sobota, 20 czerwca 2015

Radiorama - Desires and Vampires (1986) - reedycja 2014r


Idąc za ciosem, zaraz po Valerie Dore postanowiłem wziąć i opisać na blogu chyba najsłynniejszy projekt jaki powstał w muzyce Italo disco. Na myśli mam tu grupę Radiorama. Z prawdziwym zespołem jako takim Radiorama nie miała nic wspólnego. Od początku był to raczej projekt muzyczny, którego celem było wylansowanie kilku piosenek. Domyślam się, że niektórych to może zniesmaczyć. Takie podejście do całości, gdy zamiast muzyki tworzy się muzyczny produkt zawsze stwarza poczucie sztuczności.Ile jest prawdy w muzyce, gdy z założenia komponuje się piosenkę, która ma odnieść sukces ? Gdzie tu artyzm ? Gdzie szczerość przekazu ? Plastikowa pop-papka. Takich zarzutów można względem Radioramy wypisywać dziesiątki. Jednak każdy z tych zarzutów będzie bezpodstawny. Istotą w takiej twórczości zawsze jest produkt końcowy. Dopieszczony pod względem brzmienia i przeznaczony do odtwarzania w klubach. Wielkie sceny i granie na żywo takiej muzyki nigdy nie było i nie jest celem. Szukając artyzmu w takiej twórczości powinniśmy skupić się głównie na reżyserii całości, czyli podziwiać całą magię i zmysł aranżacyjny dokonany w studio a jedyną fomrą odioru takiej muzyki powinna być płyta. Podchodząc do tego w taki sposób przestaje nas drażnić ta cała otoczka. Oczywiscie na potrzeby marketingu w latach 80tych trzeba było dać całości oprawę wizualną. W tym okresie popularność i sukces komercyjny gwarantowało tylko MTV. Stąd wykreowano wizerunek zespołu Radiorama tak by wszystko było ładne i efektowne.Zatrudniono do tego projektu osoby, które z samą muzyką niewiele miały wspólnego za to dawały jej odpowiednią oprawę. Twarzami Radioramy stali się w teledyskach i na scenie Antonella Ferii oraz Oskar Branfazzi.

Głównym inicjatorem stworzenia Radioramy był Mauro Farina (nie mylić z Dario Farina, który miał znaczne sukcesy przy zespole Ricchi e Poveri) i Giuliano Crivellentego. Farina jako główny producent (póki co tylko producent) zatrudnił do stworzenia pierwszego singla uznanych już artystów. Byli to Aldo Martinelli i Simona Zanini. Duet ten od pewnego czasu doskonale sobie radził na scenie italo disco tworząc i nagrywając mega popularne piosenki (Comanchero, Centronella, Victoria etc). W ten sposób powstał pierwszy hit Radioramy "Chance to desire". Jak się później okazało był to pierwszy i ostatni materiał tworzony przez Aldo Martinelliego. Wynikła pewna sprzeczka między nim a Fariną i panowie zrezygnowali ze współpracy. Simone Zanini również odpuściła sobie śpiewanie i zajęła się głównie komponowaniem i pisaniem tekstów. Farina również zaangażował się w pracę twórczą i tak powstał duet kompozytorski, który przyniósł najwieksze przeboje tego projektu. Na singlu "Chance to Desire" słyszymy w duecie z Simone drugiego producenta Radioramy Marco Brescianiego, który przyjął na tą okazję pseudonim Hank Shostak.Przy produkcji drugiego singla "Desire" za wokal męski odpoweidzialny zostal już sam Mauro Farina. Głos kobiecy zaś należał do nowo pozyskanej wokalistki Claudi Morii.Nagrań dokonywano w studiu Factory Sound Studio, którego właścicielem był Farina.Warto dodać przy okazji pisania o Mauro, ze producent ten odpowiedzialny był za sukces innych wielkich gwiazd tego nurtu: Kena Laszlo i to we wszystkich jego odsłonach, czyli Joe Yellow, Rick Fellini a także podam kilku artystów, którzy de facto nimi nie byli, bo za wszystkim stał Mauro Farina: Brand Image, Alan Barry, Atrium, Riky Maltese, Max Coveri, Danny Keith, Paul Sharada. Pewnie jeszcze kogoś pomnąłem. Podobno Farina stał za 1500 tytułami znanymi z nurtu italo disco (szok) Napiałem tych kilka informacji o Radioramie bo niewiele jest o tej grupie w polskojęzycznej strefie internetu. Kiedyś szukając informacji udało mi się ze szczątkowych informacji poskładać trochę danych i teraz się nimi posiłkując przedstawiłem te dane.Jeżeli zwierają jakiś merytoryczny błąd proszę o info w komentarzu a z pewnością naniosę poprawki.

Maxi singiel ukazał się sporo wcześniej i promował album,
który maił sięukazać w nieokreslonej bliżej przyszłości

Czas zająć się opisaniem pierwszego albumu Radioramy. Egzemparz "Desire and Vampires" jaki posiadam to reedycja winylowa wydana przez ZYX datowana rokiem 2014 a wczesniej wydana w 1986r. Od wersji z 1986r różni się tym, że dołożono jeden singiel jaki ukazal się w orginale dopiero na drugim albumie. Mowa tu o "Aliens", który wcisnięto na końcówkę strony A. Na płycie znajdziemy pięć pierwszych przebojów grupy: "Desire", " Hey Hey", "Aliens", "Vampires" oraz "Chance to Desire". Płytę zamyka "Remix of Desire", będacy inną odsłoną pioenki otwierającej całość. Pomiędzy te single wrzucono "Flight of Fantasy" piosenkę bardziej popową niż disco. Gdyby wykonać ją w języku włoskim spokojnie mogłaby być ozdobą festiwalu w San Remo. Inna kompozycja którą te tu znajdziemy to "Wacha Gonna Do" i jest to taka z tych mniej popularnych piosenek i powiedzmy sobie szczerze, że robi tu trochę za zapychacz. Godna uwagi za to jest "Friend" i jest to kompozycja aż do bólu kojarząca się ze stylem Eltona Johna. Co do samych singli, które tylko wymieniłem z tytułów to w całości przedstawiają one materiał pzebojowy i każdy był wielkim hitem w klubach, w tym również i polskich. Dostępność tych nagrań była w owych czasach w radiu dość spora. Powstały do nich klipy choć pierwotnie nie planowano takich działań.


