Ostatnio bardzo kuleje moja aktywność na blogu. Może nawet powoli go uśmierciłem. Po części
dlatego, że piszę go głównie dla siebie (chyba) oraz czasami odnoszę wrażenie,
że niewiele mam do napisania przy sporej ilości płyt. Na półce mi ich co
miesiąc przybywa. Większość z nich to znakomite tytuły. Tylko dość mam pisania
w stylu ta piosenka jest fajna a ta zaś szybka. Przy wielu pozycjach, które
cenię nie znam nawet dokładnie całego składu personalnego grup. Opisywać same
emocje ? Mogę, ale sprawi to, że zacznę sam siebie powielać. Posłużyć się
informacjami z Internetu ? Oczywiście
mogę tylko po co cokolwiek pisać skoro wystarczy wejść na strony Wiki i samemu
sprawdzić co interesuje. Jedyną jeszcze motywacją jest to, że o części tytułów
jakie posiadam i bym ewentualnie chciał napisać w necie nie ma nic. I to jest
chyba jedyny czynnik, który zadecyduje o dalszej egzystencji tego miejsca.
Warto bowiem choć podać tytuł czegoś co warte jest posłuchania. Inaczej pewne
płyty zostaną zapomniane. Tak więc wracam do tych grafomańskich działań a jezeli ktoś coś wyczyta da siebie interesującego tym milej mi będzie. Pozdrawiam tych co tu zaglądali..
piątek, 9 czerwca 2017
czwartek, 17 listopada 2016
maxi single disco z lat 80-tych cz 10
W kolejnej odsłonie małego przechwalania się, zamiast
siedmiu płyt prezentuję trzy, ale za to jest to moja sentymentalna górna półka.
Myślę również, że dla wielu zbieraczy maxi singli byłyby to smakowite kąski.
Opisy dość powierzchowne, bo te płyty nie posiadają jakieś wielkiej historii, a
i ludzie za nie odpowiedzialni nigdy nie odnieśli popularności, jak było to w przypadku choćby Giorgio
Morodera, Franka Fariana etc.. Dla mnie stanowią wartość bo przynajmniej dwie z
nich w 1986/87r pełniły rolę coś na wzór soundtracku moich sobotnich wieczorów w Ciciborze.
Check up
Twins – Sexy Teachers (1987)
Check up Twins to kolejny projekt muzyczny nie mający nic
wspólnego z jakąś regularnością. Kryje
się pod tą nazwą Alex Cundari, a
przy mikrofonie stanął Gianluca Bergonzi. Wokalista bardziej kojarzony
jako J.D. Jaber. Wcześniej panów
połączyło już jedno wydawnictwo, gdyż w 1986r oboje pracowali przy „Dont’t wake
me up” . Alexa Cundari przy pewnych poszukiwaniach możemy spotkać w kilku
jeszcze innych pomysłach, między innymi w początkowych fazach powstawania tworu o nazwie Radiorama. Co do projektu
Check up Twins należy go potraktować jako epizod. Poza dwoma, trzema tytułami
nic więcej nie powstało. Zresztą nawet „Sexy Teachers” hitem stała się dopiero
po falstarcie. Rok wcześniej wydano już ją na singlu z zupełnie inną aranżacją.
Taka produkcja wtedy nie chwyciła. Dopiero rozszerzenie wersji i wzbogacenie
jej o bardziej wyraźny motyw przewodni (syntezatorowy) sprawiło, że piosenka
stała się przebojem. Na ile była faktycznie popularna w Polsce w tamtych czasach nie wiem. W latach 80tych
przy znikomym przepływie informacji każde miasto a nawet dzielnice potrafiły
mieć w swoich klubach zupełnie inne track listy. W Poznaniu niewątpliwie „Sexy
Teachers” było wielkim hitem roku 1987. Maxi singiel nie zawsze łatwy w
pozyskaniu, ale czasami można go na aukcjach trafić. Z ceną bywa różnie. Na
pewno nikt tego za półdarmo nie odstępuje. Wydany przez mój ulubiony label Memory
records. Strona B singla „Slapping Song (Mix Version)”’ praktycznie nie
zasługuje nawet na wzmiankę. Po prostu słaba rzecz.
Swan – General
Custer (1986)
Kolejny
singiel stanowiący ozdobę mojej kolekcji. Wydany oczywiście przez Memory
Records. Pod pseudonimem kryje się Giancarlo Cinelli i on odpowiada za całość
produkcji i aranż. Piosenkę poznałem chyba już w okresie lat 90 lub nawet może
i były to już dwutysięczne. Nie pamiętam, by grane to było w latach 80tych w
poznańskich klubach, ale mogę się mylić, bo i nie gościłem we wszystkich, Miewałem także pauzy kilkumiesięczne, że w ogóle nie bywałem nigdzie w takich przybytkach
z muzyką taneczną. Singiel ten należał do grupy tych najbardziej przeze mnie
szukanych stąd wielka radość z jego pozyskania. Swego czasu wydawało mi się, że
jest to wydawnictwo trudne do pozyskania, a jednak przy odrobinie szczęścia
udaje się go zdobyć. Fakt, że nie za „paczkę cukierków”, ale bywa do
osiągnięcia. Łączy go z projektem Check up Twins osoba producenta Alexa
Cundariego. Gdzieś nawet spotkałem się z wydawnictwem na Cd, gdzie obie
piosenki (General Custer i Sexy Teachers) pojawiły się na tym samym nośniku
obok siebie.
