środa, 26 lutego 2014

Sukces medycyny


Opiszę taką scenkę:

Profesor robiąc obchód oddziału szpitalnego wraz ze stażystami napotyka na korytarzu kobietę z dzieckiem. Dziecko ma około 11 lat. Leży na wózku szpitalnym. Całkowicie zależny ruchowo i werbalnie od swojej matki.. Profesor promiennie się przywitał z kobietą i jej dzieckiem. Wskazując na nie odezwał się do gromadki lekarzy stażystów. "To sukces współczesnej medycyny no i troszkę też nasz".

Dalszej rozmowy nie było słychać, gdyż jak to na obchodzie oddziału, dalsza sala i kolejni pacjenci. Słowa te  zabrzmiały dla mnie w połączeniu z widokiem skrzywdzonego przez los dziecka wyjątkowo dziwnie. Miałem okazję porozmawiać z kobietą, która po krótce przedstawiła mi historię choroby dziecka. By nie wchodzić w szczegóły napiszę tylko, że aż kilka razy szybka interwencja medyczna zapobiegła śmierci jej dziecka. Jego życie składa się głównie z pobytów w szpitalach i różnych terapii. Przeżył nawet nagłe zatrzymanie krążenia, które miało miejsce w domu. Pogotowie dokonału kolejnego "sukcesu medycyny" ale to zdarzenie spowodowało dalsze komplikacje (takie już na zawsze). Zanim dojechało i  podjęto RKO minęło sporo czasu i doszło do niedotlenienia mózgu. (przy NZK sporo czasu to nawet tylko cztry minuty)  

Oczywiście nie jest mi dane prawo dokonywać oceny zaistniałej sytuacji ale naszła mnie refleksja. Gdyby nie ta "współczesna medycyna" najprawdopodobniej dziecko nie przeżyło by samego nawet porodu (też wiem że były problemy). Później były kolejne sytuacje w których "medycyna" nie pozwoliła spokojnie umrzeć temu dziecku. My wszyscy wychowani w duchu wielkiego humanizmu nawet nie dopuszczamy do siebie mysli że można nie ratować życia. A cierpienie matki związane ze zdrowiem dziecka w takiej sytuacji to w opini otoczenia cnota. Katolicy pewnie odwołali by się nawet do Hioba. Tylko, że Hioba w końcowym efekcie docześnie wynagrodzono a tą kobiete równie spotka szczodry los ? Wyglądała mi ona na około 40 lat (a może życie z problemami ją tak postarzało) Raczej w tym wieku ponownie nie zdecyduje się na drugie dziecko. Tym bardziej, że dopóki żyje to chore to niemożliwym staje się opiekowanie niemowlęciem. .Do tego dochodzi obawa, że kolejne może okazać się równie chore. Ojciec dziecka po dwóch latach nie wytrzymał i zostawił kobietę z problemem. Kobieta zrezygnowała z kariery zawodowej, życia prywatnego i przez 24 godziny na dobę jest opiekunką, terapeutką, matką, pielęgniarką i to przez 11 lat.

Dziecko i tak dokończy żywota, bo "sukces medycyny" to licencja tymczasowa i z upływem wiosen bywa coraz mniej skuteczny. Jednak nowoczesna wiedza medyczna z pewnoscią jeszcze zagwarantuje tej kobiecie kilka lat tej "jej miłości" do swego dziecka tylko co dalej ? Kto tej kobiecie na starość pomoże, skoro po śmierci dziecka zostanie całkowicie sama ? Zadajcie sobie pytanie. Co by było, gdyby dziecko zmarło przy porodzie bo "sukces medycyny" by nie został osiągnięty ?  Żałoba,  może kilka miesięcy bólu i dalej normalne życie. Bo człowiek jest psychicznie silny jak musi. Prawdopodobnie kobieta by zdecydowała się na kolejne dziecko, które z dużym prawdopodobieństwem urodziło by się zdrowe. Fecet by jej nie zostawił. A jeżeli nawet to poznałaby innego - może lepszego. Kariera zawodowa, jakaś własna samorealizacja ? Życie by było życiem. Przypominało by takie jakie ma zapewne większość z nas. 

Być może nikt z nas nie mających takich problemów nie dozna takiej miłości od swojego dziecka jaką ona otrzymuje a w zasadzie domyśla się jej, bo jak napisałem dziecko posiada spore ograniczenia w okazywaniu czegokolwiek. Humanista pomyśli : szczytna idea, wręcz esensja człowieczeństwa. Odpowiem.  Może tak - wszak to idee wyznaczają standardy postępowań. Tylko dlaczego cierpienie traktuje się w tym wszystkim jako coś szlachetnego ? Dla mnie sukces medycyny jest jak ktoś był chory a dzięki niej jest w pełni zdrowy lub na tyle, że choroba nie przekadza w normalnym społecznym funkcjonowaniu.. 


piątek, 17 stycznia 2014

Sklep w Poznaniu z płytami


W końcu ktoś zauważył i chć na portalu Poznań nasze miasto zamieścił kilka słów. Korzystam z tego sklepu więc z całą powagą polecam go innym. Nie boję się przy tym, że ktoś mi coś z przed nosa sprzątnie bo i tak mam specyficzny gust i omijam płyty zbyt dobrze znane a te wszak sa najczęściej kupowane. Zwiększenia cen też się nie boję, bo rynek szerszy to reguluje niż pojedyńczy sklepik. Poza tym jeżeli wyginą zbieracze płyt to również wraz z nimi zginą kolecje płyt a ich wartość spadnie do zera. Dlatego propagujmy kupowanie płyt, bo dzięki temu pozyskamy kolejnych fanów a oni zapewnią ciągłość dla wartości naszej kolekcji.. Polecam wszystkim wpaść na portal naszego miasta Poznania i poczytać. Oto link bezpośredni: 


Zdjęcie zamieszczone pochodzi ze strony z artykułem. Proponuje pani Agnieszce Goździejewskiej autorce tego reportażu by pokusiła się o szerszy artykuł i pokazała całe piękno tej pasji jaką jest kolekcjonerstwo płyt. 