Track lista

Strona A

01. Desire
02. Flight of Fantasy
03. Hey Hey
04. Wacha Gonna Do
05. Aliens

Strona B

06. Vampires
07. Chance to Desire
08. Friend
09. Remix of Desire

wizerunek grupy tworzyła oto ta para - Oscar i Antonella

wtorek, 16 czerwca 2015

Valerie Dore - The Best of (1992 - reedycja 2014)

Valerie Dore to pseudonim artystyczny, z tym że dość skomplikowany bo określający nie tyle konkretną osobę co projekt muzyczny. Twarzą Valerie Dore była Monica Stucchi. Ona brała na siebie cały wizerunek, czyli wystepy w TV, koncerty, obecność w prasie etc. Od strony muzycznej i wydawnictw płytowych wszystko było bardziej skomplikowane. Muzyka disco ma to do siebie, że liczy się zawsze produkt końcowy. Mniejszą rolę odgrywa tu niż w innych gatunkach muzycznych sztuka i osobowość artstyczna wykonawcy. Najważniejszą osobą zwykle bywa producent muzyczny. W tym przypadku był to Roberto Gasparini wyspecjalizowany w kreowaniu muzyki tanecznej rodem z Włoch. To on stworzył postać Valerie Dore. W zamyśle miał to być muzyczny projekt wydający single z muzyką disco. Do pierwszych nagrań zaproszono wokalistkę z włoskiej grupy Novecento Dore Nicolosi. To jej głos słyszymy w pierwszych trzech przebojowych singlach Valerie Dore : "The Night", "Get Closer" oraz "It's So Easy". Szkoda, że tylko głos, bo pani ta naprawdę nie miała powodów by się wstydzi wyglądu.. Uważam nawet że jest ładniejsza od Moniki. Wracając do singli, wszystkie osiągnęły sukces komercyjny. Warto było więc kontynuować proces wydawniczy, by powiększyć dorobek o kolejne pozycje. Niestety,  porozumienie producenta oraz Dory Nicolosi w kwestiach dalszej współpracy uległo zmianie. Potrzebna więc była inna wokalistka o bardzo zbliżonej barwie głosu. Wybór padł na Simone Zanini. Postać w świecie italo disco doskonale znana za sprawą tego, że arystka oprócz tego, że należała do twórców takowej muzyki, zwłaszcza tekstów (np. Miko Mission, Doctor's Cat) to również dała się już poznać jako główny wokal w produkcjach Martinelli: Raggio Di Luna (Moon Ray), Monchine, Martinelli. W Kolenych latach miała się również związać na dłużej z grupą Radiorama (w zasadzie to też był projekt a nie grupa). 


W okresie popularności Valerie Dore, czyli w latach 84-87 nie wnikano specjalnie w zaplecze powstawania takiej muzyki .Dla większości odbiorców twarzą Valerie Dore, a tym samym nią samą była Monica Stucchi. Gdy zatrudniono do nowych nagrań Simone, producent Roberto Gasparini wraz z nią rozpoczał pracę nad kolejnymi piosenkami, poszerzając później nagrania o kilka dodatkowych pozycji a wszystko w celu wydania pierwszej płyty długogrającej. Longplay ukazał się w 1986r i nosił tytuł "Legend". Skłądały się na niego piosenki powiązane tematycznie z legendą Króla Artura i rycerzy okrągłego słołu. Płyta przyniosła dwa kolejne wielkie przeboje "King Arthur" oraz "Lancelot".Płyta wzbudziła spore zainteresowamie i to podobno nawet wśród krytyków niespecjalnie lubiących taneczne muzyczne odcienie Włoch lat 80tych. Prawdopodobnie powodem tego była zawartość na tej płycie materiału spokojnie wykraczającego poza ramy samej muzyki użytkowej.Pojawiło się bowiem na niej sporo kompozycji w stylu pop. Do tego podanej w sposób bardzo melodyjny, dobrze opracowanej i co ważne wyprodukowanej. W to wszystko wpleciono dobre teksty i okraszono wszystko celtyckim posmakiem.Płyta skazana na sukces. Oryginalność tego longplaya polega na tym, że choć w dalszym ciągu mamy tu do czynienia z muzyką italo disco, to jednak jest ona na niej tak różna od dotychczasowych propozycji z tego nurtu, że łamie schematy. Przez to zyskała przychyloność słuchaczy niekonecznie tylko tych bywających w klubach disco.

                                           ładnie wydana przez ZYX  na 180 gramówce

Po wydaniu albumu "Legend" dalszą współpracę zaniechano. Simona Zanini związała się z Radioramą. O projekcie Valerie Dore przypomniano sobie w latach 2-tysięcznych, ale powrót okazał się nieudany. Cały dorobek Valerie Dore to trzy single (w różnych remiksach) oraz płyta długogrająca "Legend". W 1992r wydano album podsumowujący nazwany "The Best of Valerie Dore". Płyta, którą mam i tu po krótce opiszę,  jest wydana rok temu i jest wznowieniem. Firmuje ją wydawnictwo ZYX.

Album zawiera trzy pierwsze single nagrane jeszcze z wokalistką grupy Novecento Dorą Nicolosi oraz osiem kopozycji pochodzących z płyty "Legend"(z wokalem Simony). Zabrakło na niej tylko dwóch piosenek i jest to dla mnie spory minus bo nalezały one do wielich ozdób kończących płytę"Legend". Nie ma więc: "The Sword Inside The Heart" oraz "The End Of The Story", dwóch prześlicznych ballad. Znajdziemy je oczywiście na wydaniu CD. Winyl jest tu zdecydowanie uboższy.Jak da się zauważyć wydanie CD spokojnie zamiast "najlepsze" mogłoby się nazywać "wszystkie piosenki Valeri Dore" gdyż pomijając wersje maxi i extended itp zawiera wszystko z okresu dziłania tego projektu. Nawet kolejność została zachowana track listy.

