Trochę mniej mnie ostatnio wszędzie. Wpadłem na pomysł by trochę dołożyć starań i choć z podstawowych długów powychodzić.Życie dało mi możliwość popracować dodatkowo.Efektem tego jest, że miewam w miesiącu czasami kilkanaście godzin przerwy pomiędzy dyżurami 24 godzinnymi.Jedną z ostatnich rzeczy jest ochota na pisanie. Zdążę co najwyżej poczytać co piszą znajomi. Póki co sytuacja z dodatkowym zajęciem potrwa do czerwca. Myslę że jak się ogarnę (wejdę w ciąg i się przywyczaję do wielogodzinnej pracy) to i wygospodaruję czas na klinięcie tutaj o czymś konkretnym ( przynajmniej według mnie). Piszę to by dać znać, że żyję i tylko głupota w połączeniu z trudami utrzymania założonego standardu życia nie pozwala mi na większą aktywność. Najgorsze jest w tym to, że spadła u mnie potrzeba wielogodzinego słuchania muzyki. Zmęczenie to jednak taki stan pomiedzy otępieniem a niemocą co likwiduje wszelkie zdrowe objawy (łózko to najważniejszy mebel w domu - zaraz po szafce na sprzęt HI FI). Oby mi przeszło jak najszybciej to zniechęcenie do dźwięków wszelakich. Wiecie że od prawie dwóch miesięcy nie kupiłem żadnej płyty .... szok....... źle mi z tym
środa, 16 stycznia 2013
piątek, 7 grudnia 2012
ABBA - Trochę gorzkich słów rozżalonego fana
Piszę to z pozycji osoby która ABBĘ uwielbia.Jeśli komuś moje przemyślenia wydadzą się krzywdzące to proszę o wybaczenie.
W końcu to tylko myśli jakie błąkają się po mojej głowie od kilku już lat.
W końcu to tylko myśli jakie błąkają się po mojej głowie od kilku już lat.
Urażonych przepraszam
Prawdopodobnie jestem jednym z nielicznych, któremu nie zależy na tym by zespół ABBA się reaktywował. Jeśli by mieli to uczynić na jeden koncert to w ogóle bez sensu bo to nie była grupa typowo koncertowa. Jeśli by mieli nagrać nową płytę to jaką ? Osadzoną w brzmieniu ABBA made in 1976r ? Projekt spaliłby na panewce bo nowe piosenki zawsze zestawiane byłyby ze starymi a owe znane już przeboje ciągną za sobą całą legendę której nowościom byłoby brak. Klapa murowana.Poza tym wizerunek grupy dla wielu jej fanów zatrzymał się na tym 1981r i obecny image mógłby w konfrontacji z utrwalonym spowodować kancerę w naszej wyobraźni Agnetha choć nadal urocza ma już 62 lata. Bjorn 67. Osobiście nie chcę na scenie widzieć ludzi w obecnym ich wizerunku, by nie niszczyć w sobie wizji, jaką stworzyli mi jako dziecku swego czasu, dając pewien estetyczny wzorzec. ABBA dla mnie to produkt doskonały i spięty klamrą obejmującą okres pomiędzy debiutem a ostatnią płytą. Nawet nie rajcują mnie te wszystkie smaczki muzyczne wydawane dla koneserów a udostępnione publice dopiero grubo po zaprzestaniu działalności.Drobnym wyjątkiem darzę tylko jeszcze solowe płyty Agnethy na których miejscami pobrzmiewa muzycznie mi to co tak polubiłem wcześniej.ABBA skończyła się bezpowrotnie zostawiając po sobie nam osiem płyt długogrających wzbogaconych o kilka piosenek singlowych.To spory materiał ilościowy i jakościowy i jak dla mnie wystarczający.
Agnetha i Frida w 2009r
(Agnetha i przygryzanie wargi - to jej pozostało)
(Agnetha i przygryzanie wargi - to jej pozostało)
Inna rzecz mnie frapuje, gdy rozważam przyszłość a w zasadzie przeszłość ABBY. Panowie Bjorn i Benny to wybitni kompozytorzy, którzy w ciągu kilku lat potrafili stworzyć razem ponad 30 przebojów muzyki rozrywkowej. Co się z nimi nagle stało ?
Czyzby za tymi dwoma sympatycznymi Szwedami tak naprawdę kryło się dwóch narcyzów, których głównym celem jest pompowanie legendy o sobie samych ? Obaj panowie nie kryli tego, że fascynowała ich wielka czwórka z Liverpool. Czyżby postanowili w sztuczny sposób stworzyć analogicznie do Beatlesów swoją własną legendę ? Chyba to zbyt śmiała teoria ale porównań nie brakuje. Zawieszają działalność w okresie dużej płodności artystycznej i tuż po ogromnym sukcesie komercyjnym. Podobnie jak Beatlesi będąc skłócenie ze sobą (przynajmniej częściowo).Również ich zamiarem jest nie reaktywować zespołu. Beatlesi jednak komponowali i wydawali po rozpadzie kapitalne płyty. Bjorn z Bennym rozpoczęli odcinanie kuponów od swojej popularności. Mieli w tym sporo szczęścia, bo opatrzność czuwała nad ich rozbudowanym ego. Tą opatrznością była Catherine Johnson, która napisała scenariusz na podstawie piosenek zespołu i stworzyła coś czego nigdy Bjorn z Bennym by nie zrobili. Ona do współy z reżyserką Phyllida Lloyd stworzyła musical pokazując obu panom, że to czego tak pragnęli czyli napisanie przeboju musicalowego stało się faktem tylko sami nie dostrzegli tego jaki potencjał zawierały piosenki napisane wcześniej.Po latach różnych prób, zazwyczaj nieudanych Bjorn i Benny odnaleźli nową pasję. Sprzedać swój produkt muzyczny ponownie przyozdobiony w nowe szaty. Zaangażowali się mocno w projekt przedstawienia i tak oto w 1999r w Londynie miała miejsce premiera ich musikalu "Mamma Mia".Przedsięwzięcie artystyczne odniosło ogromny sukces i panowie ponownie znaleźli się na szczycie. Tym razem już nie jako kompozytorzy pop a twórcy muzyki do najbardziej kasowego musicalu ostatnich lat.Duma ich rozpierała mocna bo brali czynny udział w organizacji tego spektaklu.Oni mieli decyzdujący głos na kastingach w doborze wokalistów i wokalistek. Oni czuwali nad ścieżką dźwiękową. Nic bez nich nie mogło być zrobione w sferze muzycznej. Przy tej pracy nad całością dorobili się opinii perfekcjonistów.