Squash Gang - I Want An Illusion (1986)
Kolejna perełka, która przybyła do mojej kolekcji. Piosenka należy to ścisłego top
przebojów Italo Disco. Przez lata singiel sprawiał wrażenie, przynajmniej dla mnie, przedmiotu
typu „święty grall”. Każdy znał ten utwór (choćby ze składanki The Best of
Italo Disco part VII) ale mało kto widział na oczy maxi singla. Dopiero
dobrodziejstwo Internetu i pootwierane granice sprawiły, że takie pozycje
zaczęły się pojawiać od czasu do czasu w
ofertach sprzedaży. Ponownie nie ma mowy tu o tym by Squash Gang nazwać
zespołem. To kolejny projekt powstały na potrzeby wydania i wylansowania kilku
piosenek z których w zasadzie dwie zdobyły popularność, w tym jedna okazała się
nawet sukcesem. ”I Want An Illusion” ma wszystkie cechy charakterystyczne dla
muzyki Italo połowy lat 80tych, ale pamiętajmy że Squash Gang to mimo wszystko
Hiszpanie a nie Włosi. Pod szyldem „grupy” ukrywają się: Francisco Quijada,
José Quijada oraz Cristina Manzano. ( można te nazwiska znaleźć także w innych
projektach, jak choćby Marce – I want you). Płyta wydana przez Blanco Y Negro
Music. Płyta nie często gości na aukcjach, choć jak widać skoro nabyłem to nie
jest to znowu aż taki „biały kruk”.
Jeżeli ktoś kolekcjonuje maxi single z muzyką taneczną lat
80tych to te trzy pozycje, którymi się pochwaliłem to wręcz obowiązek i
stanowią waz z kilkunastoma jeszcze innymi ten główny kręgosłup kolekcji.
środa, 26 października 2016
Orchestral Manoeuvres in the Dark - zespół samych singlii ?
Orchestral Manoeuvres In The Dark to zespół o dwóch
obliczach. Pierwsze z nich to artyści wybitnie singlowi. Zniesmaczyliście
się tym określeniem ? Bo niby album „Architecture & Morality”? Druga ich
twarz to nie zawsze dobrze zrozumiani przez odbiorców eksperymentatorzy
muzyczni….
Zostańmy wpierw przy tym pierwszym. OMD od samego początku
przyjęło strategię polegającą na tym, że popularność i pieniądze dają listy
przebojów i by to posiadać należy tam być. By być artystą przede wszystkim nie można być głodnym. Nie trafi się do pierwszej setki top
listy nagrywając odgłosy obijanych rur i
uderzeń młotków. Trzeba sięgnąć do melodii i rytmu. Dlatego na każdym albumie
grupy znajdziemy średnio po dwa single, które całość ciągnęły po listach. Skoro
dwa hity robiły kasę i popularność, to pozostałe fragmenty z płyty mogły
posłużyć już do brykania po obszarach mniej zrozumiałych. O większości albumów
tej grupy można w zasadzie napisać to samo. Różnice pojawią się tylko, gdy
zaczniemy rozbierać na czynniki pierwsze poszczególne fragmenty. Mija się to z
celem, bo jak opisać dźwięk ? Dlatego tylko powierzchownie naszkicuję całość.
Muzyka OMD to synth pop i przynajmniej w odsłonach dzisiaj omawianych albumów,
tworzona jeszcze w duchu New Romantic. Powstawała w okresie, gdy instrumenty
elektroniczne były bardzo prymitywne, zawodne i często uzyskanie odpowiedniego
brzmienia było kwestią przypadku. Czasami ustawienia syntezatora ponownie na
takie same parametry wcale nie dawało tego samego dźwięku co wcześniej. Dlatego
nagrywana muzyka była częściowo dziełem przypadku. Problem ten zaczął zanikać wraz
ze wzrostem jakości sprzętu dopiero w okolicach 1981/82r. Organizowanie
koncertów również było ponoć wtedy obarczone potężnym stresem, czy aby
ustawienie instrumentów da właściwy dźwięk. Nie wiem czy jeszcze do tematu tego zespołu będę wracał w przyszłości Póki co odniosę się do trzech pierwszych płyt ale i tak w kontekście całości twórczej.Wybaczcie pewną powierzchowność w opisach.
Orchestral
Manoeuvres in the Dark - Orchestral Manoeuvres in the Dark (1980)
Płyta debiutancka. Nagrana z pomysłem „hitowym” wspomnianym
wcześniej. Za przeboje robią na niej dwie piosenki "Electricity" i "Messages".