Płytę otwiera "The Night". Na listach w Europie singiel nie poszalał. W Niemczech najwyższa pozycja to piąta, w Szwajcarii ósma a w kilku innych krajach jeszcze niżej, w tym we Włoszech szesnasta pozycja. Nie oddaje to jednak skali popularności piosenki w klubach. Piosenka jest w stylu sleezy italo disco (podobno Savage określa się twórcą tego stylu - kolejna szufladka). Po niej na albumie pojawiają się bliźniaczo do niej podobne "Get Closer" oraz "It's so Easy". Sprawiają wrażenie jakby wszystkie trzy zrodziły się z tego samego pomysłu twórczego i z nich miał być wybrany ten jeden najlepszy.W rezultacie otrzymaliśmy trzy bardzo zbliżone do siebie stylistycznie piosenki.Po nich nastepuje już praktycznie prezentacja po kolei piosenek z albumu "Legend". Rozpoczyna wszystko instruentalny "The Battle" a dalej rozpoczynają się już opowieści o rycerzach i zamkach. "Bow And Arrow" (Łuk i strzała) jeżeli ta piosenka jeszcze trąci disco, to "The Wizard" (na winylu otwiera stronę B) niewiele ma wspólnego z tym stylem. To raczej typowy pop. Jeden znajwiększych hitów Valerie Dore "King Arthur" również nie jest klasycznym brzmieniem italo disco. Pojawia się jako trzeci z odsłony "Legend" i z tego co pamiętał był bardzo popularny w dyskotekach naszego kraju. Często gościł również w radiu aczkolwiek słowo "często" nie ma odnosienia takiego samego w czasach nam obecnych. Po prostu pojawiał się może z pięć razy w mięsiącu w rozgłośniach radiowych z profilem muzycznym nastawionym na melodie ładne i przyjemne (czyli Program Drugi Polskiego Radia).Po przeboju trafia nam się wyciszenie emocji "The Magic Rain" to trochę senna ballada ale za to pełna klimatu celtyckiego.Podobna stylistycznie jest kolejna piosenka "Guinnevere" z tym, że tu jest to kompozycja bardzo przebojowa z cudowną melodią i tradycyjnie już doskonałym tekstem autorstwa Simony. Skoro na płycie poświęcono piosenki Królowi Arturowi i jego żonie Ginewrze, to trzeba było również dać coś o Lancelocie. Ta,k to drugi na równi doskonały przebój co "King Arthur" z tego albumu. "Lancelot" według mnie to najlepsza w ogóle piosenka wydana pod szyldem "Valerie Dore". Po nim na winylu mamy juz tylko kończącą płytę piosenkę "On The Run". Chyba najsłabszą kompozycję, choć nie brakuje jej ładnej melodii. Posiadacze wersji Audio CD tego albumu mogą się jeszcze nacieszyć kolejnymi dwoma dziełami, których niestety na moim egzeplarzu zabrakło z powodu ograniczeń czasowych. Polecam je jednak bo "The Sword Inside The Heart" oraz "The End Of The Story" praktycznie decydowały według mnie o całym klimacie albumu "Legend" i brak ich tu "u mnie" po prostu mnie razi.Trudno mi tą płytę ocenić gwiadkami bo w odniesieniu do niektórych płyt "czterogwiazdkowych" jest słabsza ale z drugiej strony uważam ten album za bardzo dobry, który warto znać. Daję ocenę trzech gwiadek plus dodatkowy plus dla wersji CD. Od siebie dopiszę tylko, że chyba wolałbym mieć na winylu płytę "Legend" niż "The Best of" ale póki co mam tylko ten drugi tytuł. Dla kogo jest to płyta ? Głównie dla miłosników lat 80tych, stylu italo disco oraz stylu synthpop. Spodoba się również klimaciarzom i miłośnikom klimatów rycerskich podanych niekonięcznie przy pomocy łomotu gitar. Naprawdę dość uniwersalny album. Słucha się go wybornie.



Track lista

A - STRONA

01 - The Night (Original Mix)
02 - Get Closer (Voval)
03 - It's So Easy
04 - The Battle
05 - Bow And Arrow

B - STRONA

06 - The Wizard
07 - King Arthur
08 - The Magic Rain
09 - Guinnevere
10 - Lancelot
11 - On The Run

dodatkowo na werrsji CD

12 - The Sword Inside The Heart
13 - The End Of The Story
14 - The Night (Oliver Momm Club Mix)
15 - The Night (Oliver Momm Extended Radio Mix)

DODATEK WIZUALNY Z YOU TUBE

                               Valerie Dore - widzimy  Monice Stucchi a słyszymy  Dore Nicolosi

                    "The Sword Inside The Heart", czyli to czego mi brakuje na moim wydaniu.



piątek, 5 czerwca 2015

The Twins - Until The End Of Time (1984)


Czwarty album niemieckiego duetu The Twins ukazał się w 1984r i potwierdził duży talent tej formacji do komponowania chwytliwych melodii. Stylistycznie nie odbiega on od wcześniejszego albumu. Praktycznie jest jakby przedłużeniem tego wszystkiego co najlepsze było na "A Wild Romance". Album sprezentował nam podobnie jak poprzedni kilka przebojowych singli "The Game Of Chance", "Love In The Dark",  "Deep Within My Heart" , "I Need You",  Pozostałe kompozycje z powodzeniem mogłyby zasilić kolejne. Płyta bez słabych punktów. Z tego co pamiętam z lat 80tych płyta jako całość cieszyła się u nas w kraju już mniejszym powodzeniem. Single przewijały się w radiu i w klubach dyskotekowych, ale album jako całość cieszył się mniejszym zainteresowaniem niż poprzedni. Być może ogólnie w muzyce roku 1984 zaczynały zachodzić już drobnre zmiany i stąd to mniejsze zainteresowanie. Być może rozkwit Italo Disco osłabił pozycję tego duetu. Trudno się odnieść do tego, gdyż nasz kraj w 1984r zdominowany był nie przez przemysł płytowy, czy też nawet radio, a przez poszczególnych prezenterów radiowych. Wystarczyło, że żaden z zaledwie kilku takich guru radiowych nie lansował płyty i takowa praktycznie mało miała szans na zaistnienie. Zresztą dziś jest podobnie, tylko mechanizmy wyboru wydawnictwa są inne niż kiedyś.

Grupa wydała jeszcze póżniej w 1987r jeden album i po tourne promującym zawiesiła działalność na cztery lata, by wydać kolejną przebojową płytę. Póki co płyta "The Impossible Dream " z 1991r jest ich ostatnią , która zawiara materiał premierowy. Z tego co wiem to The Twins koncertują do dnia dzisiejszego a nawet powstają przymiarki do nagrania nowej płyty. Kilka lat temu miałem okazję obejrzeć ich koncert ze Szwecji z 2005r. Panowie w wersji live naprawdę wypadli na nim świetnie od strony muzycznej. Gdyby tak jeszcze sam koncert miał ładniejszą oprawę i nakręcony był z rozmachem byłby sporym wydarzeniem a tak dość monotonne ujęcia i mały ruch na scenie sprawiły, że pomimo doskonałej muzyki całość wizualnie wypada bardzo przeciętnie. Nie polecam więc tego DVD. Zachęcam jednak do sięgnięcia po płyty, bo muzykę przede wszystkim się słucha a nie ogląda. Polecam również sięgnięcie do wersji maxi singlowych bo stanowią one doskonałą alternatywę dla wersji znanych z albumu. Ocena "Until The End Of Time" nie ma prawa być niższa niż w przypadku "A Wild Romance". Pięć gwiazdek w pełni zasłużone.

Strona A

1. I Fell For You
2. The Game Of Chance
3. In My Broken Dream
4. Until The End Of Time

Strona B

5. I Need You
6. Love In The Dark
7. Deep Within My Heart
8. Fantasy
9. Talk To Me

===========================================================

Jako ciekawostkę dopiszę, że w 2014r miał być wydany album skłladankowy "The Twins - The Original Maxi-Singles Collection". Pomimo tego, że częściowo miał pokrywać się tytułami z płytą z lat 90tych, to materiał zawarty na niej miał być zupenie inny. Wersje specjalne, wydłużone i poddane remasteringowi. Płytę planowano wydać pod szyldem wydawniczym "Pokorny Music Solutions". Nie wiem dlaczego do tego nie doszło. Więści krążą, że Adam Pokorny nie otrzymał licencji na jej wydanie lub mu ją cofnięto. W necie również krąży informacja o rzekomym wyprzedaniu pierwszego nakładu. Na stronie Amazona figuruje ona cały czas jako niedostępna.(link) . Na okładkę wykorzystano znaną nam już wcześniej grafikę z maxi singla "Love System". Szkoda, gdyż wydawnictwo takie z uwagi na zainteresowanie ewentualnych nabywców jest  potrzebne, co da się odczuć przeglądając fora muzyczne. Poniżej fotka płyty, która się jak niesie wieść nie ukazała.. Fotka zapożyczona ze strony Amazon.com


