czwartek, 17 listopada 2016

maxi single disco z lat 80-tych cz 10



W kolejnej odsłonie małego przechwalania się, zamiast siedmiu płyt prezentuję trzy, ale za to jest to moja sentymentalna górna półka. Myślę również, że dla wielu zbieraczy maxi singli byłyby to smakowite kąski. Opisy dość powierzchowne, bo te płyty nie posiadają jakieś wielkiej historii, a i ludzie za nie odpowiedzialni nigdy nie odnieśli popularności, jak było to w przypadku choćby Giorgio Morodera, Franka Fariana etc.. Dla mnie stanowią wartość bo przynajmniej dwie z nich w 1986/87r pełniły rolę coś na wzór soundtracku moich sobotnich wieczorów w Ciciborze.



Check up Twins – Sexy Teachers (1987)

Check up Twins to kolejny projekt muzyczny nie mający nic wspólnego z jakąś regularnością. Kryje  się pod tą nazwą  Alex Cundari, a przy mikrofonie stanął Gianluca Bergonzi. Wokalista bardziej kojarzony jako  J.D. Jaber. Wcześniej panów połączyło już jedno wydawnictwo, gdyż w 1986r oboje pracowali przy „Dont’t wake me up” . Alexa Cundari przy pewnych poszukiwaniach możemy spotkać w kilku jeszcze innych pomysłach, między innymi w początkowych fazach powstawania  tworu o nazwie Radiorama. Co do projektu Check up Twins należy go potraktować jako epizod. Poza dwoma, trzema tytułami nic więcej nie powstało. Zresztą nawet „Sexy Teachers” hitem stała się dopiero po falstarcie. Rok wcześniej wydano już ją na singlu z zupełnie inną aranżacją. Taka produkcja wtedy nie chwyciła. Dopiero rozszerzenie wersji i wzbogacenie jej o bardziej wyraźny motyw przewodni (syntezatorowy) sprawiło, że piosenka stała się przebojem. Na ile była faktycznie popularna w Polsce w tamtych czasach nie wiem. W latach 80tych przy znikomym przepływie informacji każde miasto a nawet dzielnice potrafiły mieć w swoich klubach zupełnie inne track listy. W Poznaniu niewątpliwie „Sexy Teachers” było wielkim hitem roku 1987. Maxi singiel nie zawsze łatwy w pozyskaniu, ale czasami można go na aukcjach trafić. Z ceną bywa różnie. Na pewno nikt tego za półdarmo nie odstępuje. Wydany przez mój ulubiony label Memory records. Strona B singla „Slapping Song (Mix Version)”’ praktycznie nie zasługuje nawet na wzmiankę. Po prostu słaba rzecz.

Swan    General Custer (1986)

Kolejny singiel stanowiący ozdobę mojej kolekcji. Wydany oczywiście przez Memory Records. Pod pseudonimem kryje się Giancarlo Cinelli i on odpowiada za całość produkcji i aranż. Piosenkę poznałem chyba już w okresie lat 90 lub nawet może i były to już dwutysięczne. Nie pamiętam, by grane to było w latach 80tych w poznańskich klubach, ale mogę się mylić, bo i nie gościłem we wszystkich, Miewałem także pauzy kilkumiesięczne, że w ogóle nie bywałem nigdzie w takich przybytkach z muzyką taneczną. Singiel ten należał do grupy tych najbardziej przeze mnie szukanych stąd wielka radość z jego pozyskania. Swego czasu wydawało mi się, że jest to wydawnictwo trudne do pozyskania, a jednak przy odrobinie szczęścia udaje się go zdobyć. Fakt, że nie za „paczkę cukierków”, ale bywa do osiągnięcia. Łączy go z projektem Check up Twins osoba producenta Alexa Cundariego. Gdzieś nawet spotkałem się z wydawnictwem na Cd, gdzie obie piosenki (General Custer i Sexy Teachers) pojawiły się na tym samym nośniku obok siebie.

Squash Gang - I Want An Illusion (1986)

Kolejna perełka, która przybyła do mojej  kolekcji. Piosenka należy to ścisłego top przebojów Italo Disco. Przez lata singiel sprawiał wrażenie, przynajmniej dla mnie, przedmiotu typu „święty grall”. Każdy znał ten utwór (choćby ze składanki The Best of Italo Disco part VII) ale mało kto widział na oczy maxi singla. Dopiero dobrodziejstwo Internetu i pootwierane granice sprawiły, że takie pozycje zaczęły się  pojawiać od czasu do czasu w ofertach sprzedaży. Ponownie nie ma mowy tu o tym by Squash Gang nazwać zespołem. To kolejny projekt powstały na potrzeby wydania i wylansowania kilku piosenek z których w zasadzie dwie zdobyły popularność, w tym jedna okazała się nawet sukcesem. ”I Want An Illusion” ma wszystkie cechy charakterystyczne dla muzyki Italo połowy lat 80tych, ale pamiętajmy że Squash Gang to mimo wszystko Hiszpanie a nie Włosi. Pod szyldem „grupy” ukrywają się: Francisco Quijada, José Quijada oraz Cristina Manzano. ( można te nazwiska znaleźć także w innych projektach, jak choćby Marce – I want you). Płyta wydana przez Blanco Y Negro Music. Płyta nie często gości na aukcjach, choć jak widać skoro nabyłem to nie jest to znowu aż taki „biały kruk”.