Wypuszczono co prawda jeszcze trzeci singiel "Red Frame/White Light"
ale w przyszłości odstąpiono już od takich pomysłów, by eksperymentować z
podobnie nieradiowymi dźwiękami
muzycznymi, wydanymi zapewne sporym kosztem i nakładem na siedmiocalówkach.
Najdziwniejsza i jednocześnie najbardziej intrygująca kompozycja z tej płyty to
„Dancing”. Całość pomimo wielu odjazdów eksperymentalnych
trzyma klimat i sprawia, że brzmi to dość ciepło, intrygująco i w jakimś sensie
tworzy klimat. Nie da się pomylić lat kiedy powstała. W każdej sekundzie po
brzmieniu czuć, że to rok 1980. By dobrze być zrozumiany, kompozycje pomimo eksperymentów
zachowują cechy piosenek. Przy odrobinie dobrej woli zdecydowanie wpadają w ucho
i te z poza singli: „Pretending to See
the Future”, „Almost”, „Bunker Soldiers”. Sporo
na albumie odwołań do muzyki nowofalowej ale to pisząc popełniam zapewne spory banał…
Gdzie bowiem nie było odwołań do New wave w początkach lat osiemdziesiątych?
Orchestral
Manoeuvres in the Dark – Organisation (1980)
Drugi album zespołu, wydany jakby za ciosem. Kolejne dwa
przeboje na potwierdzenie mojej teorii? Proszę bardzo „Enola Gay” i…. ojoj..
nie ma drugiego singla. Przyjmijmy więc zasadę, że wyjątki potwierdzają regułę,
tym bardziej, że pewnie coś już szykowali na niedaleką przyszłość. Druga płyta
nie wnosi artystycznie nic nowego poza tym, że zaczęto cywilizować muzyczne
kolaże na tyle by stawały się przystępniejsze. Może trochę więcej wokalu. Może
trochę melodii. Czy jest to płyta lepsza od debiutu ? Dla mnie nie i stanowi bardziej
jego uzupełnienie niż kontynuację. Z pewnością po niej a zwłaszcza po sukcesie
singla „Enola Gay” grupa stała się sławna i zakosztowała owej popularności, co
spowodowało u niej motywację, by kolejna płyta była bardziej piękna niż „ambitna”.
Zdecydowanie bardziej wolę jako całość jednak debiut. Fajne momenty na tej
płycie ? Oczywiście przebój singlowy i zaraz po nim dość monotonne ale z
klimatem „2nd Thought”. Reszta trochę się zlewa i dopiero po częstym słuchaniu
nabierają te kompozycje konkretnych rozpoznawalnych form.
Orchestral
Manoeuvres in the Dark – Architecture & Morality (1981)
Prawdopodobnie najlepsza płyta tego zespołu. Z pewnością
kolosalny sukces komercyjny i ugruntowanie pozycji dla zespołu na scenie
muzycznej już na dziesiątki lat. Wymieniany często jako jedna z najlepszych płyt
noworomantycznych. By zasadzie stało się zadość. Album wylansowały trzy hity
zawarte na dwóch singlach „Souvenir” i dwie kompozycje różniące się podtytułem
i będącymi chyba najlepszymi fajerwerkami muzycznymi tej grupy „Joan Of Arc” i „walczyk”
Joan Of Arc (Maid Of Orleans)”. Czy reszta materiału z tej płyty bije na łeb i
szyję piosenki zawarte na wcześniejszych albumach a nie będące singlami ? No właśnie…
Uważam, że na tej płycie nie ma wcale super skoku jakościowego. Jedynie co ją
wyróżnia na tle innych grup New romantic to trzy kolejne, w krótkim czasie
dostarczone mega przeboje, co w połączeniu z poprzednimi, powiedzmy trzema
hitami daje obraz grupy OMD jako wybitnie przebojowej. Pozostałe kompozycje
spełniają rolę wypełniaczy i są na tyle atrakcyjne i bez udziwnień, że nie mącą
obrazu perfekcji dla tych trzech ozdobników. Znajdą się na pewno obrońcy tych „wypełniaczy”. Jako argument
zadam więc pytanie. Czy którakolwiek piosenka z tego albumu poza singlowymi
hitami, byłaby wielką ozdobą na pierwszym lub drugim longplayu OMD ? Może „Sealand”
?... właśnie… może…. I tak otrzymaliśmy jedną z najlepszych płyt nowego
romantyzmu na której znajdziemy zaledwie trzy doskonałe kompozycje.. ale na
tyle znaczące, że kształtują obraz całości.. i to jest fenomen tej płyty, który
mało kto dostrzega.
Na kolejnych płytach OMD pozostało wierne swoim założeniom..
Dwa single, dwa przeboje a na reszcie robimy co chcemy. Single dają nam jeść i
sprawiają frajdę , łechcąc nasze ego a na pozostałym czasie płyty robimy już muzykę
dla siebie. Kolejne płyty i kolejno po dwa single na sztukę ? „Dazzle Ships” przyniósł „Telegraph” i „Genetic Engineering”.