Double - Blue (1985), Dou3le (1987)


Płyta, którą dzisiaj opisuje przeleciała jakoś bokiem w tym 1985r. Może wtedy nie był to dobry okres dla takiej muzyki.Z drugiej strony gdyby na to spojrzeć z perspektywy mody na róznorodności tamtego okresu to w końcu kiedy był dla niej czas dobry, jak nie własnie w latach 80tych ? Co do samego zespołu to w pamięci większości utkwił zapewne tylko singlowy hit "The Captain of Her Hear", pochodzący z tego albumu. Obił się on na chwilę o listę przebojów trójki, później w podsumowaniu roku w programie Peters pop show (produkcji telewizji niemieckiej. U nas prezentowany we fragmentach w sylwestra) zagrali ten kawałek w towarzystwie pop gwiazd roku 1985 i ślad się urwał. Myślę, że po kilku miesiącach większość zapomniała ten kawałek. Do łask wrócił w okolicach połowy lat 90tych za sprawą składanek płytowych zawierających przegląd piosenek z lat 80tych. Sporadycznie też dało się go usłyszeć w radiu. Grupie Double przeczepiono łatkę zespołu jednego przeboju. Czy sprawiedliwie ? Myslę, że tak ale twórczość Double to muzyka kierowana do innego odbiorcy niż fan top hits. Pewnie, że sukces komercyjny jest dla artytów sprawą ważną bo artyzm artyzmem a zapłacić za prąd trzeba ale panom Kurcie Maloo i Felixie Haug widać bardziej po drodze było ze swoją muzyką niż z "zapotrzebowaniem rynku". Ile w ich muzyce jest z popu a ile z jazzu lub rocka ocenić może tylko ten kto posłucha przynajmniej kilka razy tej płyty. Płyta jak na silnie zabarwioną jazzem jest wyjątkowo łatwa w odbiorze. Zdecydowanie jej klimat to wieczór i elegancka kolacja. Tak przymiotnik "elegancki" idealnie pasuje tu do opisu tej muzyki. Wszędobylska eletronika lat 80tych tutaj mimo, że występuje nie przytłacza. Kompozycje z pewnością zabrzmiały by równie świetnie, gdyby użyto tylko instrumentów akstycznych. To jest siła, która pozwala Kurtowi do teraz na swoich koncertach grać repertuar z tej płyty i to nie koniecznie na zasadzie odcinania kuponów od wcześniejszych sukcesów. Gdybym miał osadzić stylistycznie ten zespół (w zasadzie duet) między innymi wykonawcami z lat 80tych to położyłbym go na tej samej półce co Bonnie Bianco, Basia Trzetrzelewska, no i częściowo może nawet Black. 


Kilka teraz banałów bo w końcu młodzież może to czytać. Zespół Double nawet na rynku europejskim był pewną egzotyką pochodzeniową. Mało artystów wypłynęło ze Szwajcarii pomimo tego, że to środek muzycznej Europy (wiem, wiem... padną zaraz przykłady Lacrimosa, Krokus czy pop stars D.J. Bobo... ale poza tym już nie wiele da się wymienić tak z pamięci) Zespół tworzyli głównie Kurt Maloo oraz Felix Haug. Sami komponowali i aranżowali swoje utwory. Jako zespół Double wydali tylko dwie płyty poprzedzone tzw Epką.Po rozwiązaniu grupy Kurt poszybował sobie w kierunku muzyki niszowej. Wydał nawet jakieś solowe płyty ale nie słuchałem ich więc pominę ten wątek, zaznaczając tylko sam fakt takiej jego działalności. Felix Haug zaś z powodu chorego serduszka opuścił świat w 2004r. To w zasadzie wszystko co można się dowiedzieć czytając to tu, to tam o tej grupie.

Czas napisać kilka słów o zawartości płyty "Blue" . Otwiera go jeden z czterech singli promujących całość "Woman Of The World". Trąci on rytmem Bossa Nova czyli dość rześko rozpoczyna się ta płyta ale w połączeniu z leniwym wokalem Kurta (dodam, ze wspaniałym i ciepło brzmiącym, trochę pod Blacka- tego od Waonderful life) studzi całość nie dając się kompozycji rozpędzić. Kapitalnie wyorzystali w tej kompozycji trąbki. Druga kompozycja nieco w kierunku tanecznym zaaranżowana.Świadczy o tym choćby rytm przeniesiony prosto z sal dyskotekowych połowy lat 80tych. Oczywiście rytm to nie wszystko. Okraszenie perkusji jazzującym pianinem oraz saksofonem dało tej piosence bardziej charakter muzyki do słuchania. Ale pokiwać się można zawsze.Zaraz po niej jest dzieło wybitne z którego każdy kojarzy zespół "The Captain of Her Heart". Przepiękna ballada zaśpiewana z feelingiem jazzowym a całości uroku dodaje motyw grany co jakiś czas na fortepianie. Niby to tylko 16 nut ale sprawiły one że piosenkę zapamiętuje się od razu. Stronę A płyty zamyka kolejny singiel "Your Prayer Takes Me Off". Słaba według mnie rzecz i trochę nawet mnie męcząca . Druga strona za to już cieszy uszy klimatem swingującym. Mamy na niej kolejne cztery kompozycje z któych absolutnie wyróznia się urodą zamykająca piosenka "Tomarrow". Zresztą lansowana jako ten ostatni z niej singiel.

Double -  The Captain of Her Heart - 1985 


Dla kogo jest ta płyta ? Głównie dla tych którzy nie szukają w muzyce banalnosci. Uwielbiają ciepło brzmiące wokale, klimat przyciemnionych lokali, dźwięk pianina, saksofonu czy nawet trąbki. To muzyka z duszą, tworzona na rynek z muzyką popularno - rozrywkową, ale przemycono do niej trochę "niszy". Te smaczki jazzowe nie zaczkodziły. Twierdzę nawet że dodały pewnej oryginalności całości i to one czynią z tej pozycji album wyjątkowo dobry i mało powtarzalny.



Uzupełnię wpis jeszcze o kilka zdań na temat kolejnego albumu tego zespołu i zarazem ostatniego w krótkiej dyskografi. Wydany w 1987r był stylistyczną kontynuacją tego co zawierał "Blue". Jego tytuł "Dou3le" - tak tu nie ma błędu. Literę B zatąpiono cyfrą 3, oznaczającą kolejność tej pozycji w dyskografii. Jak płyta wceśniejsza również ona posiada swój wielki hit "Gliding".


Double -  Gliding (1987) 

Niestety mniej spopularyzowany został. Całość płyty stoi na równym bardzo wysokim poziomie jak poprzedniczka i tak naprawdę nie umiem ocenić która z tych dwóch płyt jest lepsza. Jeżeli komuś zaiskrzy taka muzyka to obie płyty należy potraktować jako jedno wydawnictwo i sprawić sobie komplet.Jako ciekawostkę dopiszę, ze widziałem na Allegro płytę "Blue" wydaną na niebieskim winylu. No cóż... dla mnie i wersje normane na czarnym tworzywie mają wartość nietylko sentymentalną tym bardziej, żeobie  kupiłem całkowicie przypadkowo. Zwłaszcza płyta "Blue" trafiła mi się w komisie. Gdy ją ujrzałem  to wiedziałem że  będzie moja..Z "Dou3le" zaś było tak, że mając już "Blue" wszedłem na Allegro by sobie spojrzeć czy w ogóle bywa ta kolejna. Trafiłem na aukcje tej płyty która kończyła się za dwie minuty... Przeznaczenie ? Kupiłem za cenę minimalną...