Track lista tego "niewydawnictwa"

1. The Desert Place (Long Version) 6:00
2. Birds And Dogs (Long Version) 5:03
3. Face To Face - Heart To Heart (Special Dance Version) 5:01
4. Ballet Dancer (Club Mix) (Long Version) 4:50
5. Not The Loving Kind (12 Inch Version) 6:57
6. The Game Of Chance (Anvil-Club-Mix) 6:55
7. Love System (Re-recorded Dance Version) 6:32
8. Deep Within My Heart (Special Dance Version) 5:06
9. Love In The Dark (Special-Dance-Mix) 5:50
10. I Need You (12 Inch Version) 6:48
11. Hold On To Your Dreams (Club Mix) 6:25
12. Time Will Tell (Dance-Mix) 6:42
13. One Day (Extended Version) 5:53

Po prostu szkoda... tym bardziej, że Pokorny Music Solution potrafi naprawdę wydawać ładnie płyty. Przykład ? Chociażby cała seria 80's Revolution dystrybucja ZYX

Jeżeli mam niepełne lub nieprawdziwe informacje odnośnie tej płyty proszę o sprostowanie w komentarzach jak również czekam na wszelkie wieści o tym wydawnictwie. Może jednak...

sobota, 23 maja 2015

Uriah Heep - Innocent Victim (1977)




Nie jestem specjalistą od Uriah Heep. Zresztą cały hard rock traktuję bardzo wybiórczo. Sporo rzeczy nawet oczywistych być może nawet nie znam dobrze (co nie oznacza tego, że wcale). Absolutnie nie poczuwam się by oceniać tą muzykę czy recenzować. Fakt kilka płyt z tego kręgu uwielbiam. Nawet niektóre na tyle, by zaistniały na dobre w moim rankigu top 100 najlepszych płyt wszech czasów. Droga takich płyt do mojego seca jest jednak bardzo długa, więc trafiają tam płyty naprawdę wybitne. Uriah Heep w moim odczuciu z tego co do tej pory usłyszałem od tej formacji nigdy się do mojej głowy nie przebił, by mógł nawiązać choć w jakimś stopniu równą walkę z Rainbow czy Deep Purple (kto wie czy nie będzie u mnie weryfikacji poglądu tego). Oczywiście hity pokroju "Gypsy","Easy Livin'", "July Morning" czy "Lady in black" doskonale znam i ich wielkść jest niekwestionowana, ale reszta ? Dlacego więc się zabrałem za opis płyty w jakimś stopniu mi obcej. Pewnego dnia w rozmowie z kolegą wyznałem, że mam tylko jedną płytę tej grupy i to też przypadkowo, gdyż trafiła do mnie w prezencie od kogoś, który miał ją od kogoś, gdy jeszcze inny ktoś likwidował kolekcje. Co ciekawsze albumy dla mnie powędrowały do innych, a mi trafiło się kilka pozycji, tych mniej chcianych przez poprzedników. (Dorwali się do skarbów wcześniej). Wśród tych "resztek" znalazł się "Innocent Victim" Uriah Heep. Kolega ten wiedząc, że prowadzę bloga zaproponował bym napisał coś o tej płycie tak z pozycji człowieka nieuwikłanego w ogólnoświatowy nurt wyznawców hard rocka. Zanim przejdę do płyty zaznaczę tylko, że pomimo tego, że nie jestem wielkim znawcą tej grupy, nie oznacza tego, że nic nie wiem. W końcu żyję między ludźmi, czasami jakąś gazetę również przeczytam. Do tego jak coś gra to ja to słyszę. Uzbrojony w chęć napisania czegoś o tym albumie spędziłem przy nim kilka wieczorów, tak by sobie go jakoś bardziej utrwalić. Kilka refleksji, kilka spostrzeżeń, kilka wniosków się pojawiło. Tak więc do dzieła.

Album jak się okazuje (wiedza z wikipedii) najbardziej spodobał się w Niemczech oraz w Nowej Zelandii. Na ile Niemców zachwycił w całości a na ile sam singiel z niego pochodzący to już osobna kwestia. Fakt jest taki, że sprzedał tam się najlepiej. Był to już 11 album tej grupy a drugi po dość znacznej zmianie składu, gdy Byrona na wokalu zastapił John Lawton. Pierwsza refleksja dotycząca całej zawartosci muzycznej po przesłuchaniu nasuwa mi się taka. Czuć, że jest to rok 1977 i to, że panowie już przez kilka dobrych lat nagrali się hard rocka na tyle, że stwierdzili czas się odświeżyć i przy okazji znaleźć własną najlepiej nową drogę do sukcesu. Dlatego ta płyta jest bardzo zróżnicowana stylistycznie. Mamy tu typowe Uriah Heep z wcześniejszego okresu, ale mamy również kompozycję, gdzie wkręcono do aranżu kilka zabiegów zaczrpniętych z muzyki funk. Panowie oprawili go w swoją stylistykę, więc nie rzuca to się w sposób jawny. Ucho moje je jednak wychwyciło. Przykładem jest tu "Roller" gdzie w refrenie mamy typowy rock ale co do zwrotek to przy zmianie instrumentów spokojnie mogło by zabrzmieć to wszystko nawet jak funky disco. W otwierającym "Keep on Ridin'" spotkamy nawet chórki gospel. Największy hit z tej płyty "Free me" również jakby pochodził z innej bajki. Ale z tego co kojarzę z pozostałej twórczość tej grupy jest to pewną normą. Jak się bowiem ma inny przebój tej grupy "Lady in black" stylistycznie do obrazu grupy hard rockowej ? "Free me" to typowy radiowy przebój stonowany stylistycznie jak na możliwości zespołu. Ma wszystko co powinien mieć. Dobrą wpadającą w ucho melodię, chwytliwy refren, delikatny pazur rockowy i gdyby nie tekst spokojnie można by go zaliczyć do muzyki pop. Swego czasu mocno eksploatowany w radiu. Gdybym wcześniej nie słyszał utowrów tej grupy typu "Gypsy", "Easy Living" to miałbym w głowie fałszywy obraz stylistyczny tego co ta grupa potrafi zagrać. Dużo na tej płycie jest akustycznej gitary i to nawet w utworach dość dynamicznych. Porządny hard rockowy czad mamy dopiero w czwartej kompozycji "Free 'n' Easy" i to jest taki smaczek typowy dla mojej wizji tej grupy. Riff może nie tak nośny jak przy "Gypsy" ale gitary w nim naprawdę "chodzą" w szlachetnym hard rocku. Wtopiono w tą płytę również prześliczną balladę "Illusion", taką płynną, miejscami senną z kojącą solówką typu "płacząca gitara Claptona" Jest to jedna z najładniejszych kompozycji dla mnie na całym albumie. Za te najładniejsze uważam jednak dwa kończące album "The Dance" oraz "Choices'". Są to dla mnie dwie perły absolutne, których prawdopodobnie nigdy bym nie poznał, gdyby ta płyta nie trafiła w moje ręce. Czasami tak jest, że omijamy dobre albumy i dopiero w chwili gdy stają się naszą własnością i możemy ich posłuchać w spokuju i we właściwej chwili stają się dla nas dobre, później piękne aż wreszcie rewelacyjne.Jest to jedyny album tego zespołu, który znam w całości. Pomijam ostatnie dwa z ostatnich lat, bo trochę je liznąłem, zachęcony audycją w radiu. Dlatego trudno mi się odnieść jak on wypada na tle innych z okresu Byrona. Na odbiór tego albumu spory wpływ ma u mnie również to, że nie jestem skażony tym wczesniejszym wokalistą. Przez to tej płyty po prostu słucham a nie odnoszę się stale do porównań. John Lawton jawi mi się doskonale i absolutnie nie brakuje mi na tym albumie głosu Byrona. Na tle roku 1977 w muzyce hard rockowej wypada on według mnie bardzo dobrze. Z pewnością nikt nie powinien zarzucić temu albumowi kopiowania Purpli ani Rainbow.Płyta dla mnie nie jest doskonała, ale uczciwie przyznaję, że to jedna z takich, która potrafi zyskiwać z każdym kolejnym przesłuchaniem. W mojej ocenie daję tej płycie trzy gwiazdki, czyli album dobry, godny polecenia. Dodatkowo plusik za okładkę. Edycja compact disc jest poszerzona chyba o kilka kompozycji.