Pierwszy stał się mega hitem ale nie znalazło to odzwierciedlenia na listach. Dziwnie
pomijany jest na składankach typu „best of”. Nawet na albumie z singlami nie
zagościł. Drugi był jednym z nielicznych niewypałów, ale powiedzmy sobie
szczerze, że album „Dazzle Ships” był trudnym do selekcji radiowej. Następne
płyty to: „Junk Culture” i pochodzące z niego „Locomotion” i „Tesla Girl” oraz
album „Crush” z „So In Love” oraz „Secret”. „The Pacific Age” dostarczył “(Forever) Live and Die" oraz „We Love You" I kończący okres regularnych
pobytów na listach hitów „Sugar Tax” piosenki (dwie): "Sailing on the
Seven Seas" i "Pandora's Box".
Czy ktoś nadal czuje się urażony tym, że nazwałem OMD grupą
singlową? Jeżeli tak, to oznacza, że owy niezadowolony z tego określenia
człowiek lubi zespół w sposób szczególny. Zwykły śmiertelnik lubiący OMD
potrafi z pamięci podać i dwanaście tytułów piosenek… tylko dziwnym
trafem są to tylko i wyłącznie single.
Czy warto więc kupować albumy tej grupy zamiast np. płytę „The
OMD Singles” czy też „The Best of OMD” ? Warto, ale głównie dla klimatu tamtych
czasów i do pewnych smaczków aranżacyjnych, których na singlach nie uświadczymy
a cechowały one twórczość tamtego okresu. No i nie zapominajmy, że na
składankach nie ma „Telegraph” !!! Wydawcy pokarali tą piosenkę, bo nie weszła
na szczyty list przebojów… Dopiero po latach doznała ona rehabilitacji i w erze
compactów zaczęto ją dokładać… Kto chce mieć jednak 100% OMD w OMD warto kupić składankę.
Czy warto kupić płytę winylową „The Best of OMD” w wydaniu
polskim ? Chodzi dokładnie o wersję wypuszczoną
w 1991r przez MJM Music pl. Odpowiedź – nie warto. Tak samo jak nie warto kupować
większości płyt wydanych przez tą wytwórnię. Katastrofalna jakość. Całość brzmi
jak nędzna skompresowana i to mocno mp-trójka. Poligrafia też „pod psem”.
Szkoda kasy na takiego winyla. Kupiłem więc wiem !!!! Przesłuchanie jej z uwagi
na „przedni materiał” (zapomnę się i nastawię) skutkuje tym, że tracę ochotę na
OMD na miesiące…
wtorek, 4 października 2016
Ace Frehley - Origins, Vol. 1 (2016)
Kolejna
pozycja, która pojawiła się u mnie w
kolekcji jakby przypadkiem. Nie planowałem zakupu, ale skoro wpadła mi w ręce,
taka nowa, ładnie zapakowana z kuszącą ceną... uległem. Zawartość muzyczną
znałem, więc nie był to zakup ‘”w ciemno”. Tak dziwnie jakoś się składa, że w
zespołach, gdzie wszyscy członkowie grupy są artystycznymi osobowościami i gdzie
przeważnie dwóch wiedzie prym, ja
najbardziej lubię tego trzeciego. Tak mam i już. Tyczy się to i Beatlesów (Harrison) i Stonsów (Jones) i nie ominęło grupy Kiss. Ace Frehley jest
postacią rockową obecnie trochę w cieniu
byłych kolegów. Do tego mało nas rozpieszcza wydawnictwami płytowym, ale dodajmy od razu, że jak chce to
potrafi. Szkoda, że zapał pojawia mu się dość nieczęsto. Być może powodem jest
zawieszenie twórcze lub też zwykły brak potrzeby do wyrażania się
artystycznego. Nowa płyta to dowód na to, że w końcu znalazł dla siebie formułę.
Płyta z coverami. Dla jednych to pójście na łatwiznę, dla innych odgrzewanie
obiadu, dla kolejnych próba zrobienia pieniędzy. Ja należę jeszcze do innej grupy. Takiej,
która po prostu lubi Ace Frehleya. Do
tego uważam, że nawet piosenki bardzo znane, nieraz wręcz oklepane, ale podane w nowy (od razu dodam niekoniecznie nowatorski) sposób
potrafią być atrakcyjne. Frehley swoimi wykonaniami
klasyków rocka nie uszkodził. W zasadzie
trzymał się schematu oryginału na ile mógł lub chciał. Od siebie dodał tylko swoją
charyzmę, brzmienie, może trochę ozdobników. Całość co prawda brzmi jak grupa
Kiss, ale to nie wada. Zresztą chwilami mamy deja vu, bo na albumie posłuchać
możemy miejscami także wokal Stanleya. Zresztą gości podczas nagrywania było
więcej, wśród których chyba najwięcej
emocji wywołuje postać gitarzysty Guns and Rosses –
Slasha. Tytuł płyty opatrzono numerem jeden, co logicznie prognozuje
kontynuację w przyszłości tego pomysłu.