Dla pełnego opisu podaję track listy obu albumów

Double - Blue (1985)

"Woman of the World" (3:53)
"I Know a Place" (3:40)
"The Captain of Her Heart" (4:35)
"Your Prayer Takes Me Off" (6:20)
"Rangoon Moon" (4:01)
"Urban Nomads" (4:58)
"Love is a Plane" (3:40)
"Tomorrow" (4:35)

Double - Dou3le (1987)

"Fire in Disguise" (5:29)
"Gliding" (5:05)
"Lakes in the Desert" (4:43)
"Circles" (5:18)
"Prove Your Love" (3:52)
"(You Don't Let Me Get) Close Enough" (4:46)
"Silent Mountain" (4:42)
"Devils Ball" (4:29)

Na zakończenie

Przepraszam ewentualnych czytelników za to że mniej piszę ale niebawem i o tym na blogu będzie. Płyt przybywa mi sporo i w kolejce coraz więcej albumów. Przyznam się, że do niektórych nie wiem jak się zabrać bo muzycznie znam je na pamięć jednak są to artyści obecnie tak mało popularni, że trudno gdziekolwek dowiedzieć się o płycie na tyle coś istotnego by nie walnąć gafy.Co  do wielkich płytowych klasyków o których napiano wszystko jeśli nie potrafię nic dołożyć to milczę. Staram się by pojawiały się u mnie płyty nigdzie wcześniej nie opisywane. Niebawem zamieszczę kilka moich wpisów archiwalnych, które juz gdzieś napisałem a chciałbym by znalazły się one też tu na blogu.. 

Pozdrawiam wszystkich w tym nowym roku pełnym nadziei


piątek, 13 grudnia 2013

maxi single disco z lat 80-tych cz 2


W komentarzu do części pierwszej poświęconej maxi-singlom pojawił się wpis, że kolejnym powodem o którym nie wspomniałem do wprowadzenia na rynek maxi-singli była chęć umieszczenia na nim piosenke w wersjach dłuższych, extended, instrumental itp. Wspomiałem o tym powodzie również pisząc jako o próbie sprzedania tego samego w innej formie po raz drugi.Dokładnie to miałem na myśli. Z resztą sądzę, że pojawienie się maxi-singla stworzyło dopiero pretekst do tworzenia takich produkcji a nie odwrotnie. Dzisiaj kolejna porcja z mojej skromnej kolekcji tego nośnika. Oczywiście w dalszym ciągu będę obracał się tylko w kręgu muzyki tanecznej lat 80tych.

Rofo - You've got to move it on. Wydany w 1984r przez Infinity Records. Zawiera wersję o dwie minuty dłuższą niż odpowiednik 7 calowy.Strona druga zawiera wersję instrumentalną. Piosenka z tego singla to klasyka italo disco i jeden z wielkich hitów tego nurtu. Trafiony przeze mnie gdzieś zupełnie przypadkowo i kupiony w ciemno. Piosenki w chwili zakupu nie kojarzyłem po tytule. Bardziej w pamięci miałem jego (a może ich bo to w końcu project) inny przebój z  tego okresu "I want you" . Jak się okazało w domu (po uruchomieniu  na gramofonie) kupiem płytę z piosenką o której istnieniu zapomniałem. Cena tego singla w idealnym stanie dodam to wydatek na poziomie podobnym do ceny paczki gumy do żucia - jak za nie wiele mozna sobie czasami sprawić sporą dawkę radości.

Raggio di Luna (Moon Ray) - Comanchero. Wydany równiez w 1984r przez Ariola. Trudno mi sobie wyobrazić ale wiem o tym bo się przekonałem nie dawno że są ludzie i to pamiętający lata 80te, którzy całkowicie nie znają tej piosenki. Jeden z największych hitów połowy lat 80tych.U nas w Polsce chyba dopiero spopularyzowany w rok później, ale głowy to już nie dam sobie obciąć bo pamięć czasami psoty robi. Do tej pory widuję go na Allegro za niewielki pieniądze.Raggio di Luna nie wiele wydał piosenek ale gdy dołożymy do tego kilka innych projektów muzycznych jaki równiez był  Raggio di Luna to już zaczyna wglądać przyzwoiciej. Może dopiszę tylko, że  za tm przebojem stał Aldo Martinelli i że na koncie swoim posiada jeszcze kilka przebojów. Singiel zawiera wersję tzw vocal i instrumental z czasami po 7:38 min.

Bad Boys Blue - You're a Woman. Wydany przez  Coconut w Niemczech w 1985r. Absolutny kiler tamtego pamiętnego roku jeśli chodzi o działkę w muzyce disco. Pojawił się mniej więcej w tym samym czasie co debiut Modern Talking i popularnością nie ustępował mu na krok. Katowanie go przez radio i na wszelkich imprezach przez D-Jay' sprawiło, że trochę zabito w nim tą magię jaką posiadał w chwili pojawienia się na rynku muzycznym. Mój egzemparz posiada "swoją historię" tzn. widać że był grany często i nie zawsze obchodzono się z nim dobrze ale póki co gra donośnie z dobrą dynamiką i nie skacze na nim igła.Cena za niego zresztą była poniżej wartości małej tortilli w barze czwartej kategorii.Singiel zawiera wersję Long oraz instrumental.

Pet Shop Boys - Always on my mind. Wydany w 1987r przez EMI a nagrany w studiach Parlophone (dawno temu zresztą wchłonięty do EMI). Zawiera wersje Extended Dance Version tytułowego hitu oraz wersję podstawową, czyli tą zazwyczaj graną w radiu. Wzbogacono płytę o piosenkę "Do i have to ? " którą zamieszczono z wersją podstawową na stronie B. "Always on my mine" to oczywiście cover wczesniej wylansowanej piosenki przez Elvisa Presleya. Wersja Extended Dance jest rozbudowana o wstawki typowe dla muzyki house, która zadomowiła się w klubach dyskotekowych na przełomie lat 80/90. Można nawet śmiało twierdzić, że Pet Shop Boys tą płytą byli prekursorami (nie jedynymi) tej nowej mody. Co do piosenki ze strony B "Do i have to" to nie wiem, czy doczekała się ona już wydania gdzieś na cd ( Pomijam koncertową "Pandemonium" z roku 2010). 

Sandy Marton - People from Ibiza. Wydany w 1984r przez Ibiza Records. Klasyka nurtu Italo Disco. Wielki przebój dyskotek.W tamtm okresie w radiu mało grany więc podzielił los wielu innych fajnych piosenek. Z resztą i obecnie mało grany w mediach przez co kojarzą  go głównie ci co balowali co sobotę po dyskotekowych  klubach studenckich (innych nie było). W mojej kolekcji to najświeższy zakup maxi-singlowy bo zaledwie trafiłem go kilkadni temu . Cena ?  Tyle co godzina parkowania samochodu w centrum Poznania plus Sneekers. To nie wiele za kolejną porcję nostalgii do czasów gdy płyty z italo dsco były poza wszelkim zasięgiem i to nie tylko z powodu ich ceny ale również z powodu dostępu. Takie płyty mało kto przywoził do Polski. 