Dzięki Andrzej za mobilizację do tego, by coś o niej napisać. Dzięki temu z płyty,  którą uważałem za dobrą zrobiła się dla mnie bardzo dobra. Kto wie czy to nie początek jakiegoś bliższego romansu z innymi wydawnictwami tej grupy. Najsłabsze chwile tego albumu dla mnie to "Flyin' High" oraz otwierający "Keep on Ridin'". Do reszty nie da się przyczepić w żaden sposób, a takie kompozycje jak "Illusion", "The Dance" czy "Choices'" to po prostu sama słodycz słuchania. Czyżby pora przyszła u mnie na Uriah Heep ?

Strona A

01. Keep on Ridin'
02. Flyin' High
03. Roller
04. Free 'n' Easy
05. Illusion

Strona B

06. Free Me
07. Cheat 'n' Lie
08. The Dance
09. Choices

Uriah Heep - Iluusion

piątek, 22 maja 2015

The Twins - A Wild Romance (1983)


The Twins to zespół niemiecki (dokładniej z Berlina), który wypłynął na szerokie wody za sprawą nurtu new romantic i większość ludzi których znam w tej przegródce muzycznej tą grupę lokalizują. Na ile w tej grupie nowy romantyzm był "przesłaniem" a na ile modą w owym czasie na syntpop to już osobna kwestia i nie tym będę się zajmował omawiając trzeci album tej grupy. "A Wild Romance" był moim pierwszym zetknięciem z tym duetem i z tego co pamiętam był wtedy pierwszą taką (synthpopową) płytą, pomijając płytę "Catch as catch can" Kim Wilde, którą lubiłem w całości. Kolejne wielkie płyty syntpopowe dopiero miały się pojawić w rok później. Na rynku owszem królował też album Depeche Mode, ale wtenczas jakoś nie trafiali oni do mnie całościowo. The Twins za to od pierwszego dźwięku do ostaniego kupili mnie całkowicie. Pierwsza moja styczność z tą płytą to lista przebojów prograu trzeciego i piosenka "Love system". Szczęśliwym trafem w szkole miałem kolegę, który posiadał winyla tak więc szybko stałem się posiadaczem dobrze nagranej kasety z tym materiałem. Kupno płyty było w owym czasie zupelnie poza zasięgiem mojego budźetu. Mimo, że bardzo ceniłem tą płytę dopiero całkiem niedawno wszedłem w jej posiadanie. Tak się jakoś złożyło, że zawsze zamiast tej płyty wydawałem pieniądze na inną, odkładając jej zakup na ciut później. Po cichu też liczyłem, że trafię ją kiedyś w komisie. Niestety. Lata mijały a w komisie ona nie bywała. Nawet szukając jej na Allegro trafiałem na nią rzadko a jeżeli i nawet była, to jej cena według mnie przekraczała mój zdrowy rozsądek. Tak mijały lata. W końcu mam ją i mogę dzięki temu coś o niej napisać (w myśl zasady, że opisuję tylko te płyty, które mam na półce).

Album "A wild romance" jest zdominowany przez brzmienie syntezatorów i elektronicznej perkusji. Trudno w nim się dosłuchać jakiś tradycyjnych instrumentów. Co w tamtym czasie cechowało bardzo niemiecki synthpop. Pewnie za sprawą Krawtwerk. Stylistycznie niebezpiecznie panowie balansują tu muzycznie w pobliżu brzmienia disco rodem z Włoch. Zresztą chyba głównie dlatego w kraju słonecznej Italii zespół miał największe wzięcie. Dlatego też zapewne spora grupa słuchaczy, zwłaszca tych ortodoksyjnych fanów new romantic ma problem w zaklasyfikowaniu zespołu do tego nurtu. Na płycie trzy utwory wybijają się w sposób szczególnie przebojowy. Są to otwierający całość "Love system", zaraz po nim "Ballet Dancer" oraz w drugiej odsłonie ze strony B "Not The Loving Kind". Każda z nich odwiedziła parkiety naszych polskich dyskotek ale i nasze radio nie szczędziło im miejsca w eterze.Mylnie by ktoś sądził, że pozostałe kompozycje są już gorsze. Absolutnie nie. Po prostu te trzy dominują przebojowością. Pozostałe piosenki w miejsce chwytliwych rytmów oferują nam wysmakowany materiał muzyczny nafaszerowany niebanalnymi pięknymi melodiami i aranżem, jaki mógł powstać tylko w 1983r. Ani wcześniej ani później już tak się nie grało.Tekstowy motyw przewodni całego albumu, to relacje uczuciowe pomiędzy dwojgiem ludzi rozpatrywane w różnych kontekstach.Charakterystyczny wokal połączony z brzmieniem stworzył wyrazisty muzyczny styl zespołu. Trudno tą grupę pomylić z inną.Na albumie zamieszczono 13 kompozycji. Każda z nich to materiał przebojowy bez słabego punktu. Znaleziono również miejsce na utwór instrumentalny jakim jest "Criminal love". Jeżeli miałbym doszukiwać się słabszego fragmentu to wskazalbym właśnie tą kompozycję, ale byłoby to już czepianie się na siłę. Album sprawił, że grupa The Twins stała się niezykle popularna. Pomimo tego, że kolejne wydawnictwa grupy nie były gorsze, to już nie odniosły takiego sukcesu. Widać, że akurat "A Wild romance" wstrzelił się idealnie stylem w główny nurt muzyczny roku 1983r. W moim prywatnym rankingu płyta zajmuje 55 miejsce w topie wszech czasów. Omawiałem ten top w zeszłych miesiącach na blogu. Wtedy w opisie napisałem "Zespół o rodowodzie nowych romatyków sprowadzony po tej płycie w opini ogólnej u ludzi do gwiazd disco (w naszym kraju określenie Disco nie nobilituje niestety), Popularność czasami szkodzi, bo jak coś jest za ładne to należy to szybciutko zgnoić. Jedna z najlepszych płyt synthpopowych wszech czasów. Doskonała produkcja. Rewelacyjne brzmienie. Doskonałe wyczucie melodii . Tą opinię podtrzymuję i zachęcam każdego do słuchania tej muzyki. Jeżeli kiedykolwiek ktoś miałby definiować muzykę lat 80tych to właśnie tą płytą powinien tłumaczyć co to jest sythpop. Moja ocena tej płyty to aż pięć gwiazdek.