Daruję sobie opisywanie szczegółowo
poszczególnych piosenek jak i wymienianie tego co, kto i gdzie i w którym
momencie… W necie wszak jest wszystko. Może tylko ogólnikowo napiszę, że
kosmiczny Ace wybrał na swoją płytę coś od : Thin Lizzy, Hendrixa, Troggs, Claptona
( w zasadzie Cream), The
Rolling Stones, Free… Dołożył też coś z repertuaru swojej macierzystej grupy i
to z płyty, na której już nie był członkiem Kiss… hmmm w zasadzie był, ale już na płycie nie grał („Rock and Roll Hell" – płyta "Creatures
Of The Night").
Trudno
na tej płycie wskazać te najlepsze momenty, bo to tak jakby porównywać ze sobą
kolory. Dla mnie i to pewnie z powodów nostalgicznych najjaśniej jawią się tytuły:
„White Room „,Street Fighting Man” i
„Wild Thing” ale tak jak wspomniałem „Ta jasność” to tylko kwestia
gustu, gdyż wszystko tu jest na rockowym poziomie. Póki co, dla mnie jest to jedna z (naj) ciekawszych pozycji rockowych jakie ukazały się w tym
roku. Czekam na kontynuacje. Egzemplarz swój kupiłem w wersji winylowej, który
ma dołączoną również wersję Cd – audio. Szkoda tylko, że nie pokuszono się
dorzucić tych kilka centów do produkcji i nie opatrzono tego krążka srebrnego
normalną okładką. Choćby taką jaką daje się na wersje promo. Na półce z płytami
CD wygląda biednie w zwykłej białej kopercie (jak Cd-romy). W oryginale
wrzucona była ona do przestrzeni przeznaczonej na winyl. Pewnie mogła by tam
sobie spoczywać dalej, ale obawiam się, że z czasem jej kształt mógłby
odznaczyć się na okładce. Album jest w wersji dwupłytowej z rozkładaną
okładką.. Można było pokusić się o ładne miejsce dla tego dodatku w wewnętrznej
stronie.. ale kogo ja będę uczył marketingu ? Wytwórnie płytową ze sztabem
ludzi ? Chcesz mieć ładnie opakowaną płytę Cd ? Wydaj kolejne pieniążki na cd. Tu kupiłes przecież winyla... pozostaje podkulić ogon i przyznać rację. Co do samego wydawnictwa, to album wydany schludnie ale bez fajerweków. Co cieszy mnie najbardziej to fakt, ze płyty są proste i nie falują ani nie biją na boki.... tak , tak możecie mi wierzyć lub nie ale nowe płyty zwłaszcza w wydaniach 180 gramowych potrafią pod tym względem mieć sporo wad.. ale może kiedyś więcj..
Płytę polecam – i to w każdej wersji. Nie
trzeba się łaszczyć na nią w wersji winylowej. Wydaje mi się, że w
wersji Cd gra lepiej i że mastering był robiony głównie z myślą o tym nośniku.
Ale jak życie mnie nauczyło każdy słyszy inaczej.
Lista utworów: ( z wiki)
1. "White Room" Jack Bruce, Pete Brown Cream 5:04
2. "Street Fighting Man" Mick Jagger, Keith Richards The Rolling Stones 4:01
3. "Spanish Castle Magic" (featuring John 5) Jimi Hendrix The Jimi Hendrix Experience 3:35
4. "Fire and Water" (featuring Paul Stanley) Andy Fraser, Paul Rodgers Free 4:11
5. "Emerald" (featuring Slash) Phil Lynott, Brian Robertson, Brian Downey, Scott Gorham Thin Lizzy
6. "Bring It On Home" Willie Dixon Led Zeppelin 4:26
7. "Wild Thing" (featuring Lita Ford) Chip Taylor The Troggs 3:45
8. "Parasite" (featuring John 5) Frehley Kiss 4:03
9. "Magic Carpet Ride" Rushton Moreve, John Kay Steppenwolf 3:43
10. "Cold Gin" (featuring Mike McCready) Frehley Kiss 5:18
11. "Till the End of the Day" Ray Davies The Kinks 2:27
12. "Rock and Roll Hell" Gene Simmons, Bryan Adams, Jim Vallance Kiss 6:31
2. "Street Fighting Man" Mick Jagger, Keith Richards The Rolling Stones 4:01
3. "Spanish Castle Magic" (featuring John 5) Jimi Hendrix The Jimi Hendrix Experience 3:35
4. "Fire and Water" (featuring Paul Stanley) Andy Fraser, Paul Rodgers Free 4:11
5. "Emerald" (featuring Slash) Phil Lynott, Brian Robertson, Brian Downey, Scott Gorham Thin Lizzy
6. "Bring It On Home" Willie Dixon Led Zeppelin 4:26
7. "Wild Thing" (featuring Lita Ford) Chip Taylor The Troggs 3:45
8. "Parasite" (featuring John 5) Frehley Kiss 4:03
9. "Magic Carpet Ride" Rushton Moreve, John Kay Steppenwolf 3:43
10. "Cold Gin" (featuring Mike McCready) Frehley Kiss 5:18
11. "Till the End of the Day" Ray Davies The Kinks 2:27
12. "Rock and Roll Hell" Gene Simmons, Bryan Adams, Jim Vallance Kiss 6:31
gościnnie wystapili na albumie:
John 5 – rhythm and lead guitar (3, 8)
Paul Stanley – lead and backing vocals (4)
Slash – lead guitar (5)
Lita Ford – lead guitar and lead vocals (7)
Mike McCready – lead guitar (10)
czwartek, 21 lipca 2016
Shakin' Stevens - There are two kinds of music..Rock & roll (1990)
Tak zgadza się. Bardzo lubię Shakina Stevensa. Nie sądziłem
tylko, że kiedykolwiek nadejdą takie czasy, gdy to moje upodobanie będzie
niszowe. Przy okazji wcześniej recenzowanej płyty tego artysty napisałem na
czym polegała oryginalność tego artysty. Również wymieniłem przyczyny sukcesu
tego wykonawcy. Dlatego odsyłam zainteresowanych do wcześniejszego tekstu.