Divine - Walk Like a Man. Wydany w 1985r. Ten singiel mam bo mam. Pewnie nigdy specjalnie bym go nie szukał. W komisie trafiłem go za grosze a kupjąc pewną płytę dołożyłem sobie te kilka złotych do rachunku i nabyłem. Nie żałuję.Piosenka zawarta na nim to typowy kawałęk na dyskoteki  tamtego okresu. Nie był to wielki przebój, zresztą jak i inne produkcje od tej "pani-pana", przynajmniej w tej wersji bo pierwowzór w wykonaniu Frankiego Valli i kolegów z grupy bił rekordy popularności ale kiedy to było ? jeszcze przed Beatlesami... Walk Like a Man na swój sposób to fajna rzecz i jeżeli kiedykolwiek dane mi będzie poprowadzić z winyli jakąś imprezę na pewno zapakuję tą płytę do torby.

Chriss - Sweet for my sweet. Cover grupy The Searchers wydany w 1986r . Druga strona zawiera piosenkę "Empire of Love". Lubię tą wersję bo zachowała ona klimat oryginału. Fajnie brzmi jeśli chodzi o dynamikę (basy mocne ale nie wszędobylskie jak w muzyce dance lat 90ytch). No i wstawki pośrodku zaczerpnięte z Beatlesów po prostu kapitalne.Dawno temu trafiłem ją w radio i nagrałem.Niespotkałem sięjednak by tą piosenkę grano na dyskotekach. Przynajmniej w Poznaniu ale w końcu nie we wszystkich klubach bywałem. W tamtych latach (wierzcie mi) potrafiły się dyskoteki między sobą róznić w doborze piosenek nawet w połowie. Grano w nich to co się samemu zdobyło.


Samatha Fox - Hold on Tight. Singiel wydany w 1986r. Promował debiutancki krążek Samathy. Zawiera oprócz tytułowego przeboju dodatkowo kolejną wersję mega hitu "Touch me" Wersja posiada w tytule dopisek "Blue mix" oraz piosenkę "It's only Love". Maxi singiel łączniezawiera cztery ścieżki. Strona A należy do piosenki tytułowej w wersji Extended oraz wersji instrumental. W wersji 12'' "Hold on Tight" trwa 5 minut i 38 sekund. To sporo biorąc pod uwagę, że kompozycja ta jest typowym rock n rollem jaki znamy z lat 50tych. Wymaga niezłej kondycji na parkiecie. Wersja instrumentalna tego hitu  jest rzadko spotykana.tym bardziej cieszy mnie że mam ją u siebie na półce. Nie przepadam za tą wykonawczynią choć gdy zabaczyłem ją w Sopocie na koncercie wspominkowym lata 80te. to muszę przyznać, że świetnie się trzyma. Głosowo wypada na żywo również przyzwoicie a jej kondycja godna jest pozazdroszczenia. Tyle skakania co miała podczas spiewania i ani na chwilę nie słychać było zadyszki.Wracając do "Hold on Tjght" to polecam tą piosenkę wszystkim rockabilowcom.. bo to faktcznie jest rockabilly pełną gębą. Informacja dodatkowa;"Hold on Tight Samanthy Fo nie ma nic wspólnego poza tym że też jest rock n rollem z piosenką grupy ELO. Cena ? nie pamiętam ale musiała być tania..

 To był taki krótki przegląd moich maxi-singli z kręgu muzyki tanecznej lat 80tch. Oczywiście nie wszystkich. Pewnie jeszcze kolejnych 7-9 bym znalazł i pociągnął o część trzecią ale w kolejce na opis tu na blogu czeka naprawdę wiele o wiele fajniejszych pozycji i wartych tego by je przypomnieć a może nawet co niektórym dopiero wskazać.Celowo podawałem informacje przy maxi-singlach o cenach za jakie je nabyłem. To naprawdę zazwyczaj były małe pieniądze.Kolekcjonerstwo płyt wcale od razu nie musi oznaczać pokaźnych kosztów. No chyba że ktoś nie kolekcjonuje muzyki a tylko okazy... i póki muzyka nie jest na okazie płyta nie posiada wartości. Zbierajmy więc płyty, kolekcjonujmy muzykę i to na wszelkich nośnikach, byle byłyby to nośniki uznane w świecie za przyzwoite.

Od kolejnej recenzji czy choćby przedstawiebnia jakieś płyty, oprócz fotek okładek pojawiać się będą także zdjęcia labeli (sugestia kolegii)

poniedziałek, 25 listopada 2013

maxi single disco z lat 80-tych cz 1


Ogólną idee powstania takiego "tworu wydawniczego" jak maxi singiel każdy raczej zna, ale na wszelki wypadek przypomnę. Głównie chodziło w zamyśle wynalazcom tego nośnika o polepszenie jakości dynamiki muzyki, bo gdy większa prędkość kręcocej się płyty tym więcej igła odczytać z niej zdoła. Drugi aspekt to ponowne sprzedanie tego samego po raz drugi, czasami w nieco zmienionej formie a czasem tylko o coś uzupełnione, trzeci to ukłon w stronę Didźejów, czwarty ? Tak jest jeszcze czwarty. Czwarty powód to stworzenie osobnej grupy kolekcjonerów, którzy zbierają tylko single dwunasto-calowe. Zbieracze siedmio-calówek już byli wcześniej, pomyślano więc że może chwyci i moda na dwunastki.

Nie planowałem nigdy zbierać tylko jednej formy nośnika, choć do singli siedmio calowych mam najmniej jakoś zapału. Owszem kolekcjonuję je również ale nie należą one do pozycji poszukiwanych. Zbieram je na zasadzie: "jak się coś trafi". Podobnie mam z maxi singlami.W chwili gdy przeglądam w jakimś komisie płytowym winyle i trafiam na pozycję singlową w wersji 12 calowej. Do tego piosenka na nim zawarta należy do grona szczególnie w jakiś sposób lubianych przeze mnie lub też do której mam jakiś sentyment to po prostu ją kupuję.Czasami cena bywa dla mnie zaporowa bo nigdy raczej nie wydam na taką płytę kwoty za którą mógłbym nabyć album z listy swoich "pobożnych życzeń". Stąd maxi single nabywam zazwyczaj jako okazje za małe pieniądze. Tym samym nie mam w kolekcji nic unikalnego bo nawet za bardzo mi na tym nie zalezy .Mam kilkadziesiąt pozycji z którch się cieszę, że je mam i które sprawiają mi radość słuchania lub też są porcją i to sporą sentymentalnej podróży do czasów, gdy jako młodzik bywało się na imprezkach w klubach studenckich i gdzie te i podobne im płyty królowały w błyskach świateł. Dziś przedstawiam pierwszą część z niewielkim opisem tych przypadkowych płyt, które nieprzypadkowo dają mi czasami sporo radości i powodów do wspomnień.