Strona A

01 - Love System
02 - Ballet Dancer
03 - A Wild Romance
04 - Private Eye
05 - Facts Of Love
06 - Criminal Love
07 - A Little More Alive

Strona B

08 - Not The Loving Kind
09 - Must Have Her Back
10 - Why Don't You
11 - Men Of Destiny
12 - Between The Woman And You
13 - Heaven In Your Smile

Szewczyk zaszufladkował ich jako disco - ale cóż się dziwić. Nigdy nie należał do najbardziej lotnych dziennikarzy muzycznych. Poniżej dzięki You Tube można obejrzeć występ The Twins na festiwalu
 w Sopocie. Wystąpili jako gwiazda w 1984r


Dopóki link żyje umieszczam go u siebie na blogu. Miła podróż do czasów młodości

środa, 20 maja 2015

Jestem naiwny


Jestem naiwny, niemyślący i całkowicie pozbawiony odpowiedzialności obywatelskiej.A wszystko dlatego, że marzy mi się Utopia. Telewizja na trzech dominujących kanałach nic innego nie robi od tygodnia, tylko uczy mnie myślenia. Chcąc nie chcąc oglądam to co się w niej dzieje, bo jako rasowy obywatel odczuwam potrzebę bycia Polakiem.Być może chcę zbyt wiele. Być może żyję w oderwanym od rzeczywistości świecie i absolutnie nie rozumiem praw rządzących obecnym światem. Przywykłem już do tego, że próbuje się zrobić ze mnie idiotę. Dopóki wydaje się wszystkim, że się to udaje, a ja mimo wszystko traktuję siebie nadal jako niezależnego odbiorcę, wszystko jest OK. Nigdy nie miałem złudzeń, że propaganda jest silną bronią. To ona dała władzę swego czasu tym co sprawili, ze historię w XX wieku mieliśmy ciekawą. Oczywiście nie przyrównuję tu obecnych sytuacji do tamtej a jedynie wskazuję mechanizm. Polityka i  przekonania już dawno ustapiły miejsca obrazkom kreowanym przez media.W Rosji Putin ma 90 % poparcia w społeczeństwie. Jest to dla nas Polaków niezrozumiałe. Nikt przecież nie uważa, ze w tych 90% są stylko ludzie bezrozumni.Co ma jednak myśleć Rosjanin skoro do dyspozycji ma telewizję o jednym profilu a wszelkie informacje pochodzące z zewnątrz trakrtowane są jako "działania nieprzyjacielskich służb". Wierzy w to co słyszy. To co obecnie dzieje się w mnediach polskich już nie dziwi a wręcz przeraża. Dzienniki przestały podawać fakty a zajęły się od razu komentowaniem. Ilość przymiotników używanych podczas wiadomości przeraża. Doszło do tego, ze sam news jest mało istotny. Ważniejsze są kometarze po nim następujące. Dość mam socjologów którzy po debacie tłumaczą mi jak mam rozumieć usłyszane słowa. Dość mam celebrytów mieszających się ze swoim poparciem do polityki. Dosć mam tych wszystkich gierek w wykorzystywaniu ludzi uzależnionych finansowo od tych których popierają. Dość mam filtrowania wiadomości pod względem tego komu się przysłużą. Polak nie ma prawa mieć własnego zdania.Program "Big Brother" swego czasu udowodnił, że z byle kogo jest wstanie w kilka tygodni zrobić gwiazdę. Wczoraj miałem trochę czasu i spędziłem go głównie przy telewizorze. Przerzucałm tylko kanały pomiędzy czterema stacjami. Trzy z nich reprezentowały obóz władzy a jedna opozycji.Różnica w materiałach nadawanych była w 100 % różniąca się. Tak jakby obie telewizje były z innych światów. Obie podawały tylko fakty prawdziwe, dodam, że wybrane przez siebie. Obie zupełnie inaczej komentowały rzeczywistość. Doszedłem do jednego wniosku. Dajcie mi dwóch prezesów telewizji a z każdego uczynię prezydenta.Myślicie, ze jesteście odporni na manipulacje ? Nie , nikt nie jest w tym i ja. Tylko, że ja mam tego świadomość a większość nie. Powiem nawet więcej. Ludzie nie dostrzegają swojej hipokryzji. Narzekają na swój byt ale przekonania mają ukierunkowane na tych co im ten byt ograniczają. Uważam, ze gdyby w carskej Rosji w 1917r była telewizja to Lenin nie miałby szans na rewolucję bo na Cara by głosował każdy wieśniak i robotnik. Osobną kwestią jest subiektywne odczucia każdego. To co mówi telewizja to autorytet.To co usłyszano w radio to także prawda absolutna. To co powie jakiś profesor to również autorytet bo kto jak kto ale człowiek mądry to pewnie wie. Obserwuję to wszystko już trochę z boku. Boli mnie, że w takim kraju nie ma już wolności mediów, gdyż każde ma właściciela i służalczo wypełnia zadanie. Bardziej martwią mnie jednak ludzie, którzy sami nakręcają się na te rozgrywki, które nie mają znaczącego wpływu na ich byt. Jeżeli kiedyś miałem jeszcze złudzenia to obecnie już się rozwiały. Żyjemy w czasach, gdzie rację ma tylko ten kto ma telewizję na swoich usługach.

PS. Przepraszam czytelników za moją opieszałość w pisaniu bloiga ale .. choroba w rodzinie.... niedawny wypadek itd... ale idzie ku lepszemu i niebawem ponownie o muzyce..

Dopisek nocny... by przekaz był wybitnie czytelny. Powstał wpierw jako komentarz ale myślę ,że jego miejsce jest w tekście głównym.

Gdyby tylko człowiek wiedział, która opcja polityczna jest faktycznie właściwa ? Nie wiem czy z tekstu, który napisałem wyłania się bezstronność, więc dodam. Te manipulacje powstają na równi z jednej i drugiej strony. Nie ma tu świętości. Bardziej widoczne są może u niektórych, z powodu powszechności pewnych stacji... ale poziom manipulacji nie odbiega jakościowo i w tych z mniejszym polem rażenia. Nie wierzę politykom. Nikt tam nie funkcjonuje w celu pełnienia misji dla ojczyzny i obywateli. Tam się idzie tylko z powodu kasy (na początku) lub dla władzy i budowy swojego ego. Polityka to forma samorealizacji dla zadufanych w sobie gnojków i społecznych cwaniaków. A to po której stronie tej sceny się stoi zależy nie od poglądów, ale od tego w której partii było miejsce wolne. Programy partii zaś to nic innego jak wymyślone idee pod które tworzyć można sobie dowolne legendy.