Geniusze ? Szarlatani muzyczni ? Narcyzi ? Może wszystkiego po trochu. Jedno jest pewne to dzięki nim powstało osiem przepięknych płyt a reszta (po Szekspirowsku) niech będzie milczeniem
Zresztą w latach późniejszych gdy Mamma Mia była wystawiana w innych krajach, wszędzie byli obecni i wszędzie decydowali o obsadzie (pod względem wokalnym) i całości pod względem muzycznym.Sukces pozwolił panom w glorii spędzić całą pierwszą dekadę nowego wieku. Kolejne premiery w kolejnych państwach odgrzewały ABBA-manię.W 2008r ekrany kin zaszczyciła wersja filmowa tego przedstawienia.Obsada iście Holywoodzka dopełniła nobilitacji i tak oto panowie odgrzali po raz enty swoje dokonania sprzed powiedzmy 30 lat."Mamma Mia" dorobiła się też dokumentalnego filmu w którym pokazano kulisy kręcenia jak i wzbogacono go o materiał zdjęciowy pochodzący z różnych krajów w których odbyły się premiery tego musicalu na deskach.Nie zabrakło też wypowiedzi Bjorna i Bennego.Do nich właśnie chciałbym się odnieść a zwłaszcza do jednej.Bjorn w tym filmie powiedział,że sukces ABBY to oni sprawni kompozytorzy.Dziewczyny tylko śpiewały i praktycznie było to bez znaczenia, zę to właśnie one. Akurat trafiło na nie bo były związane z nimi i nie było potrzeby szukania.Potraktowali to jako przypadek.Uważają, ze sukces odnieśli by z innymi wokalistkami również.I jak tu lubić tych dwóch "przesympatycznych" Szwedów ? Umniejszają rolę Fridy i Agnethy na każdym kroku a to one były głównymi twarzami i głosem grupy.To one tworzyły cały wizerunek i to dzięki nim ABBA miała taką a nie inną pozycję.Panom jednak ciut odbiła sodówka widząc jak kolejne premiery Mamma Mia z różnymi obsadami odnoszą kolejne sukcesy. Tylko czy te sukcesy byłyby takie same gdyby wcześniej głosy Agnethy i Fridy nie stworzyły pod to podwalin ? Sporo pytań zadaję ale tylko już takie gdybanie pozostało. Zwłaszcza,że tacy sprawni wręcz geniusze kompozytorscy na przestrzeni ostatnich prawie 30 lat nie pokazali światu nic. Panowie jak widać nie czują potrzeby tworzenia a jedyne zajęcie jakie sprawia im przyjemność to jeżdżenie po świecie i kreowanie się na wielkich "nadtwórców" muzyki pop.Zapewne chcieli by być porównywani do McCartneya tylko że sir Paul cały czas tworzy i od czasu rozpadu zespołu napisał drugą część swojej historii jako twórca. Podobnie pozostali członkowie The Beatles. Bjorn i Benny zaś płyną cały czas tylko na fali swojego dawnego sukcesu, zresztą zawdzięczają go prawdę mówiąc dwóm paniom, które stworzyły z ich pracy nową jakość w postaci przedstawienia a później filmu.Jak znam życie całe ochy i achy i tak spijają oni, choć gdyby nie pani Johnson i Lloyd tyle by ze swojej popularności dzisiaj mieli ile pozostałoby ludzi z nostalgią wspominających czasy gdy dwie dziewczyny swoimi głosami podbiły pół świata.
Według Bjorna i bez tych pań ABBA by odniosła sukces. W ich miejsce mogły być inne piosenkarki
(ciekawe jak wtedy by się zespół nazywał ?)
Nie chciałbym być źle zrozumiały. ABBA była zjawiskowa i trafiła idealnie w czasy. Dostarczyła światu jak już pisałem ponad 30 piosenek o statusie przeboju.Była tworem w jakiś sposób doskonałym i wzorem dla wielu później powstałych zespołów.Wkład w historię muzki jest bezsporny.Kocham ich muzykę. Jednak dostrzegam pewną otoczkę którą wykreowano na przestrzeni ostatnich lat, która trochę nie zgadza się z faktami jakie dostrzegają moje oczy. Stąd ten wpis by pokazać, że nie wszystko jest w przypadku ABBY czarne albo białe.Podobnie zresztą jest z wizerunkiem pań. Agnetha otrzymała od mediów wizerunek tej pokrzywdzonej przez los i "niedobrego Bjorna". Problemy z kolejnymi partnerami życiowymi potęgowały to wraenie. Do tego nawet wyczytałem, że całość kasy jaką otrzymują z tantiem i praw zgarniają panowie. Przed fanami powstało wrażenie, że panie zyją pewnie w niedostatkach.Nic bardziej błędnego.Panie żyją bardzo dostanie a ten cały wizerunek aniołeczka pokrzywdzonego przez los w przypadku Agnethy spokojnie można by zweryfikować. Ale po to odsyłam do stron poświęconych zespołowi.
Hasta manana z programu TV nadanego w Hiszpanii.
Do niedawna jedyna dostępna wizyjna wersja tej piosenki
Do niedawna jedyna dostępna wizyjna wersja tej piosenki
Wielu pisząc o ABBA dokonują porównań do zespołu The Beatles.Przytaczają argumenyty o rozwoju muzycznym. o tym że każda płyta była inna i bogatsza brzmieniowo.Spora przesada w tym. Tam gdzie widoczny był kroczek w rozwoju ABBY w muzyce (z płyty na płytę) tak u Beatlesów widoczne były kroki siedmiomilowe.Oby takich porównań było jak najmniej. Każdy zespół ma swoje miejsce w historii. ABBA również ale na pewno nie obok The Beatles.Swojądrogą ciekawe czym nas Bjorn i Benny zaskoczą niebawem ? W końcu sukces Mamma Mia nie może wiecznie trwać. Może powstanie Anthologia ABBY ? Może powstanie serial 10 odcinków, fabularyzowany i autoryzowany tylko przez panów.Z pewnościa prędzej czy później trzeba będzie tego kotleta odgrzać bo panowie jak widać bez tego splendoru wokół siebie żyć nie potrafią.
bardziej znane fakty odgrzewania "kotleta" w datach
1992 - Erasure (będący zespołem na topie) wydaje Epkę - Abba-Esque zwierającą cztery hity Abby
1999 - Premiera musicalu Mamma Mia
2000 - Premiery Mamma Mia w USA i Włoszech (kolejne lata -kolejne premiery w kolejnych państwach)
1999 - Grupa szwedzka A-Teens wydaje płytę z coverami Abby i umieszcza je na listach przebojów w całej niemal Europie.
2005 - Madonna wykorzystuje sample z "Gimmy Gimmy Gimmy" do swojej piosenki "Hung up"uzyskując zgodę od panów kompozytorów ABBY. Zapewne otrzymała ją z uwagi na swoją pozycję w świecie muzycznym.