Modern Talking - You Can Win If You Want. Singiel zawiera trzy ścieżki. Tytułową w wersji opatrzonej dopiskiem "Special Dance Version" oraz wersję instrumentalną tego przeboju.Dodatkowo umieszczono na nim One In a Million". Kiedyś z pewnością o płytach tej grupy coś napiszę, bo byli w okresie 85 - 87 mega popularni i nawet jeśli można tej grupie sporo zarzucić to oddać trzeba sprawiedliwość faktom, że w swoim gatunku byli świetni. Ten singiel w komisie miałem w ręku za każdym razem ilekroć byłem w tym sklepie. W końcu kupiłem. Prawdę mówiąc byłem zdziwiony,że w niskiej cenie przeleżał on ponad pół roku. Piosenka na nim zawarta tak się składa, że należy do grupy (dodam , że niewielkiej) piosenek Modern Talking , które lubiłem w okresie uczęszczania na dyskoteki za młodych lat. Zresztą w chwili pojawienia się jej to były dopiero początki dominacji Modern Talking na parkietach więc kompozycja ta brzmiała wtedy naprawdę świeżo i biła konkurencję na łeb i szyję.Ten maxi singiel kosztował mnie 12 zł (stan ex)

Baltiomra - Tarzan Boy. Każdy to zna, każdy przy tym się bawił na dyskotekach i licznych jeszcze wtedy prywatkach (nie domówkach). Oczywiście każdy, kto miał w 1985 roku te naście lat. Płyta zawiera dwie ścieżki. Obie tytułowej piosenki. Strona A posiada dopisek, że jest to tzw. Summer Version, zaś strona B - Reprise. Tej piosenki powstało jeszcze w późniejszym czasie kilka wersji. Były wydawane na singlach. Pochodzące z tej płyty wersje to tzw. pierwiosnki czyli te, które tą piosenkę wylansowały w 1985r. Płyta trafiona w komisie za 10 zł (stan ex). Dla tych co nie pamiętają tamtych czasów dodam, że "Tarzan Boy" nie był w ogóle piosenką nadawaną w radiu. Może pojawił się ten hit kilka razy w programach autorskich prezenterów sprcjalizujących sie w rytmach tanecznych. Zapomniany prawie zupełnie. Odkurzony został już jako wielki przebój lat 80tych  w końcówce lat 90tych. Gdzie ? - w badziewnych stacjach radiowych FM grajacych w kółko to samo.  

Luisa Fernandez - Lay Love On You. To był przebój Disco lat 70tych. Na tym maxi singlu wydanym w 1987r przy tytule widnieje dopisek "Remake '87".Powiedzmy sobie szczerze, ze pomimo zabiegu unowocześnienia aranżu jest to w dalszym ciągu ta sama piosenka a ingerencje poszły w kierunku nieznacznej zmiany rytmu pod styl Italo disco. Niestety piosenka pomimo tego w dalszy ciągu zajeżdża latami 70tymi. Jak na wersję"remake 87" to niepowala ale do licha. To przecież jest kapitalny przebój i klasyka muzyki disco. Dodajmy z okresu, gdy disco było wyjątkowo szlachetne i traktowane z należytą powagą przez twórców, producentów a także słuchaczy. Płytkę wydano przez ZYX records i zawiera oprócz tytułowej piosenki, jeszcze wersję singlową oraz wersję "Playback"- . takie ówczesne Karaoke. Płyta kupiona za 10 zł i też od czasu jej zauważenia w komisie do czasu zakupu minął pewnie z rok.


Silver Pozzoli - From me to You. To już typowy wykonawca italo disco. Wykonawca który wylansował przynajmniej kilka wielkich przebojów. "Around my dreams" pewnie zna każdy, kto chadzał się bawić w latach 80tych. Piosenka z tego singla jest trochę nietypowa bo kopozycja jest nie do końca z typowym rytmem disco do jakiego nas przyzwyczaili ówczesni Włosi. Doskonale pamiętam ją z okrsu gdy się pojawiła. Nagrałem sobie ją wtedy z radia. Lubiłem ją bo była jak na italo-disco inna i bardziej miała charakter piosenki radiowej. Świetna melodia i aranż nie przesłodzony. Do tej pory ją lubię i cieszę się, że wpadła mi w ręce przypadkowo, gdy na Allegro dokonywałem zakupu innej pozycji tą dokupiłem jako dodatek. Nie uwierzycie , jej cena 5 zł.

Mike Mareen - Don't Talk To The Snake. Kolejna pozycja z nurtu Italo - Disco. Mike to facet instytucja i podobnie jak Savage nalezał wtedy do czołówki w słonecznej Italii. Dla mnie kontynuator stylu Georgia Morodera. Wszech obecna elektronika i energia plynąca ze syntezatorów to znak rozpoznawczy. Płyta zawiera tytułową piosenkę oraz miks jego trzech wcześniejszych przebojów: Agent of Liberty, Love Spy i Dancing in The Dark. Opatrzono to wspólnym tytułem "Mike  Mareen - Powerplay-mix. Singiel trafiłem w komisie płytowym za 12 zł.w stanie praktycznie nowym. Wydany przez ZYX records w 1987r. Singiel ten chyba jest w moim zbiorze  płytą z najlepszą dynamiką. Zdarza się, że widuję ten singiel czasami na Allegro i tam również nie osiąga wysokich cen. Tak więc warto czasami poszperać.

Samoa Park - Mike Oldfield - Disco Medley. Nagranie na tym singlu to takie dziwadło,  którego nie znałem wczesniej a poznałem za sprawą zakupu tej płytki kilka miesięcy temu. Dodam że nabyłem ją w cenie paczki fajek. Zawiera ten singielcałkiem zgrabnie zrobiony miks dwóch kompozycji Oldfielda "Tubular Bells" oraz "Foreign Affair". Wszystko to podbarwiono rytmem disco i wyszło... no własnie... nie wyszło. Problem nie tkwi jednak w samym brzmieniu instrumentalnym a feler tkwi w wokalu. Wokalistaka niestety nie daje rady dorównać nawet w połowie Maggie Reilly.Nie fałszuje ale to nie ta barwa. Na szzęście na stronie drugiej jest to nagranie w wersji instrumentalnej i mniej to już razi. Płyta jako ciekawostka to fajna propozycja dla lubiącch klimaty taneczne. Na dyskotece też na pewno by się sprawdziła. Wbrew słabej mojej   jej recenzji słucham  nawet tego singla dość często - oczywiście strony B.