środa, 25 marca 2015

Gianna Nannini - siedem naprawdę dobrych płyt (1979-88)


Gianna Nannini u nas w Polsce jakoś nie zabłyszczała. Do świadomości przedarła się dopiero w roku 1990 za sprawą piosenki "Un'estate italiana" będącej wizytówka muzyczną Mundialu we Włoszech. Być może wcześniej przelotnie pojawiały się jakieś jej single u nas w radio ale o popularności na miarę innych włoskich wykonaców mogła ona tylko u nas pomarzyć.W samej Italii Gianna Nanniny była bardzo popularna a obecnie należy do ich popkulturowych ikon. Od razu przyznaję się, że i mnie jej dokonania artystyczne przez lata były obojętne. W końcówce lat 90tych może z dwie piosenki doceniałem, Kolejna dekada również nie przyniosła zmiany. Pewnego rodzaju olśnienie doznałem w chwili, gdy w prezencie w postaci kilkunastu płyt (ktoś robił porządki na strychu) znalazł się jej album z 1984r "Puzzle". Wpierw wydał mi się on tylko intrygujący ale z każdym kolejnym odsłuchem coraz bardziej zyskiwał w moich uszach. Przyłapałem się na tym, że jak na artystkę mało docenianą przeze mnie słucham jej nad wyraz często. Lody należało więc przełamać do końca. Skorzystałem z dobrodziejstwa internetu i zapoznałem się z jej większością płyt. Traf sprawił, że odnalazłem je wszystkie w jednym komisie (wiadomym) i nabyłem ku swojej radości. Gianny słucham już od dwóch miesięcy non stop a z płyt od dwóch tygodni. Wyrobiłem sobie już jakiś pogląd i postanowiłem trochę przybliżyć jej twórczość miłosnikom lat 80tych. Recenzje nie będą zbyt obszerne (o ile w ogóle to traktować jako recezję można) ale prawdopodobnie i tak staną się póki co jedynymi takimi opisami w polskojęzycznej przestrzeni internetu. Będą one dość subiektywnie podbarwione emocjami, gdyż do muzyki typu "Włoszczyzna" mam sentyment od początków lat 80tych. W zasadzie w kolejce od dawna oczekują na opis tutaj płyty artystów pokroju Ricchi e Poveri, Toto Cutugno etc.. No cóż... rozpocznę od Gianny Nanniny bo to akuarat u mnie najświeższa potrawa muzyczna a wiadomo "świezynki" cieszą najbardziej.

Gianna Nannini - California (1979)


To jej trzecia płyta ale po prawdzie pierwsza która zaistniała. Przyniosła jej wielki hit "America", który obecnie trochę zakurzył się. Wtedy jednak był sporym hitem.Ten album to jeszcze wydanie Gianny Nanniny w wersji rockowej.Oczywiście ten jej rockowy pazur traktować należy w kategori "light".Płyta jest dość krótka bo zaledwie trwa 37 minut i zawiera siedem piosenek. Otwiera ją wspomniany dynamiczny utwór "America".Druga kompozycja to rasowy blues "California". Jedna z głównych ozdób tej płyty. Na uwagę zasługują też "Sognami" i zamykająca całość piosenka "Lei". Z uwagi na wokal artystki płyta broni się doskonale. Płyta bardzo dobra. Moja ocena to trzy gwiazdki. Album mało doceniany a zasługujący na uznanie a juz na pewno na poznanie.

01 - America
02 - California
03 - Good Bye My Heart
04 - Io E Bobby McGee
05 - Sognami
06 - la Lupa E Le Stelle
07 - Lei

Gianna Nannini - California

Gianna Nannini - G.N  (1981)



Dalsza odsłona rockowego pazura Gianny. Ten album nie przyniósł sukcesu i brak na nim jakieś wyrazistej kompozycji choć smaczków na niej nie brakuje. Na pewno zaliczyłbym do nich balladę "Uo-Uo" ma ona coś w sobie z klimatu "Latarni" Neny. Kolejna perełka to "Autostrada" ale bez fajerwerków. Płyta ponownie bardzo krótka, taka wręcz czasowo wczesno beatlesowska czyli 31 minut. Album z uwagi na wspomnianą balladkę zyskuje ale jest to jedna ze słabszych pozycji od tej artystki. Niemniej jest intrygującaz uwagi na specyficzny wokal Gianny i głowy nie dam, że kiedyś nie zyska u mnie ona bardziej przychylnej noty. Póki co moja ocena to tylko dwie gwiadki.

01 - Vieni Ragazzo
02 - Nessuna Direzione
03 - Bi Bip
04 - Uo-Uo
05 - Occhi Aperti
06 - Autostrada
07 - Come Un Treno
08 - Stop

Gianna Nannini - Uo-Uo

Gianna Nannini - Latin Lover (1982)


Na tym albumie Nannini w dalszym ciągu porusza się w stylizacji rockowej. Płyta trochę nijaka.Ponownie brak tu jakiegoś przeboju, który by pociągnął całość do przodu. Najkorzystniej wypadają dwie zamykające album piosenki "Amore, Amore" i " Volo 5-4". Ocena moja podobna do poprzedniczki, czyli jedyne dwie gwiazdki. Niektóre piosenki jak chocby tytułowa nagrane zostały na koncercie. Z uwagi na dwie wspomniane kompozycje warto mieć tą płytę na półce. Dodam informacje, że pomimo tego,że był to jej juz piąty album Gianna Nannini sukcesu poza drobnym singlem z piosenką "America" jeszcze w tym 1982r nie osiągnęła. Moim zdaniem trochę za dużo na tym albumie muzycznego bałaganu. Prób nawiązania brzmieniem do stylistyki new romantic a razej dokładnie mówiąc new wave - próby oczywiście nieudane.

01 - Primadonna
02 - Wagon-Lits
03 - Ragazzo Dell'Europa
04 - Latin Lover
05 - Fumetto
06 - Carillon
07 - Amore Amore
08 - Volo 5-4

Gianna Nannini - Puzzle (1984)


Na tym albumie mamy juz tą wspaniałą przebojową Giannę Nanniny. Rockowy pazur na niej jeszcze pozostał ale reszta to już typowy przebojowy włoski pop. Zawiera ta płyta jej jeden z największych przebojów "Fotoromanza" ale otwierający całość "Kolossal" ma prawo nawet podobać się bardziej. Przynajmniej tak jest u mnie.Od tej płyty pojawiła się moja znajomość jej muzyki.Wcześniej znana mi ona była bardziej jako nazwisko przewijające się w różnej zachodniej prasie muzycznej. Na uwagę zasługują z tego albumu jeszcze "Ciao" oraz rock n rollowy "Siamo Ricch". Pozostałe piosenki są powiedzmy poprawe i nie powodują, że chcemy je pominąć przy słuchaniu. Plyta ponownie bardzo krótka bo zaledwie ponad 30 minut i zmieszczono na niej osiem piosenek. Ocena aż trzy gwiazdki, bo to pozycja z takich, które zyskują przy każdym kolejnym odsłuchu.