2008 - Premiera filmu Mamma Mia
Do tego należy dołożyć średnio co dwa lata informacja o reaktywacji zespołu.
czwartek, 6 grudnia 2012
ABBA - Visitors (1981) - recenzja
Tą płytą ABBA weszła w lata 80te na pełnych prawach i wymogach nowoczesnego brzmienia charakterystycznego właśnie dla tego okresu. Sporo tu brzmień synth-popowych i nawiązań do tego co już było faktem, czyli nastania new romantic. Młodzi co prawda woleli słuchać już wtedy Ultravox i im podobnych niż zachwycać się ABBĄ, ale trzeba oddać sprawiedliwości - album ten został dostrzeżony także przez nich. Dzisiaj z perspektywy czasu o wiele wyżej cenimy tą płytę niż wtedy gdy się ukazała. To wydawnictwo najlepiej pokazuje jaką długą drogę przeszedł zespół, pod względem rozwoju swoich umiejętności kompozytorskich. Niewątpliwie jest to album najbardziej dojrzały ze wszystkich. Czy najlepszy ? Chyba jednak nie, choć spotkałem się z ludźmi którzy tą płytę cenią najbardziej. Co ciekawe większość tych którzy faworyzują "Visitors" to na co dzień miłośnicy muzyki rockowej. Może w tym tkwi urok tej płyty, że klimatem blisko jej jest do muzyki rockowej i to takiej wtedy modnej, czyli mocno zmutowanej elektroniką. Czy album "Visitors" to jeszcze muzyka pop ? Czy adresowany był do słuchacza masowego jak wcześniejsze albumy ? Myślę, że tą płytą panowie po raz kolejny chcieli coś światu muzycznemu udowodnić.Wydaje mi się, że ABBA w tamtym okresie już przestała być dla Bjorna i Bennego celem a została środkiem dla osiągnięcia sukcesu. Fanom nie musieli udowadniać niczego, bo ci i tak kupili by w ciemno cokolwiek by wydali.Jaka jest więc ta płyta ? Moja odpowiedź brzmi następująco - refleksyjna. Tak to najlepsze określenie dla tej produkcji. Bardziej do słuchania niż tańczenia. ABBA skończyła całkowicie z dyskoteką I rozpoczęła flirt z brzmieniem new romantic. Jak dalej by się potoczyły muzyczno - aranżacyjne losy grupy już się nie dowiemy. Wtedy w 1981r ABBA brzmiała dalej świeżo i trzymała jeśli chodzi o modę rękę na pulsie. W warstwie tekstowej ABBA również poszła dalej. Nie ma co się dziwić temu, Bjorn w 1981r miał już 36 lat więc trudno by pisał teksty o miłości z pozycji nastolatka. W to miejsce powstały teksty choćby jak w "Slipping Through My Fingers" o przemijaniu, o troskach rodzicielskich. Coraz trudniej było ABBIE dotrzeć z czymś takim do młodych. Pozostała grupa wiernych fanów, która wraz z nimi dojrzewała i chyba głównie dla nich adresowany był ten przekaz.
Rozpocząłem niechronologicznie opisywanie piosenek i chyba przyjdzie mi ten bałagan utrzymać już do końca. Wcześniej na albumie pojawia się "When All Is Said and Done". "Etatowy tekściarz" Bjorn napisał do niej słowa odnoszące się do rozwodu Bennego z Fridą. Po "The Winner Takes It All" miał już pewną wprawę (Przepraszam za drobną złośliwość).Zaśpiewała ją oczywiście sama Frida dając dowód, ze nieprawdą jest by Agnetha miała monopol na liryczne piosenki. Największą ozdobą a kto wie czy i nie przebojem jest na tej płycie "One of Us". Ponownie fani zaczęli doszukiwać się w tekście piosenki odniesień do prywatnego życia Agnethy. Piosenka podobno opowiada o kobiecie, która chciałaby, aby związek, który się skończył, ponownie zaistniał. Tekst oczywiście napisał Bjorn. A oto moja krótka refleksja nad tymi spekulacjami fanów odnośnie łączenia prywatności z tekstami zespołu. Nie chce mi się wierzyć by Bjorn był aż takim narcyzem i pławił się nieszczęściem kogoś do niedawna bardzo bliskiego. Myślę, że faktycznie coś między Bjornem i Agnethą się skończyło i pozwoliło tworzyć tematycznie piosenki będące pewnym wyobrażeniem opartym owszem na własnym doświadczeniu ale mimo wszystko było to już pozbawione osobistych emocji. Trochę niesmakiem trąci mi tylko to, że Bjorn musiał być świadomy tego, że te teksty przez fanów odebrane zostaną w sposób wiadomy. Czyżby to był celowy zabieg marketingowy ? Ale to tylko takie moje domysły zupełnie nieistotne jeśli zestawimy je z muzyką . Z tej płyty miano przeboju (poza "One of us") dorobiło się chyba jeszcze tylko "Head over Heels". Trudno w ogóle doszukiwać się na niej hitów typowych dla ABBY. Jak już pisałem to płyta do słuchania. Moim faworytem tego albumu jest piosenka "Soldiers" z uroczą melodią w refrenie. Niestety ze zwrotek powiewa smutkiem. Kończy ona stronę A na wydaniu winylowym. Gdy przełożymy na drugą stronę pierwsza zabrzmi piosenka "I Let The Music Speak" - kolejna smutna piosenka (która to już na tym albumie). W ogóle na całości albumu smutek jest dominujący. Praktycznie każda piosenka zawiera go mniej lub więcej. Nie ratuje tego nawet zabawny miejscami tekst w "Two for the price of one" gdzie Bjorn wciela się w postać "szukającego" faceta i znajdującego na raz dwie panie (druga okaże się na końcu matką pierwszej, mająca dokonać oceny kandydata). Płyta jako całość jest po prostu smutna i tyle. Być może to główny powód, który sprawił, że nie osiągnęła ona zamierzonego sukcesu. Niektóre piosenki przewinęły się przez listy przebojów ale szału nie było. ABBA szła powoli w odstawkę. Młodzi mieli już nowych idoli a ABBA stała się symbolem starego brzmienia lat 70tych. ABBY nie wypadało już w 1981r słuchać. Warto dodać, że tłem dla albumu były jeszcze piosenki singlowe i to nie byle jakie: "Should I Laugh Or Cry"(aż szkoda, ze poza albumem się znalazła),"The Day Before You Came"(smutek, smutek i jeszcze raz ponownie smutek),"Cassandra( bez fajerwerków ale poprawnie ładna piosenka),"Under Attack" (ponownie szkoda, ze brak go na podstawowym krązku) Wszystkie piosenki dołączono na reedycji albumu w latach 90tych.