Dzisiaj postanowiłem przedstawić płytę, którą uważam za najlepszą w całej jego
karierze. Nikt prawie do tej muzyki nie wraca. Dlatego obecnie jedna z
najjaśniejszych gwiazd lat 80tych w muzyce pop to nisza i to taka, która nie dorobiła
się nawet określenia "oldschool".
Płyta
"There are two kinds of music..Rock & roll" wydana została w
1990r. W tym czasie Shakina Stevensa praktycznie już się w Polsce nie słuchało. Świat w 1990r zmieniał
się a wraz z nim i muzyka. Daleko było temu artyście od względem popularności
do czasów pierwszej połowy lat 80tych. Tak w zasadzie płytą "Lipstick,
Powder and paint" z 1985r pomimo sporego przeboju jaki przyniosła rozpoczął
się powoli spadek zainteresowania w popkulturze tym artystą. Kolejne pozycje w
dyskografii paradoksalnie pomimo coraz
lepszych na nich piosenek, nie osiągały zakładanych sukcesów. Dlatego kto tak
naprawdę jeszcze w 1990r interesował się Shakinem ? Na pewno już nie ta nastolatka
z 1984r robiąca maślane oczy do przystojniaka w białych butach, kręcącego
biodrami. Stevensa w tamtym okresie powiedzmy sobie szczerze nikt już prawie
nie słuchał, a płytę o której próbuję coś napisać doceniono tak jak i w moim
przypadku grubo później. "There are two kinds of music..Rock &
roll" to album adresowany przede wszystkim dla miłośników rock and rolla, a dopiero później samego Shakina. Zawiera
dwanaście kompozycji z czego część tradycyjnie napisał sam Shakin lub jego
nadworni kompozytorzy, a część zapożyczono z klasyki gatunku. Zakrojona
kampania promocyjna, oraz spora ilość wydanych singli miała przełamać impas
tego artysty i ponownie rzucić go w centrum zainteresowań muzycznych młodzieży.
Nie udało się. Otrzymaliśmy jednak dzięki temu oprócz albumu, także pięć singli
i to również w wersjach 12''. Jako pierwszy pojawił się "Love
Attack". Później wydano " I Might", "Yes I Do",
"Pink Champagne" oraz "My Cutie Cutie". Każdy singiel
dorobił się teledysku nadawanego w MTV. Tak po prawdzie nie kojarzę z tamtego
okresu ani jednego klipu z tego albumu w telewizji polskiej. Większość
teledysków z tej płyty poznałem dzięki DVD "Collection" jaką swego
czasu nabyłem.
Na tej płycie według mnie wśród doskonałych wszystkich
kompozycji najbardziej wybija się aż pięć piosenek i to nie koniecznie akurat są
to te zawarte na singlach. "Yes I Do" to pierwsza z nich. Trochę
rytmem przywodzi na myśl "Cry Just a Little Bit" ale zdecydowanie więcej
w nim rock and rolla przez co i bardziej zadziorny to kawałek i co
najważniejsze nie przesłodzony, jak w tym wiadomym hicie z 1983r. Kolejny hit
tym razem pominięty w promocji, ale wychwycony choćby przeze mnie to "Tell
me". Klimatem przypomina mi "Shirley" i z pewnością jest równie
przebojowy, a zważywszy na to, że "Shirley" to zgrabnie zagrany cover
piosenki znanej z wykonania Johna Freda. (choć w tym 1982r mało kto wiedział o
tym - w tym i ja) to "Tell me" błyszczy w sposób szczególnie dobry.