Fancy - Bolero (Hold Me Im Your Arms Again). To jak do tej pory jedyny maxi singiel na którego polowałem. Piosenka urzekła mnie  w latach 80tych i do tej pory to zauroczenie trwa. Powszechnie uważa się inną piosenkę za największy przebój tego wokalisty ale dla mnie "Bolero" to numer jeden od tego pana. Cierpliwie czekam aż kiedyś ktoś z tej piosenki zrobi cover i przy okazji złamie barierę stylistyczną w jakij jest ona osadzona.Wspaniała melodia, klimat lat 80tych, żywe wspomnienia, miniona naiwna młodość. Ten utwór symbolizuje dla mnie znacznie więcej niż nie jeden bardziej uznany hit. Singiel upolowałem dopiero za czwartym razem i kosztował mnie jak na moje zasady dotyczące zakupu singli sporo bo aż  40zł,. Mam świadomość, że cena i tak nie należy w świetle obowiązujących  do wysokich a już reletywnie w stosunku do faktycznych unikatów nawet może wydawać się bardzo tania. Jednak dla mnie single to dodatek do kolekcji a może bardziej uzupełnienie. Singiel zawiera trzy scieżki. wersję radiową , instrumentalną i wydłużoną tzw maxi singlową.

Przy kolejnej okazji braku weny lub też braku ochoty do pisania o konkretnej płycie będę kontynuował opis mi singli jakie w większości przypadkowo pojawił się w kolekcji. Starałem się przedstawiać w tym wpisie pozycje, które uważam za ciekawe i w jakiś sposób dla mnie wyróżniające się. Pominąłem całkowicie maxi single zespołów  spoza gatunku tancznego. Pewnie kiedyś i o tamtych napiszęNie chwalę się też unikatami bo takich nie posiadam. Bardziej celem było wskazanie na kilka płyt często będących do kupienia za grosze a zawierajace dobry materiał z kręgu muzyki, która w jakimś sensie każdemu "ejtinsowcowi" jest poprzez wspomnienia trochę bliska.

C.D.N.


czwartek, 21 listopada 2013

Limahl - Don't Suppose (1984)


Płyta solowa wokalisty Kajagoogoo pojawiła się w okresie największej popularności tego artysty. W chwili gdy na koncie miał dość skromny dorobek wydawniczy w postaci jednej płyty i to nagranej ze wspomnianym zespołem.Limahl miał na niej sporo do udowodnienia. Po pierwsze utrwalić swój sukces i pokazać się jako twórca i wykonawca pełną gębą. Po drugie utrzeć nosa swoim niedawnym kolegom z zespołu, którym trochę doskwierał wizerunek ich grupy kreowany tylko przez Limahla.Płyta nagrana została błyskawicznie. W zasadzie odbyło się to prawie natychmiast po informacji, że wokalista odchodzi z zespołu . Myslę, że mozliwe było to tylko dzięki temu, że Limahl miał już trochę swojego materiału muzcznego przygotowanego do drugiej płyty Kajagoogoo ale nieporozumienia przekreśliły  plany lub raczej zmieniły je. Tak więc, nie minął jeszcze szok spowodowany wieścią o odejściu z grupy frontmana a tu pojawiła się informacja o premierze singla wydanego już nie pod szyldem grupy a jako Limahl. Tym singlem była piosenka "Only for Love".W tym mniej więcej czasie i w Polsce jakby głośniej zrobiło się o Limahlu. Zresztą o Kajagoogoo również za sprawą koncertu w Polsce.



Album solowy Limahla nie odbiegał stylistycznie od tego co zaproponował nam cały zespół na pierwszej płycie. Uważam nawet, że Limahl nie zrobił na nim nic co nie mogłoby się pojawić na kolejnej płycie zespołu.Jednym z zarzutów do Limahla chłopcy z zespołu mieli to że dąży on do śpiewania prostych i melodyjnych piosenek. Jakoś na płycie "Don't Suppose" nie dostrzegłem takich. To znaczy jest wielki mega hit o wspaniałej melodii ale czy ona jest aż tak prosta ? ( ładność nie zawsze idzie w parze z prostotą). Poza tym za nią akurat nie kryje się autorstwo Limahla a pana, który był w owych czasach a może nawet uściślając w czasach o trzy lata wcześniejszych wielkim mistrzem produkcji i kompozycji z nurtu muzyki disco. Chodzi mi tu o Georgio Moroder'a (Donna Summer - I Feel love, Georgio Moroder - From Here to Eternity , Chicory Tip - Son Of My Father itd.) Moroderowi kiedyś powinienem poświęcić osobny temat na blogu bo postać to niesłusznie zanikająca w pamięci ludzkiej. Wracając do Limahla to jest on autorem muzyki i tekstów na całej swojej płycie z wyjątkiem piosenki "Neverending story", której autorstwo zapisujemy na konto wspomnianego Georgio Morodera (tekst - Keith Forsey).Limahl jak się okazało pokazał się z bardzo dobrej strony. Stworzył samemu materiał na równi ciekawy co wcześniej czynił z całym zaespołem. Płyta zawiera łącznie dziesięć piosenek.Promowały ją trzy single "Only for Love", "Too much Trouble" oraz "Neverending strory"..Film stał się przebojem kinowym a sama piosenka uważana jest dzisiaj za jedną z najpiękniejszych jakie powstały w ósmej dekadzie. Co prawda w niewielu miejscach w świecie dotarła ona na szczyt listy przebojów ale otarła się o niego prawie wszędzie. W Szwecji , Norwegii i w Polsce (LPR3) dotarła na sam wierzchołek. Na liście trójki oprócz "Neverending story" do miejsca pierwszego dotarło "Only for Love" a "Too much trouble" najwyżej odnotowano na miejscu trzecim.("Too much Trouble" jest kompozycją utrzymaną w bliźniaczym klimacie co przebój z pierwszej płyty Kajagoogoo "To Shy") Nawet próbowano na liście trójki wylansować piosenkę (już czwartą) "Don't Suppose" ale dotarła ona do pozycji ósmej. Sporym zamieszaniem w branzy muzycznej było to, że solowa płyta Limahla ukazała się prawie w tym samym czasie co drugi album jego byłych kolegów. Tak więc świat z zapartym tchem mógł obserwować pojedynek na listach hitów piosenek ludzi, którzy do niedawna tworzyli przecież jeden team. Jeśli chodzi o podwórko polskie zdecydowanie wygrał pod tym względem Limahl umieszczejąc ze swojej płyty aż cztery piosenki na liście, w tym dwie na miejscu pierwszym. Zespołowi udało się co prawda również posłać tam aż trzy potencjalne przeboje ale nie wdarły się one aż tak wysoko a sam czas spędzony w notowaniu był krótszy.Nie sprawdzałem jak to wyglądało na listach zachodniej Europy ale pewnie kiedyś z ciekawości poszperam. Wiadomo, że u nas listy przebojów nie były odzwierciedleniem faktycznej popularności mierzonej ilością sprzedanych płyt a jedynie miarą gorliwości fanów wysyłających pocztą swoje głosy na daną piosenkę. Limahl miał grono zagorzałych wielbicielek jego urody co stawiało go od razu w roli faworta. Dlatego warto będzie sprawdzić jak wyglądała ta sprawa od strony liczb.