Dzisiaj płyty zespołu oceniamy z perspektywy próby czasu jakiej poddane były te wszystkie piosenki. Nie zdajemy sobie nawet sprawy jak przez wiele lat media kształtowały w nas przekonanie do tego, że ABBA to kunszt i wielka sztuka. Nie podważam tego wizerunku ale fakt jest taki, że obecnie do albumów tej grupy podchodzimy z niebywałą wręcz estymą. Obiektywnie gdybym miał oceniać poszczególne albumy tej grupy w odniesieniu do całości historii muzyki rozrywkowej to każdej należy się ocena pięciogwiadkowa. Nawet te mniej lubiane przeze mnie albumy jak "Voulez vous" i "Album" to materiał rewelacyjny. Chciałem jednak jakoś wyróżnić w tym zbiorze dzieła wybitne stąd oceny niektórych krążków musiałem zaniżyć. Płytę "Visitors" oceniam na cztery gwiazdki i to głównie klimat "pożegnalnej płyty" sprawił, że ocena poszybowała wyżej. Nie ulegnę wpływowi pewnych recenzji chcącym nadać płycie "Visitors" rangę płyty Abbey Road zespołu The Beatles. ABBA w przeciwieństwie do Beatlesów wcale nie żegna nas najlepszą swoją produkcją.Podziwiać należy za to, że będąc w zawiłych układach personalnych potrafili jeszcze stworzyć tak doskonały album, z którego może i wieje smutkiem ale z pewnością nie wieje nudą. Zresztą smutne też potrafi być piękne choć jeśli chodzi o zespół ABBA to dla mnie grupa zawsze kojarzyć się będzie z beztroskimi melodiami i wspaniałymi czasami mojego dzieciństwa.
Zapraszam niebawem na podsumowanie i osobiste refleksje dotyczące całej kariery i twórczości ABBY.
środa, 21 listopada 2012
ABBA - Super Trouper (1980) - recenzja
Jeżeli do poprzednich dwóch płyt miałem pewne zastrzeżenia tak do tego albumu trudno mi się przyczepić. Zanim go zrecenzuję winien jestem kilka wyjaśnień. ABBĄ zachwyciłem się w wieku 9 lat. ABBA w tym okresie wydawała w Polsce swoje dwie płyty (wiadomo które). Istnienie grupy w latach 1974 - 1982 analogicznie obejmuje u mnie okres mojego życia w przedziale 6 - 14 lat. Z uwagi na mój ówczesny młody wiek pisząc posiłkuję się obecnymi odczuciami ale często mieszam je ze wspomnieniami z dzieciństwa. Stąd czasami niektórym może się wydać dziwne w jaki sposób postrzegam wybrane albumy tej grupy. By od razu rozwiać wątpliwości płytę "Super Trouper" mogę oceniać już tylko z pozycji dzisiejszej.W 1980r jak się ona ukazała ABBA była mi muzycznie już obojętna. Oczywiście dalej lubiłem pierwsze trzy (Waterloo, ABBA, Arrival ) ale reszta nie pociągała mnie w ogóle. W świadomości gdzieś tam przewijały się strzępy, urywki z kolejnych płyt Szwedów ale ja wtedy byłem już opętany muzyką rockową a zwłaszcza klasyką rock and rolla, rockabilly no i doświadczałem rzeczy najpiękniejszej na świecie, czyli poznawałem a w zasadzie odkrywałem The Beatles.By prawdę napisać to dopiero ostatnia płyta "Visitors" nadana w trójce w okolicach 1982r zapowiedziana, że to już ostatnia płyta ABBY przykuła moją uwagę."Super Trouper" wtedy znałem tylko z tytułowej piosenki, która gościła w radiu dość często no i znałem wygląd okładki, gdyż ta płyta dość często widywana była w komisach i na giełdach płytowych.
Mój renesans na słuchania ABBY nastąpił dopiero w początkach lat 90tych i to wtedy dopiero dobrze poznałem zawartość albumu "Super Trouper".Myślę że te dwadzieścia lat słuchania tej płyty pozwoliło mi wyrobić sobie dość dobrze opinię o niej. Czas się więc podzielić tymi odczuciami.
Całość otwiera piosenka "Super Trouper" będąca wizytówką tego albumu. Piosenka utrzymana w klimacie disco, choć w roku 1980 muzyka disco brzmiała już inaczej.Widać panowie lekko przeoczyli ten fakt będąc przez ostatni okres w ciągłym galopie. Zresztą tekstem w tej piosence dają temu upust. Co od razu rzuca się w uszy to, że pomimo progresji w graniu kompozycja ma ponownie piosenkową lekkość jak hity z pierwszego okresu działalności zespołu. Zaraz po niej rozpoczyna się "The winner takes it all" i jest to według chyba wszystkich miłośników grupy najlepsza w ogóle piosenka zespołu.Dodatkowo smaczku dla fanów dodaje ścisłe powiązanie tekstu, wokalistki (w tym przypadku Agnethy) z faktami z jej życia prywatnego. Agnetha w tej piosence wspięła się na szczyt perfekcji tworząc wspaniałą interpretację i pokazując swój cały talent wokalny.Co ciekawe Bjorn zapytany o genezę powstania tej piosenki otwarcie mówi,że to on jest autorem tekstu i że nie odnosi się on w ogóle do ich życia prywatnego.Swoją drogą uważam, że trzeba było wtedy mieć tupet by w okresie tuż po rozwodzie swojej byłej żonie kazać zaśpiewać ten tekst, nawet jeśli uważa się, że nie ma on nic wspólnego z doświadczeniem jego już byłej zony.
ABBA - "The winner takes it all"
Nie chcę rozmawiać o tym co przeżyliśmy
To rani mnie, to teraz jest już historią
Rozegrałam swoje karty jak i ty swoimi grałeś
Nie ma już nic więcej do powiedzenia,
więcej asów nie ma w tej grze
Zwycięzca bierze wszystko, przegranemu zostaje niewiele
Po drugiej stronie Wiktorii taki już jest los
Leżałam w twych ramionach, myślałam - tam moje miejsce
Sądziłam, że to ma sens, Zbudowałam mur ochronny
Zbudowałam dom, myśląc, że w nim będę silna
Byłam głupia grając według reguł
Bogowie rzucają kostkami do gry, bez emocji
A ktoś na ziemi, traci kogoś bliskiego
Zwycięzca bierze wszystko,przegrany musi upaść
Zasady gry są proste, dlaczego miałabym narzekać
Powiedz, czy ona całuje cię jak ja ciebie kiedyś całowałam ?
Czy czujesz to samo, kiedy wykrzykuje imię twe ?
Gdzieś w głębi Wiesz, że tęsknię do ciebie
Lecz co mam powiedzieć ? Zasad trzeba się trzymać
Sędziowie wydadzą wyrok.Tacy jak ja muszą się z nim zgodzić
Widzowie, ciągle na drugim planie, Nowa gra, nowe szczęście
Kochanek czy przyjaciel ? Coś małego czy dużego ?
Zwycięzca bierze wszystko
Nie chcę już rozmawiać, Bo to mnie smuci
Rozumiem cię. Przyszedłeś, by przywitać się
Przeprosić chcę, że czujesz się źle
Widząc mnie spiętą, Niepewną siebie
Widzisz
Zwycięzca bierze wszystko
Zwycięzca bierze wszystko
Gra znowu się zaczyna
Kochanek czy przyjaciel ?
