoki..... (Po resztę komentarza odsyłam do płyty Skaldów)

Zawsze się jedna znajdzie...

50 zł za spływ Dunajcem od osoby to naprawdę niewiele jak za ponad dwugodzinny rejs.
Tym bardziej,że USA ma swoją Mount Rushmore, Deep Purple swoją okładkę do "Machine Head" a nam natura dała trzy siostry na Trzech Koronach.

Do noclegowni nie zdążyłem już dojść przed tym deszem co ukazał tęczę
ale zdjęcie przednie, prawda ?
?