Limahl - Only for Love (oficjalny klip) 
Uderza brak właściwej mu w tym okresie fryzurki

Pozostały materiał muzyczny z albumu "Don't Suppose" trochę odbiega przebojowością od tych trzech singli ale nadal prezentuje bardzo dobry poziom i co ważne w muzyce pop posiada łatwą przyswajalność (łatwo wpadają w ucho). Zapewne główną zaletą jest ciepły głos Limahla idealnie wkomponowany w klimat kompozycji. Jeśli nawet miejscami nie odbieramy kompozycji pozytywnie z uwagi na aranż czy melodię to sam wokal potrafi tuszować te wrażenia niedostatków artystycznych.Na pewno na sporą uwagę zasługują z płyty jeszcze kompozycje : "Don't Suppose" i "Your Love". Kolejne płyty Limahla niestety były już słabsze izawierały jedynie tylko z dwie, trzy piosenki na tzw poziomie. Reszta wręcz potrafiła męczyć. Podobne losy spotkały albumy Kajagoogoo a później po odjęciu w nazwie zespołu członu Googoo samgo Kaja. Nic więc dziwnego, że w okolicach roku 1987 powoli zaczęto zapominać o tych artystach. Do dzisiaj w świadomości ogólnej ludzi przetrwało raptem z siedem piosenek spółki Limahl i kolesie z Kajagoogoo. Choć zapewne i tak jest to zbyt optymistyczne stwierdzenie bo większość i tak kojarzyć będzie tylko "To Shy" i "Neverending Story"

Płyta winylowa zawiera kopertę z tekstami piosenek z jednej strony i portretem zdjęciowym Limahla z drugiej. Na portrecie widnieje wiele nazwisk, którym artysta dziękuje .Zresztą nie tylko artysta bo również producenci tej płyty : De Harris i Tim Palmer (średnio znani choć z kilkoma "wielkimi" udało się popracować, przynajmniej Palmerowi).Z ciekawostek warto dodać, że wszystkie trzy single doczekały się klipów w MTV. Zwłaszcza "Neverending Story" wypadł pod tym względem korzystnie z uwagi na wykorzystanie w nim scen z filmu do którego był stworzony a swoją drogą w nim nawet się nie pojawia. Co warto wiedzieć w klipie ustami rusza piosenkarka Mandy Newton, choć głos słyszymy pani Beth Anderson. Powodem tego było to, że Beth w tym czasie (kręcenia klipu) nie była dostępna czasowo.

Beth Anderson (jej wokal słyszymy w Neverending Story") i Limahl
( fotografia pochodzi ze strony http://www.limahl.com/) 

Podsumowując całość. Płyta Limahla "Don't Suppose" ani nie należy do wybitnych dzieł lat 80tych ale też trudno ją zaliczyć do produkcji podrzędnych. Jako całość nie jest takim oryginałem marketingowym i muzycznym jak debiutancka płyta zespołu Kajagoogoo ale brzmi podobnie solidnie a co najważniejsze kontynuje klimat tej pierwszej. Zawiera trzy "konie napędowe"  w postaci "Only for Love", "Too much Trouble" oraz "super hiper przebój - piosenkę - wizytówkę artysty" - "Neverending Story". Jako całość oceniam ją na trzy gwaizdki, czyli płyta dobra, polecana i ciekawa. W stosunku do debiutanckiej płyty Kajagoogoo do której stale ją porównuję traci gwiazdkę na rzecz pewnej wtórności i braku tej świeżości jaką posiadała ta wcześniejsza a także z uwagi na otoczkę płyty, której rozstanie Limahla z zespołem nie przysłuzyło się dobrze. Obecnie w kolicach 2008r grupa reaktywowała się w składzie z Limahlem. Trafili nawet do nas do kraju. Wystąpili w Sopocie na koncercie wspominkowym lat 80tych. Jako jedyni wypadli na nim bardzo dobrze śpiewając i grając na żywo a kontakt jaki z publicznością ma Limahl mógł budzić zadrość u innych gwiazd tamtego wieczoru. Nie sądzę bym jeszcze tu na blogu opisywał jakąś płytę tego artysty. Jak napisałem kiedyś, nie poświęcam na blogu uwagi płytom, które uważam za niewarte opisania. Kolejne dzieła Limahla poza kilkoma piosenkami nie przedstawiają się dla mnie ciekawie więc pozostawię je w spokoju. Nie zmienia to jednak rzeczy że Limahl stał się w jakimś sensie symbolem wizerunkowym połowy lat 80tcyh. Był muzykiem, artystą i osobowością sceny pop kulturowej i nawet jeśli w przyszłości nikt nie pokojarzy z nim jego piosenek to z pewnością kreację jaką stworzył na długo pozostanie w świadomości. Wróżę jeszcze w przyszłości nie raz odwoływanie się do jego stylu różnych projektantów mody i dizajnerów wszelkiej maści. A "Neverending Story" jak w tytule jest niekończącą się historią i w wykonaniu Limahla stało się już nieśmiertelne.

Strona A

01 Dont Suppose
02. That Special Something
03.Your Love
04. Yoo Much Trouble
05. Neverending Strory

Strona B

01. Only for Love
02. I Was aFool
03. TheWaiting Game
04. Tar Beach
05. OhGirl

Limahl - Too MuchTrouble (Official clip)

Limahl - Neverending Story (official clip)

A z tą panią zagrał w teledysku i wystapił na scenie ale to nie głos jej słyszymy na płycie.
Limahl i Mandy Newton

sobota, 16 listopada 2013

Kajagoogoo - White Feathers (1983)



Płyta intrygowała mnie swoją muzyką od samego początku  poznania a było to w okolicach końca 1983r a może dopiero początku 1984. Jedno jest pewne w przypadku tego albumu miałem do niego dostęp i słuchałem go za pierwszym razem z płyty winylowej. Piszę o tym, bo w tamtch czasach to była rzadkość. Zazwyczaj płyty poznawało się z kaset zgranych od innych (kolegów, koleżanek) lub po prostu za sprawą emisji ich w radiu. Ale to były takie czasy i nie będę w tym kierunku rozwijał tematu...