Coś dużego czy małego ?
Zwycięzca bierze wszystko
Fani od razu dorobili otoczkę obyczajową do tej piosenki bo porównań i odwołań w tekście do wizji jaką miała większość miłośników było sporo. To chyba głównie przez tą piosenkę Agnetha dorobiła się wizerunku tej najbardziej pokrzywdzonej przez "niedobrego" Bjorna. Prawda co do rozpadu małżeństwa była bardziej złożona i trudno tu mówić o jakimś porzuceniu jednostronnym kogoś.Piosenka odniosła ogromny sukces, jakiego nawet członkowie zespołu nie przewidywali. Bjorn z Bennym nawet w wywiadzie bagatelizowali wielkość tej kompozycji uważając ją za nic specjalnego, zwłaszcza w kwestii melodii.
Po tym popisie Agnethy na płycie mamy piosenkę "On and on and on". Wprawne ucho dosłucha się w niej pomysłu zaczerpniętego z "Good Vibrations" Beach Boysów ale może to zbyt daleko idące porównanie i zbieżność powstała zupełnie przypadkowo.Przy dwóch pierwszych utworach, ten trzeci nie wypada aż tak okazale ale to w dalszym ciągu solidna i barwna kompozycja.Za to kolejna piosenka "Andante, andante" to ukłon dla miłośników kompozycji typu "Fernando", "Chiquitta". Wydana nawet na rynku południowo amerykańskim na singlu. Ma ten sam klimat tzn. łagodność połączoną z melancholią.Zamyka pierwszą stronę "Me and I". Piosenka o rozdwojeniu jaźni,zresztą nawet do Jekyll i Hyde'a odwołuje się tekst.Polecam tą piosenkę bo naprawdę fajny to kawałek, zwłaszcza gdy zwrócimy uwagę na tekst.
Stronę B otwiera piosenka taka trochę niby okolicznościowa "Happy New Year" ale w tekście przewija się refleksja nad przemijaniem kolejnych nadzieii i życzenia szczęśliwego nowego roku dostają tutaj dość gorzką otoczkę.Naprawdę kolejny świetny tekst ubrany w piękną melodię.Sporo na tym albumie jest nostalgii. "Our last summer" zapewnia nam ją w dawce wręcz gigantycznej. Kto wie czy to nie jest najładniejsza melodia na tej płycie. Gdyby nie wymiar emocjonalny na "The winner takes it all" ta piosenka byłaby zdecydowaną faworytką całości tego wydawnictwa.Pomijam już tu łatwość identyfikowania się z tekstem każdemu słuchaczowi. Kto w końcu nie ma co wspominać z przeszłości, zwłaszcza dawnej miłości ? Przepiękna piosenka. Jedna z najlepszych w całym bogatym dorobku ABBY.Kolejna piosenka "The Piper" odwołuje się do muzyki folkowej i to zarówno smaczkami muzycznymi jak i tekstem. Dziwna to kompozycja bo składa się ona jakby z trzech prawie identycznych fragmentów różniących się tylko tekstem.Dodam że to jeden z moich ulubionych tekstów tej grupy pomimo, że w sumie jest dość prosty. Pomysł na niego kto wie czy nie zrodził się z opowieści o szczurołapie, który za pomocą muzyki wyprowadził z miasta gryzonie. Jeżeli moja teoria jest chybiona to ja i tak znajduję pewną analogię w tym tekście do tej opowiastki, stąd moje odczucia.Kolejna hit z tej płyty to "Lay all your love on me" i tu już nie ma mowy o kompromisie. To typowe disco made in 1980r.Brzmienie, rytm,te syntezatory w tle i mocno zarysowany rytm to esensja tego stylu w 1980r. Zawsze mnie dziwiło dlaczego tą płytę każdy określa jako typowo dyskotekową, gdy tak naprawdę tylko jeden utwór na niej, właśnie ten jest osadzony w tym gatunku.Kończący całość "The way old friends do" to taka trochę "ogniskowa" piosenka coś w stylu znanej na całym świecie i to w różnych językach śpiewanej, starej szkockiej pieśni "Auld Lang Syne".U nas popularnej jako "Ogniska już dogasa blask". W tym przypadku akurat tematem głównym jest stara sprawdzona przyjaźń.Piosenka wzruszająca z klimatem "kominkowym" lub jak kto woli ogniskowym.
Z tego albumu wykrojono sporo singli bo chyba osiem.Oczywiście nie wszystkie ukazały się wszędzie ale warto odnotować, że aż dwa numery zdobyły pozycję pierwszą na listach angielskich a także i w USA ABBA zaliczyła pozycję numer jeden.W reedycji płyty dodano jako bonusy dwie piosenki: "Elaine" oraz "Put On Your White Sombrero". Obie doskonale uzupełniły całość i szkoda, że nie upchnięto ich na płycie wcześniej.
Przy pisaniu recenzji płyty "Arrival" napisałem celowo, że było to szczytowe osiągniecie zespołu pod względem sukcesu komercyjnego. Album "Super Trouper" za to uważam za szczytowe osiągniecie artystyczne. Oczywiście artyzm tutaj nie przeszkodził przebojowości.Ocena pięć gwiazdek w pełni usprawiedliwiona. Szkoda tylko, że większość w tym i ja tą płytę doceniło po czasie. W 1980r stosunek do ABBY w większości u młodych był trochę lekceważący.ABBA stawała się wtedy zespołem starszego pokolenia, czyli tych co pamiętali okres ich kariery z pierwszych trzech płyt.Dla młodych rodził się wtedy new romantic, nowa fala rządziła na całego a w muzyce pop, zwłaszcza w Niemczech, Polsce i Rosji do łask zaczynały wracać piosenki pochodzące ze słonecznej Italalii. Póki co śpiewane jeszcze w rodzimym języku.
wtorek, 20 listopada 2012
ABBA - Voulez Vous (1979) - recenzja
Nie lubię tego albumu, zresztą jest jedynym, który mam tylko w wersji CD. Muzycznie zawiera materiał bardzo dobry a jego nieszczęście w moich oczach polega chyba jedynie na tym, że w okresie ukazania się na rynku praktycznie przeszedł mi bez śladu. Brak mam z nim jakichkolwiek wspomnień i to prawdopodobnie powoduje że album odbieram mniej emocjonalnie niż pozostałe.Trochę to krzywdzi całość oceny, niemniej siebie nie będę oszukiwał. Jedynie co pamiętam z tamtego okresu to piosenkę "Gimme gimme gimme" wydaną zresztą tylko na singlu.W rok później dzięki Polskiej Telewizji i programom typu "Piosenki na życzenie" wypromowano jeszcze "Chiquitita". Całość albumu znana była chyba tylko miłośnikom tej grupy a ta z biegiem czasu bardzo się, zwłaszcza w Polsce pomniejszyła. W 1979r na polskim rynku muzyki pop królowały głównie Boney M oraz Bee Gees.ABBA była już w lekkim cieniu innych artystów, nawet tych chwilowych. Oczywiście stylistyka Disco dominowała na całego i oprócz Boney M i Braci Gibb pojawiło się wtenczas wiele mniejszych i większych gwiazd takiego stylu, często lansujących zaledwie po jednym przeboju. Tłok był na listach przebojów olbrzymi. ABBA chcąc iść w zgodzie z modą również ten album przygotowała przynajmniej częściowo dla odbiorców dyskoteki.. "Voulez vous", "As good as new", "Angel eyes" to typowe przykłady kierunku disco w kompozycjach zespołu a piosenka "The king has lost his crown" aż w całości pachnie stylem Bee Gees. Uważam ten zabieg zresztą za celowy. Ciekawe czy ktoś oprócz mnie dostrzegł to zadziwiające podobieństwo ?.