"Pink Champagne" będący zarazem czwartym singlem, oficjalnie okazał
się chyba największym przebojem z tego albumu, zresztą faktycznie to
najbardziej chwytliwy kawałek wpadający w ucho. Perełką bez dwóch zdań jest na tej
płycie rewelacyjny rock and roll "My Cutie Cutie" nawiązujący
jakością do najlepszych standardów tego gatunku. Ta kompozycja to "Johny
B. Good" lat osiemdziesiątych. Świetnie zaśpiewana, zagrana i nagrana oraz
wyprodukowana. Nakręcono do tej piosenki
również wideoklip i to bardzo udany. Zresztą to nie jedyny udany klip z
tej płyty. Z bardziej znanych kawałków rock and rollowych na tym albumie mamy
"Tear it Up" (wcześniej -Johnny Burnette Trio) oraz "Queen of
the Hop" (wcześniej m.in. Bobby Darin i Dion). Shakin "Queen of the
Hop" nagrał na tym albumie po raz drugi, gdyż miał tą piosenkę już wcześniej
wydaną na płycie jeszcze z okresie The Sunsets. Porównując te dwie wersje można
dostrzec jaką drogę jakościową przeszedł ten artysta. Wersja pierwotna Shakina
pamięta wszak jeszcze czasy gry z zespołem The Sunsets i pochodzi z początków
lat 70tych. Jest surowa i brzmienie ma bardziej garażowe niż studyjne. Wersja
nagrana w 1990r jest krystalicznie czysta i porywa sobą niczym pierwotnie Bob
Darin (w okresie gdy romansował z rock and rollem). Na płycie nie mogło
zabraknąć choć jednego "słodkiego kawałka". Za taki robi tu
kompozycja "If i lose you". Może nie jest to wybitna piosenka, ale
trzyma spokojnie poziom "Becouse i love you".
"There are two kinds of music..Rock & roll" to
także powolne żegnanie się z firmą Epic, dla której nagrywał przez wiele lat. Wypuszczono
na rynek z logo Epic jeszcze tylko album świąteczny, oraz singla zamieszczonego
na składance podsumowującej okres jego pobytu w firmie. Płyta w mojej ocenie
jest doskonała i klasycznie rock and rollowa i co już wspomniałem świetnie jest
zrealizowana. Na żadnej brzmienie i dynamika nie jest tak dobra jak właśnie na
tej. Jej dostępność na rynku wtórnym jest ograniczona. Pomimo całkiem dużego
nakładu nieczęsto bywa na aukcjach w Polsce. Na Ebayu znacznie łatwiej ale i
tak trzeba liczyć się z tym, że zapłacimy za nią te czterdzieści złotych więcej
niż w przypadku wcześniejszych
wydawnictw.
01 Love
attack
02 I might
03 Yes i do
04 You
shake me up
05 Tell me
06 Tear it
up
07 My cutie
cutie
08 The
night time is the right time
09 Pink
champagne
10 If i
lose you
11 Queen of
the hop
12 Rockin'
the night away
Pink champagne - oficjalny klip
My Cutie Cutie - Oficjalny klip
Love atack - Oficjalny klip
Yes I Do - Oficjalny klip
I Might - Oficjalny klip
poniedziałek, 21 marca 2016
maxi single disco z lat 80-tych cz 9
Minęło troszkę czasu od ostatniego wpisu typu „przechwałka
czego to już ja nie mam ” a trochę płyt z tego typu muzyką mi przybyło. Może
nie oszałamiające ilości, czy też unikalne pozycje ale na tyle by zapełnić
kolejne siedem pozycji.
Aztec
Camera – Somewhere In my Heart (1988). Nie do końca piosenka powstała z
myślą o parkietach tanecznych ale wydana w wersji na dwunastocalowym singlu zdecydowanie
już tak. Myślę, że można założyć już patrząc z perspektywy minionych lat, że
ten przebój to jedyna rzecz jaka utkwiła nam w pamięci od tego artysty. Wersja
zamieszczona oznaczona jest dopiskiem w nawiasie - remix. Od wersji zwykłej , oprócz
oczywiście wydłużonego czasu, różni się trochę aranżacją, dostosowując tym „Somewhere
In my Heart” do tańca.
Beagle
Music LTD. – Ice In the Sunshine (1985). Bardziej projekt muzyczny niż
konkretna grupa muzyczna. Wydali pod tym szyldem tylko trzy single z których
dwa stały się przebojami. Przedstawiony w tym miejscu oraz „Daydream”.
Osobiście trudno mi ten singiel zaszufladkować do stylu Italo czy Euro disco,
gdyż bardziej brzmieniowo jest osadzona w klimatach lat 70tych. Niemniej te
kilka minut muzyki to świetny kawałek muzyki do tańca z bardzo pogodną i
przebojową melodią.
Chris Norman – Midnight Lady (1986). Doskonała piosenka.
Jedna z najlepszych kompozycji Dietera Bohlana. Przy okazji udany powrót
wokalisty Smokie na listy przebojów. Maxi singiel zawiera wersję opatrzoną
dopiskiem „Oryginal-TV-Mix (long version). Nie ma w niej pomimo dopisku wielkiego
szaleństwa czasowego. Całość jak na „long version” nie trwa długa bo raptem 5
minut. Sam maxi singiel, który posiadam promował nie tyle album solowy Normana
co film „Der Tausch”. Strona „B” zawiera utwór instrumentalny „Woman”, również autorstwa
Bohlana ale firmowany już nie jako Chris Norman a jako Chris Norman Project.