01 - Kolossal
02 - Fotoromanza
03 - L'Urlo
04 - Siamo Ricchi
05 - Ciao
06 - Fiesta
07 - Ballami
08 - Se Vai Via

Gianna Nannini - Fotoromanza

Gianna Nannini - Profumo (1986)


Bez wątpienia jest to najlepsza płyta tej artystki. Praktycznie same piosenki o potenciale przebojowym.Owiera płytę "Bello e impossibile" mega hit tej pioenkarki,zamieszczany chyba na wszystkich składankach z muzyką włoską. Kolejna piosenka to tytułowa "Profumo" wspaniała klimatyczna ballada. Perła będąca w cieniu utworu wcześniejszego ale to ona na tym albumie lśni blaskiem najwięszym. Trzecia piosenka i kolejna odsłona albumu "Come una schiava". Klimat gorącej hiszpani i wspaniałe wykorzystanie trąbek i chórków. Trzy pierwsze piosenki na tym albumie wysłuchane i mamy trudność w zdecydowaniu która z nich jest lepsza. Jeśli ktoś mysli, że to wszystko to pomyli się, bo słuchamy czwartej "Gelosia" i problem z wyborem nie mamy już z trzema piosenkami a z czterema."Gelosia" to kolejna wspaniała ballada i przepiękną melodią i doskonałą interpretacją. Piąta kompozycja "Seduzione" i kolejny mocno wbijający się w pamięć kawałek. Niemniej przebojowy od wcześniejszych. Po nim zaś czas na kolejną perłę "Quale amore". To typowy włoski wyciskacz wzruszeń."Avventuriera", czyli kolejna pozycja przypominanam, że Gianna to jednak rockowa dusza. Piosenka z pazurem i pewnie na wcześniejszych albumach byłaby wielką ozdobą, bo i energia i melodia dobre, a tu po prostu jest i tyle. Album kończą dwie piosenki. Dodam doskonałe "Quante mani" oraz "Terra straniera". Zwłaszcza ta druga przypadłami do gustu. Ten album to jeden z najlepszych albumów włoskich wszech czasów. Doskonale melodyjna, przebojowa. Świetnie wyprodukowana. To po prostu "pełną gębą" muzyka italo pop roku 1986. Ocena cztery gwiazdki w pełni zasłużona. Gorąco polecam.

01 - Bello e impossibile
02 - Profumo
03 - Come una schiava
04 - Gelosia
05 - Seduzione
06 - Quale amore
07 - Avventuriera
08 - Quante mani
09 - Terra straniera

Gianna Nannini -  Come una schiava

Gianna Nannini - Maschi E Altri (1987)


Płyta z serii "The Best of". Jest na niej większość z tego co fajne u Gianny Nannini. W zasadzie są wszystkie przeboje. Brakuje może kilku perełek wyszczególnionych w opisach wcześniej ale uczciwie pisząc to ta  składanka  to materiał w 100% złożony z jej hitów. Nie śledziłem nigdy wcześniej a tym bardziej teraz nie sprawdzałem jak jej piosenki radziły sobie na listach przebojów ale domyślam się, że we Włoszech trochę zawirowania spowodowały. Największą ozdobą na niej to "I maschi", której wcześniej nie przyuważyłem na jej płytach. Prawdopodobnie jest premierą na tym albumie. Podobnie z piosenką na stronie B - "Bla Bla". Całość otrzymuje ode mnie ocenę trzy gwiazdki i to wpełni zasłużone. Płyta dobra dla kogoś kto chce mieć ją w takiej pigułce nie koniecznie wypełnionej w 100% wszystkim fajnym co nagrała.

01 - I Maschi
02 - Profumo
03 - America
04 - Ragazzo Dell'Europa
05 - Avventuriera
06 - Bello E Impossibile
07 - Bla Bla
08 - Vieni Ragazzo
09 - Latin Lover
10 - Fotoromanza

Gianna Nannini -Profumo

Gianna Nannini - Malafemmina (1988)


Ta płyta to jakby kontynuacja albumu "Profumo". Urocza do słuchania.Praktycznie każda kompozycja miła dla ucha pod względem aranżu i melodii. Perełki na niej ?  Oczywście są : "Un Ragazzo Come Te"- spokojna ballada. Kolejna ? "Time Lover" - ta trochę (mocno trochę) kojarzy się z przebojem Billy Idola "Dancing with myself". Tych smaczków miłych dla ucha jest tu naprawdę sporo, choć w stosunku do "Profumo" jest bardziej refleksyjnie a melodie chociaż nadal wspaniałe już nie tak przebojowe. Płyta zyskuje z każdy przesłuchaniem.Znam ją najsłabiej z tych o których tu piszę, bo mam w zwyczaju nie skakać z kwiatka na kwiatek a na razie wczesniejsze pozycje dominowały na gramofonie.Posłuchałem ją na tyle by móc wyrobić sobie zdanie, że jest to kolejna udana jej płyta. Ocena na pewno w okolicach trzech gwiazdek się jej należy.Jednym zdaniem ? Kolejny dobry album tej artystki, którą przez tyle lat omijałem nie zdając sobie sprawy ile tracę na tym braku obcowania.

01. Auto
02. Casablanca
03. Cuore Zingaro
04. Donne in Amore
05. Hey Bionda
06. Luci Rosse
07. Luna Dellest
08. Revolution
09. Time Lover
10. Un Ragazzo Come Te
11. Voglio Fare Lamore

Gianna Nannini - Time Lover

=========================================================

Jak widać ostatnie miesiące upływają mi w klimatach włoskich. Może i dobrze bo to bardzo słoneczna muzyka. Jak znam zycie i siebie to najbliższe tygodnie nadal wypełniać będą dźwięki ze słonecznej Italii co zapewne przełoży się na wpisy tu na blogu. Tym bardziej,że jak wspomniałem w kolejce czekają naprawdę słoneczne i przebojowe płyty.
Co do samej Gianny Nannini. Wierzę, że jeszcze nie jedna płyta wpadnie mi jej w moje ręce. W końcu po tych o któych tu wspomniałem artystka wydała jeszcze szesnaście albumów i to nie jej ostatniesłowo w twórczości. Gianna jest czynna i cały czas nagrywa i wydaje płyty. Ostatnia jej pozycja jest sprzed kilku miesięcy. Tak więc przede mną jeszcze sporo miłych doznań słuchowych od tej pani. Polecam wam tą artystkę - naprawdę warto. Zdaję sobie sprawę, że moje opisy to tak trochę "po łabkach" pisane ale co tu mądrego napisać o tym czego w zasadzie należy posłuchać.