Tyle w zasadzie mamy tu disco. Reszta płyty to typowa ABBA z poprzedniego albumu "anno domini 1977", czyli dwie urocze przebojowe melodie "Chiquitita" i trochę w greckim klimacie "I have a dream". Dynamiczny rock n rollowy numer "Does your mother know" oraz przebojowe "Kisses of fire" kończący całość i mogący swoją stylistką śmiało zdobić którąś z pierwszych płyt tej grupy. O dwóch piosenkach "If it wasn't for the nights" oraz "Lovers (live a little longer)" nic dobrego napisać nie mogę bo wręcz drażnią.
Z pewnością płyta ta ma wielu zwolenników bo zawiera przynajmniej z cztery piosenki uważane za przeboje. Dla mnie niestety akurat te zawarte na płycie należą do tych najsłabszych hitów tej grupy. Szkoda, że bardzo dobre "Gimme gimme gimme" nie zasiliło tego albumu i nie zostało wiodącą piosenką. Tytułowe "Voulez vous" jest znacznie mniej dyskotekowe co w tamtym okresie było wadą. Polityka wydawnicza zespołu zakładała wtedy jak widać, obecność singli z repertuarem muzycznym odmiennym od zawartości longplayów. Na singla wybrano oprócz "Gimme gimme gimme" jeszcze "Chiquitita / Lovelight. Nagranie ze strony B nie trafiło na album. Obecnie jest jako bonus na reedycji. Szkoda bo jest znacznie lepsze od tych dwóch "drażniących"o których wspomniałem wcześniej.
Płytę oceniam na trzy gwiazdki bo warta jest polecenia i zawiera materiał muzyczny bardzo dobry, choć jak na możliwości zespołu nie powalający z nóg. Zresztą jak już pisałem wcześniej w recenzjach płyt tej grupy, panowie z ABBA nie schodzili poniżej pewnego wysokiego poziomu.Z tą płytą na pewno kojarzyć się będą zawsze piosenki "Voulez vous" oraz "Chiquitita". Dodatkowo za sprawą filmu "Mamma Mia" może jeszcze ktoś pokojarzy "Does your mother know" oraz "I have a dream" - reszta z tego albumu pozostanie tylko w umysłach oddanych fanów ABBY. Ważnym faktem poza muzycznym 1979r dla zespołu było podjęcie decyzji Bjorna i Agnethy o separacji małżeńskiej. Jak widać muzycznie nie odbiło się to na zespole ale powoli zapowiadało zakończenie wspólnej działalności.
Płytę oceniam na trzy gwiazdki bo warta jest polecenia i zawiera materiał muzyczny bardzo dobry, choć jak na możliwości zespołu nie powalający z nóg. Zresztą jak już pisałem wcześniej w recenzjach płyt tej grupy, panowie z ABBA nie schodzili poniżej pewnego wysokiego poziomu.Z tą płytą na pewno kojarzyć się będą zawsze piosenki "Voulez vous" oraz "Chiquitita". Dodatkowo za sprawą filmu "Mamma Mia" może jeszcze ktoś pokojarzy "Does your mother know" oraz "I have a dream" - reszta z tego albumu pozostanie tylko w umysłach oddanych fanów ABBY. Ważnym faktem poza muzycznym 1979r dla zespołu było podjęcie decyzji Bjorna i Agnethy o separacji małżeńskiej. Jak widać muzycznie nie odbiło się to na zespole ale powoli zapowiadało zakończenie wspólnej działalności.
piątek, 16 listopada 2012
ABBA - The Album (1977) - recenzja
Jedno co możemy z pewnością napisać o tej płycie to fakt, że ABBA nam wydoroślała i spoważniała. Zazwyczaj przymiotniki te budzą powszechnie pozytywne odczucia. U mnie w tym przypadku niekoniecznie. ABBA pokochałem za jej lekkość kompozycji, przewidywalność, przebojowość i tą całą otoczkę beztroskiego wizerunku jaki grupa kreowała poprzez wystąpienia telewizyjne czy muzykę. Na płycie "The Album" coś się zacięło i panowie zaproponowali nam swoją nową jakość.Już pierwsza piosenka "Eagels" nie ma nic wspólnego z czymś co po pierwszych taktach powinno brzmieć przebojowo. W to miejsce mamy refleksyjną rozbudowaną melodię z tekstem odwołującym się do wolności. Całość okraszono patosem i oto cały świat uznał, że ABBA zaśpiewała ambitną piosenkę. Tylko kto tak naprawdę oczekiwał od tej grupy ambicji muzycznej ? Na szczęście już druga kompozycja "Take a chance on me" to już typowa wspaniała ABBA jaką polubiły tłumy. Pierwsze sekundy piosenki i już ją uwielbiamy.Nie dziwi to, że z tego albumu akurat ten utwór odniósł największy sukces. Kolejny "One Man,one Woman" niestety znowu jakiś dziwny patos wkradł się do całości. Zresztą tekst też raczej bajkowy nie jest. ABBA coraz częściej obarcza nas problemami w swoich piosenkach i coraz trudniej wybiera się te piosenki w celu poprawy natroju.Kolejne nagranie zresztą z bardzo piękną melodią "The name of the game" też w tekście niesie problem związany z budowaniem zaufania do siebie kochających się ludzi.Po przełożeniu płyty na drugą stronę rozpoczynamy odsłuch od piosenki "Movie on" i jest to dość jasny punkt na tej płycie. Mamy tu tą lekkość w kompozycji jaką u ABBA sobie wszyscy cenimy. Niemniej nie jest to nic aż tak wielkiego by piosenka mogła nadawać ton opinii o całości.Sporo w niej odniesień stylistycznych do muzyki folk co przy wcześniejszy doświadczeniu muzycznym panów przynajmniej mnie nie dziwi."Hole in your soul" ta piosenka zazwyczaj kojarzy mi się z rozpoczynającym mini musikal tematem. Niestety nie jest ona integralną częścią choć według mnie pasuje idealnie do reszty. Jest czymś na wzór uwertury, zresztą i tak to według mnie brzmi jakby w tym celu powstała.Najsilniejszym akcentem muzycznym tego albumu są ostatnie trzy piosenki które tworzą całość i są formą mini musikalu pod tytułem "The Girl With The Golden Hair".Całość rozpoczyna "Thank You For The Music" która to należy obecnie do najbardziej rozpoznawalnych melodii ABBA. Nawet nie razi mnie ten typowy dla musikalowych piosenek rozmach. Oczywiście patos napompowany do maksimum a Agnetha śpiewa tu nie jak piosenkarka pop a raczej artystka rodem z Brodwayu. Obok "Take a chance on me" to najlepszy fragment tej płyty.Później mamy jeszcze nijakie "I Wonder" oraz "I'm a Marionette", które przeważnie się podoba ale mało ma wspólnego z piosenkami typowymi pop.