Osobiście ten instrumentalny kawałek nie podszedł mi i tak w ogóle nie pasuje
mi on ani do Normana ani Bohlana. Monotonny i ciągnący się jak poznański bieg
amatorów na 10 km.
Mirage – No more No war (1985). W tej części wpisu o maxi
singlach to chyba najciekawsza pozycja. Grupa ta nie rozpieszczała ilością
wydawnictw ze swoją muzyką. Piosenka zawarta na tym singlu to według mnie jeden
z najlepszych kawałków w całym dorobku tanecznym całej Europy lat 80tych. Dość długo
wyczekiwany przeze mnie na aukcjach w końcu trafił w moje ręce. Myślę, że nie
istnieje inna wersja niż ta którą zawiera ta płyta. „No more no war” jest w
mojej prywatnej ocenie w ścisłej czołówce najlepszych piosenek z kręgu Italo disco.
Zapewniam, że Mirage o którym piszę nie ma nic wspólnego z polskim zespołem
weselnym ani z brytyjskimi rockowcami jak również z d.j. projektem.
Video Kids –
Woodpeckers from space (1984) . Piosenka pamiętająca początki breakdance
w popkulturze masowej. Jednych ona zawsze drażniła innym się bardzo podobała.
Dla jednych sławetne hehe-he-he-he bawiło innych doprowadzało do szału. Obecnie
klasyk breakdance. Kiedyś byłem w tej grupie osób, których ta kompozycja
drażniła. Dzisiaj jestem bardziej wyrozumiały ale przyznam się, że w dalszym
ciągu nieczęsto gości u mnie ten singiel na talerzu gramofonu.
Baltimora – Tarzan Boy (1987) To mój drugi już singiel z tym
utworem. Wcześniejszy (również i wcześniej wydany) zawierał wersje „Summer” a
ten za to posiada „Extended”. Jeden z najbardziej rozpoznawalnych przebojów z lat 80tych. Wersja z tego singla była swego
czasu tą najpopularniejszą w Polsce (z uwagi na radio). Która wersja najlepsza
? Ja preferuję tą wcześniejszą.
Koto – Japanese War Game (1983). Po krótce, zresztą jak ze wszystkimi
innymi opisami. Płyta z kolejnym dość popularnym utworem Koto z tym, że jak dla
mnie brakuje na niej jeszcze tego szlifu jakościowego jaki Koto zrobił na
kolejnych płytach. Dla mnie brzmienie tych jego syntezatorów akurat tu wypada
jakby używał do tego celu Atari. Brzmi to trochę byle jak i zbyt prymitywnie i
jak lubię mocne space soundowe brzmienia tak tu tego nie słyszę. Płyta trafiła
w ręce moje przypadkowo i jest dla mnie bardziej jako znak tamtych czasów i miła nostalgia niż
jako muzyczny obiekt pożądania.
poniedziałek, 22 lutego 2016
Świnoujście - zima 2016
Czasami po prostu trzeba odreagować... a morze to ja ..... czy lato.... czy zima.... czy wiosna a nawet i jesienią. Po prostu zawsze... i za każdym razem magiczny moment, gdy ukazuje się oczom ono po raz pierwszy.. tak za wydmy jeszcze... Tylko jeszcze w takiej chwili posiada w sobie dzikość przyrody, niezmąconą komercją i promenadami pełnymi budek gastronomicznych. Dlatego morze zimą ma szczególny urok.... jest wolne od nadmiaru hałasu.. Sprzyja myślom, odprężeniu i daje poczucie błogości... W tym roku padło na Swinoujście... Pogoda ? Tak była pogoda a czy ładna ? Co za różnica., zwłaszcza zimą. Ostatni raz byłem tu gdy miałem około 10 lat... Zmieniło się tu wszystko albo to ja to "wszystko" zapomniałem i stąd takie postrzeganie... Urocza miejscowość, urocze morze, sympatyczni ludzie ...
"Mgła nad Bałtykiem"
Choć również mogłem dać tytuł "Białe foki na lodowej krze we mgle"
Choć również mogłem dać tytuł "Białe foki na lodowej krze we mgle"
"Stary Młyn" - wizytówka miasta. Patrzysz i od razu wiesz gdzie jest to miejsce.
"Spokój i cisza"
"Jeszcze kilka kroków"
"Bałtyk w Lutym"
"Towarzystwo podczas spacerów"
"A morze szumiało nam"
Kolejny spacer - w lewo ? - czy w prawo ? - jedyny dylemat.
Przyszłość budynków sakralnych w Polsce ?
"Penthouse apartment" - Jak żyć Panie Premierze ? ;-)
i dookoła wszysko ładne... jak to mówią "Polska w ruinie"
Subskrybuj:
Posty (Atom)




