W 1982 - 83r  Kajagoogooo tworzyli: Limahl - śpiew, Nick Beggs - śpiew, gitara basowa, Steve Askew - gitara, Stuart Neale - keyboard, Jez Strode - perkusja

Zespół (przynajniej z tego co pamiętam jako piętnastolatek) lansowany był w tym samym segmencie muzycznym co gwiazdy pokroju Shakina Stevensa i Michela Jacksona. Dzisiaj trochę to dziwi ale rok 1983 to naprawdę był wielki muzyczny wór z wieloma popularnymi stylami, które się mieszały a podziały funkcjonowały w bardziej radykalnych granicach pomiędzy gatunkami. Na przykład muzyka hard rockowa i metalowa to była jedna bajka a synth pop w większości w 1983r traktowany był jako muzyka dyskotekowa. Nikt wtedy aż tak nie różnicował muzyki jak dzisiaj. A może człowiek tak mało wtedy wiedział  i jako nastolatek wraz z rówieśnikami upraszaszczał wszystko ? - nie wiem... 


Tak więc w mojej ocenie zespół Kajagoogoo w chwili pojawienia się bardziej był zjawiskiem pop-kulturowym niż muzycznym. Limahl (wokalista) bardziej kreowany był na przystojniaczka w oryginalnej fryzurce niż zdolnego wokalistę. Zespół zaś był tłem lub raczej oprawą wizualną dla frontmena.Po wydaniu pierwszego albumu ogłoszono odejście Limahla z zespołu a gazety jako powód podawały zazdrość członków grupy o powodzenie ich solisty wśród kobiet. Wtenczas w ścisłej tajemnicy utrzymywano informacje o preferencjach seksualnch artystów tak więc wiadomość sprawiała wrażenie prawdopodobnej bo faktycznie zespół pozostawał w cieniu wokalisty .Oficjalnie podano, że powodem odejścia z grupy były różnice artystyczne. Limahl bowiem skłaniał się w kierunku tworzenia muzyki bardziej przebojowej a pozostali wybierali bardziej skomplikowane formy. Ale to wsztystko wydarzyło się dopiero później. W 1983r zespół Kajagoogooo był wizerunkowo najbardziej zniewieściałym zespołem na rynku muzyki popularnej.Jeżeli wcześniej gorszyły makijaże u panów to w Kajagoogoo każdy fragment ubioru i fryzury , biżuterii nosił znamiona mody damskiej. Pamiętam, że nawet w naszym bardzo mało otwartym na oryginalności w modzie kraju kilka detali wylansowanych przez zespół Kajagoogoo się przyjęło.Najbardziej w pamięci pozostały mi wszechobecne "siateczki" wszyte fragmentami w odzież i stuprocentowo pochodzący od Kajagoogooo cieniutki długi, (sprawiający po założeniu efekt podwójnego) pasek do spodni(jedna część opadała na biodro).Próbowałem znaleźć jakąś fotkę tego gadżetu ale niestety w necie nie udało mi się. Jak trafię gdzieś jakieś foto, to uzupełnię w tym miejscu...

Co do muzyki to wtenczas oszałamiający sukces zrobiła tylko jedna piosenka z debiutanckiej płyty. Oczywiście singlowy "To Shy". Pozostałe dwa single jakby mniej przyjęły się, zwłaszcza u nas w kraju. Mówię tu o "Ooh To Be Ah" oraz "Hang On Now".Co ciekawe grupa Kajagoogoo stał się u nas w kraju popularny dopiero w chwili wydania drugiej płyty oraz solowego dzieła Limahla. Piosenka przebojowa "To Shy" z debiutu nawet nie zagościła na liście przebojów programu trzeciego. Dopiero piosenki z solowej płyty Limahla i drugiego albumu Kajagoogoo "Island" poszybowały na notowanie. Wtedy w 1983 i 84r proszę mi wierzyć co nie było na liście trójki to w zasadzie nie istniało w świadomości ogółu.


W 1984r płyta do mnie nie trafiała muzycznie w całości. Dostrzegałem w niej tylko "To Shy" oraz "Ooh to Be Ah". Reszta zlewała mi się w jakąś dziwną papkę dźwiękową, gdzie rytm był pokręcony. Ciężko było cokolwiek zaserwować z niej do tańca a do słuchania przeceż było wiele prostrzych i ciekawszych do tego melodyjnych płyt. Pierwsza z brzegu ? Choćby debiutancka płyta Alphaville... Owszem, z uwagi na to, że tą płyte posiadałem w kopii idealnej jak na tamte czasy słuchałem jej dość często. Z czasem zaczynałem dostrzegać w niej to co słyszę w niej obecnie.

Po fragmencie wspominkowym czas w końcu zajać się tym albumem z wyrachowaniem i pełną surowością. Otoczka wizualna grupy bowiem na lata oślepiła muzykę z niej pochodzącą. Zacznę od jakości kompozycji. Po wsłuchaniu się w nie stwierdzić bez wątpienia należy że są  dość skomplikowanych i stworzone dla ludzi z dobrym warsztatem instrumentalnym.Idealnie wypośrodkowane jest uzycie perkusji, basu i klawiszy. Każda piosenka ma silnie zaznaczony akcent każdego z tych instrumntów. Brak banalnch melodyjek stwarzają wrażenie płyty mało przebojowej ale już po kilku odsłuchach, to co wydawało się mało "bujane" urzeka nas swoim pomysłem a dźwięki melodii stawają się coraz bardziej zauważalne. Gdy do warsztatu muzycznego grupy dołozymy fakt, że Limahl dysponuje niezwykle ciepłą i oryginalną barwą głosu o całkiem sporych możliwościach, całość jawi się jako produkt pełny i skazany na sukces. Swego czasu w gazece "Tylko rock" w zestawieniu najlepszych płyt New Romantic ten album uplansował się w pierwszej 10-tce. Płyta jako całość zyskiwała u mnie przez lata. Myślę, że w tamtym okresie nie doceniano tego zespołu od strony muzycznej. Obecnie uwielbiam z niej każdy dźwięk i jest dla mnie nie tylko zbiorem doskonałej muzyki ale przede wszystkim sentymntalną podróżą do lat 80tych a jak każdy rok z tej dekady również i ten, czyli 1984 miał w moim życiu przełomowe znaczenie. Gwiazdek aż cztery bo faktycznie uważam, że warto poznać ten album z uwagi na jego niepowtarzalność i olbrzymią oryginalność brzmieniową. Poza tym to doskonała alternatywa muzyczna, gdy dość mamy "oczywistych oczywistości" ze sceny syth-popowej lat 80tych.

Strona A

White Feathers
Too Shy
Lies and Promises
Magician Man
Kajagoogoo

Strona B

Ooh To Be Ah
Hang On Now
This Car Is Fast
Ergonomics
Frayo


Poniżej trzy klipy promujące album debiutancki Kajagoooo

Oficjalny klip "Ooh tobe Ach"
Oficjalny klip "To Shy"
Oficjalny klip "Hang on Now"