Podsumowując całość.Płyta "The Album" jest zdecydowanie przekombinowana. Zawiera sporo świetnej muzyki ale trzeba ją rozpatrywać jużw innych kategoriach niż wcześniejsze płyty. Panowie koniecznie chcieli na niej zabłysnąć. Udowodnili już, że potrafią stworzyć przebój a nawet kilkanaście ich w ciągu dwóch lat, czas więc według nich nadszedł na rzeczy bardziej ambitne. Udało im się według mnie średnio dobrze.Ten mini musikal to z pewnością ozdoba tylko co on robi na płycie pop ? Każda kompozycja broni się na płycie bo w dalszym ciągu zawierają one ciekawy aranż i wspaniałe melodię ale zatraciło wszystko swoją świeżość a to była główna broń wcześniejszych płyt tej grupy .W dalszym ciągu ABBA odnosiła sukcesy na listach przebojów ale coś się w 1977r według mnie już zaczynało zacinać. Zwłaszcza w Europie ABBA powoli przygasała.Być może powodem tego było pojawienie się na rynku muzycznej odpowiedzi na sukces Szwedów. W Niemczech z wielkim rozmachem wtargneła w zarezerwowany obszar dla ABBy grupa Boney M, w Hiszpanii pojawił się duet Baccara a w Holandii Luv. Na listach zaczynało robić się tłoczno.Oczywiście zespół ze Szwecji posiadał ugruntowaną pozycję jednak Panowie z ABBA po raz pierwszy stanęli przed faktem posiadania silnej muzycznej konkurencji. Szkoda, że ta płyta powstała ze zlepienia kilku różnych pomysłów przez co stylistycznie zawiera totalny bałagan. Niepotrzebnie wkradł się do muzyki patos. Szkoda również, że pomysł na musikal "The Girl With The Golden Hair" nie ukazał się na osobnej płycie i nie został rozbudowany. Myślę, że większa korzyść byłaby z tego jakby ten materiał został dopracowany, powiększony i faktycznie był muzycznym spektaklem nie koniecznie mieszającym się z piosenkami pop tej grupy. "Take a chance on me" powinno wyjść sobie na singlu wspólnie z "The name of the game" i powolutku być zwiastunem płyty takiej naprawdę na miarę tego zespołu.
Okładkę mojego egzemplarza "zdobią" długopisowe gryzmołki
zrobione przez anonimowego sprawcę.
zrobione przez anonimowego sprawcę.
Czyn tego domowego artysty traktuję jako specyficzną krytykę szaty graficznej tej płyty
Na obronę tej płyty mogę napisać, że w owym czasie Agnetha spodziewała się dziecka a także kręcono w tym czasie film "The ABBA movie". Nie sprzyjało to atmosferze i było to wszystko ciut męczące. Do tego w tym okresie po raz pierwszy do prasy zaczynały przeciekać liczne informacje z życia prywatnego członków zespołu a nie wszystkie z nich miały zabarwienia pozytywne.Wbrew mojej obecnej opinii Album stał się ogromnym sukcesem i to nawet w Anglii docierając do pierwszego miejsca i pozostając tam przez dziewięć tygodni.
Album oceniam na trzy gwiazdki bo rozpatrując każdą piosenkę osobno godna jest polecenia ale jeżeli miałbym komuś polecić najlepszą płytę ABBA to ta byłaby chyba ostatnia w kolejce. No może tylko "Ring Ring" jest słabsza.Całość trzyma poziom wysoki bo panowie poniżej poprzeczki jaką sobie postawili nie zeszli nigdy ale relatywnie względem innych płyt tej grupy "The Album" nie powala swą zawartością. Zresztą co tu dużo rozpisywać się. Tylko dwa przeboje wylansowała ten album. Jak na ABBę to mało. Nawet zadziwiająco bardzo mało.
środa, 14 listopada 2012
ABBA - Arrival (1976) - recenzja
Album "Arrival" uważam za szczytowe osiągnięcie grupy ABBA pod względem komercji.Pojawił się on po siedemnastu miesiącach od czasu sukcesu poprzedniego albumu. Dość znaczna przerwa wydawnicza spowodowana była głównie bardzo dużą promocyjną aktywnością grupy. Ta promocja to nic innego jak stała obecność koncertowa oraz bardzo liczne występy w programach telewizyjnych.Tą przerwę między albumami wypełniło również wydanie singli zapowiadających nowy album, więc oczekiwanie nie było aż tak dla fanów bolesne. ABBA była w 1975 i 1976r całkowicie poza zasięgiem konkurencji. Przyszły rok dopiero miał to zmienić wraz z pojawieniem się w Europie mody muzyki Disco. Póki co rok 1976 w dalszym ciągu należał do Szwedów. Idąc za ciosem sukcesu, do wydania kolejnej płyty panowie przygotowali się w sposób specjalny. Jeżeli album ABBA uważam za wspaniały to dla "Arrival" brakuje mi już odpowiednio pięknego przymiotnika. Nie obyło się co prawda bez błędów przy okazji tworzenia tej płyty i zdarzyło się nawet jak to się mówi często wylanie wody po kąpieli wraz z dzieckiem ale to napiszę za chwilę. Płyta zawiera w całości absolutnie materiał przebojowy. Jeżeli na poprzedniej zdarzyły się z dwie, może trzy piosenki ciut słabsze, tak tutaj wręcz zabrakło miejsca do wsadzenia wszystkiego. W ten oto sposób jeden z największych przebojów zespołu pierwotnie nie pojawił się na tym albumie. Dopiero reedycje albumu na cd naprawiły tą zaległość. Mam na myśli tutaj piosenkę "Fernando", która zresztą doczekała się również wersji w języku hiszpańskim. Posiada także wersję nagraną w języku ojczystym. Co ciekawe tekst angielski tematycznie różni się od wersji szwedzkiej.Wersja ojczysta opowiada o miłości a angielska o żołnierzach. Pierwotny tekst napisał Stig a kolejny Bjorn. Kolejną piosenką, którą pominięto to "Happy Hawaii". Zastąpiono ją wręcz bliźniaczym utworem "Why did it have to be me". Z tego co gdzieś czytałem to pierwszą wersją było właśnie "Happy Hawaii" ale panowie mieli obiekcję i w rezultacie pozmieniali ją. W efekcie na płytę trafiło to drugie. "Happy Hawaii" ukazało się na pociechę na singlu. Dla mnie osobiście ta kompozycja w wersji pierwszej jest zdecydowanie lepsza. Panowie jednak uważali inaczej. Gdyby w 1976r oba te odrzuty znalazły się na ścieżkach albumu całość wypadła by jako produkt całkowicie skończony i idealny. Ale dosyć z marudzeniem, tym bardziej, że w latach 70tych single były pełnoprawnymi publikacjami a nawet w przypadku muzyki pop jej głównym nośnikiem.
A teraz już o samej zawartości albumu "Arrival". Cała Europa w dalszym ciągu chłonęła jeszcze hity dotychczasowe zespołu a tu jak petarda do świadomości ludzi wdarło się od razu kolejne dziesięć. Praktycznie z tej płyty można by było uczynić osobliwe "Greatest Hits" zespołu.Płytę otwiera "When I kissed the teacher" z melodią z której można by śmiało zrobić kilka piosenek. Po niej mamy uważany za największy przebój zespołu "Dancing Queen", będący pierwszą muzyczną odpowiedzią grupy w kierunku nowej mody disco.Jako trzecia piosenka "My love my life" zwalnia trochę tempo ale tylko po to by ukazać wspaniałą harmonię wokalną pań ubraną w przepiękną nastrojową melodię. "Dum dum diddle" to powrót do tego co w ABBA z wcześniejszych płyt było najlepsze, czyli prosta łatwo wpadająca w ucho melodia i pogodne wykonanie. Bjornowi ta piosenka nie podeszła i do dziś ma kiepskie o niej zdanie ale w końcu pojawiła się na płycie ku radości wielu fanów mniej do niej krytycznie nastawionych. Stronę A zamyka "Knowing Me, Knowing You", piosenka formatu wcześniejszych przebojów takich jak "SOS" czy "Mamma Mia". Stronę B otwiera pierwszy muzyczny romans Bjorna i Bennego z muzyką musikalową, czyli "Money Money". Ja doszukuję się nawet wspólnego mianownika stylistycznego a nawet i teksowego z piosenką o podobnym tytule pochodzącej z filmu kabaret. Po niej mamy uroczą kompozycję "Thats me" , choć trzeba oddać, że przy tych wszystkich przebojowych tuzach brzmi nad wyraz skromnie. Jej urodę dostrzega się dopiero po opadnięciu pierwszych emocji spowodowanych tymi największymi przebojami. Później mamy wspomnianą piosenkę "Why did it have to be me" będącą rozwinięciem myśli kompozytorskiej panów w stosunku do innej piosenki.Jak wspomniałem wolałbym w to miejsce mieć na płycie "Happy Hawaii". Przedostatnia piosenka to "Tiger". Piosenka, która mi się najbardziej kojarzy z tym albumem i według mnie wraz z "When I kissed the teacher" stanowią klamrę nadającą tej płycie jej własny styl. Całość zamyka instrumentalny utwór tytułowy, czyli "Arrival". Swego czasu poddany odnowieniu w postaci coveru zagranego przez Mika Oldfielda.
Robiąc podsumowanie to "Arrival" jest najlepszą płytą jaką ABBA wydała. Idealnie wpasowana stylistycznie w okres rodzącej się w Europie mody na Disco. Kompozycje dopracowane do perfekcji a panowie jak nigdy wcześniej zresztą także jak i później nie dysponowali przy jej tworzeniu taką swobodą i polotem. Niesieni na fali własnego geniuszu zbierali pochlebne recenzje, które póki co tylko jeszcze bardziej motywowały ich do pracy twórczej. Dodać należy, że ABBA w tym okresie nie posiadała jeszcze konkurencji na tyle silnej by ktokolwiek mógł wyrwać im palmę pierwszeństwa. Album "Arrival" uważam za najlepszy w całej historii muzyki pop w Europie. Jest tym samym dla muzyki popularnej co "czwórka" Zeppelinów dla świata rockowego. Stworzyć coś przebojowego a trzymającego wysoki poziom muzyczny jest o wiele trudniejsze niż się może wydawać.Stąd moja bardzo wysoka ocena tej płyty.
Kiedyś znany komik powiedział, że zrobić sztuczkę na linie to rzecz trudna ale zrobić ją i do tego jeszcze rozbawić publiczność to sprawa jeszcze po trzykroć trudniejsza. Dlatego zrobić muzykę przebojową a zarazem niebanalną uważam za sztukę nad wyraz trudną, kto wie czy nie trudniejszą od stworzenia całego albumu z muzyką progresywną. Po ukazaniu się tej płyty do naszego kraju zawitała grupa na koncert w telewizyjnym Studio 2. Na ten okres datuje się chyba w Polsce największe bum popularności tego zespołu. Płyta "Arrival" nie ukazała się podobnie jak wcześniejsze już na naszym rynku.
Warto też dodać, że tą płytą ABBA odniosła sukces w Anglii zajmując pozycję numer jeden w zestawieniu najlepiej sprzedawanych płyt. Nawet w Stanach płyta dotarła do dwudziestki.a singiel z "Dancing Queen" znalazł się na samym szczycie.Co prawda "Dancing Queen" był jedynym numerem jeden w Stanach w ciągu całej kariery grupy ale nie do końca odzwierciedla to, na ile ABBA faktycznie była na nowym kontynencie popularna. Innymi piosenkami z tego albumu, które otarły się o listy zajmując nawet pierwsze pozycje to "Knowing Me, Knowing You", "Fernando", "Money, Money, Money"
ABBA - Telewizja Polska PR II "Studio 2" rok 1976.
Jedyny znany mi przypadek w Polsce gdy zawitał do nas najpopularniejszy zespół w Europie i to w okresie swojej największej popularności.
Track lista (wersja LP - WINYL)
A1 When I Kissed The Teacher
A2 Dancing Queen
A3 My Love, My Life
A4 Dum Dum Diddle
A5 Knowing Me, Knowing You
B1 Money, Money, Money
B2 That's Me
B3 Why Did It Have To Be Me
B4 Tiger
B5 Arrival
A2 Dancing Queen
A3 My Love, My Life
A4 Dum Dum Diddle
A5 Knowing Me, Knowing You
B1 Money, Money, Money
B2 That's Me
B3 Why Did It Have To Be Me
B4 Tiger
B5 Arrival
W późniejszych reedycjach na cd (w 1984 jeszcze pominięto) dodano jako bonus dwie piosenki "Fernando" i " Happy Hawaii"
Subskrybuj:
Posty (Atom)


