Jeżeli ktoś kolekcjonuje maxi single z muzyką taneczną lat 80tych to te trzy pozycje, którymi się pochwaliłem to wręcz obowiązek i stanowią waz z kilkunastoma jeszcze innymi ten główny kręgosłup kolekcji.










środa, 26 października 2016

Orchestral Manoeuvres in the Dark - zespół samych singlii ?


Orchestral Manoeuvres In The Dark to zespół o dwóch obliczach. Pierwsze z nich to artyści wybitnie singlowi.  Zniesmaczyliście się tym określeniem ? Bo niby album „Architecture & Morality”? Druga ich twarz to nie zawsze dobrze zrozumiani przez odbiorców eksperymentatorzy muzyczni…. 

Zostańmy wpierw przy tym pierwszym. OMD od samego początku przyjęło strategię polegającą na tym, że popularność i pieniądze dają listy przebojów i by to posiadać należy tam być. By być artystą przede wszystkim nie można być głodnym. Nie trafi się do pierwszej setki top listy  nagrywając odgłosy obijanych rur i uderzeń młotków. Trzeba sięgnąć do melodii i rytmu. Dlatego na każdym albumie grupy znajdziemy średnio po dwa single, które całość ciągnęły po listach. Skoro dwa hity robiły kasę i popularność, to pozostałe fragmenty z płyty mogły posłużyć już do brykania po obszarach mniej zrozumiałych. O większości albumów tej grupy można w zasadzie napisać to samo. Różnice pojawią się tylko, gdy zaczniemy rozbierać na czynniki pierwsze poszczególne fragmenty. Mija się to z celem, bo jak opisać dźwięk ? Dlatego tylko powierzchownie naszkicuję całość. Muzyka OMD to synth pop i przynajmniej w odsłonach dzisiaj omawianych albumów, tworzona jeszcze w duchu New Romantic. Powstawała w okresie, gdy instrumenty elektroniczne były bardzo prymitywne, zawodne i często uzyskanie odpowiedniego brzmienia było kwestią przypadku. Czasami ustawienia syntezatora ponownie na takie same parametry wcale nie dawało tego samego dźwięku co wcześniej. Dlatego nagrywana muzyka była częściowo dziełem przypadku. Problem ten zaczął zanikać wraz ze wzrostem jakości sprzętu dopiero w okolicach 1981/82r. Organizowanie koncertów również było ponoć wtedy obarczone potężnym stresem, czy aby ustawienie instrumentów da właściwy dźwięk. Nie wiem czy jeszcze do tematu tego zespołu będę wracał w przyszłości  Póki co odniosę się do trzech pierwszych płyt ale i tak w kontekście całości twórczej.Wybaczcie pewną powierzchowność w opisach.

Orchestral Manoeuvres in the Dark - Orchestral Manoeuvres in the Dark (1980)   

Płyta debiutancka. Nagrana z pomysłem „hitowym” wspomnianym wcześniej. Za przeboje robią na niej dwie piosenki "Electricity" i "Messages". Wypuszczono co prawda jeszcze trzeci singiel "Red Frame/White Light" ale w przyszłości odstąpiono już od takich pomysłów, by eksperymentować z podobnie nieradiowymi  dźwiękami muzycznymi, wydanymi zapewne sporym kosztem i nakładem na siedmiocalówkach. Najdziwniejsza i jednocześnie najbardziej intrygująca kompozycja z tej płyty to „Dancing”.  Całość pomimo wielu odjazdów eksperymentalnych trzyma klimat i sprawia, że brzmi to dość ciepło, intrygująco i w jakimś sensie tworzy klimat. Nie da się pomylić lat kiedy powstała. W każdej sekundzie po brzmieniu czuć, że to rok 1980. By dobrze być zrozumiany, kompozycje pomimo eksperymentów zachowują cechy piosenek. Przy odrobinie dobrej woli zdecydowanie wpadają w ucho i te z poza singli:  „Pretending to See the Future”, „Almost”, „Bunker Soldiers”.     Sporo na albumie odwołań do muzyki nowofalowej ale to pisząc popełniam zapewne spory banał… Gdzie bowiem nie było odwołań do New wave w początkach lat osiemdziesiątych?

Orchestral Manoeuvres in the Dark – Organisation (1980)

Drugi album zespołu, wydany jakby za ciosem. Kolejne dwa przeboje na potwierdzenie mojej teorii? Proszę bardzo „Enola Gay” i…. ojoj.. nie ma drugiego singla. Przyjmijmy więc zasadę, że wyjątki potwierdzają regułę, tym bardziej, że pewnie coś już szykowali na niedaleką przyszłość. Druga płyta nie wnosi artystycznie nic nowego poza tym, że zaczęto cywilizować muzyczne kolaże na tyle by stawały się przystępniejsze. Może trochę więcej wokalu. Może trochę melodii. Czy jest to płyta lepsza od debiutu ? Dla mnie nie i stanowi bardziej jego uzupełnienie niż kontynuację. Z pewnością po niej a zwłaszcza po sukcesie singla „Enola Gay” grupa stała się sławna i zakosztowała owej popularności, co spowodowało u niej motywację, by kolejna płyta była bardziej piękna niż „ambitna”. Zdecydowanie bardziej wolę jako całość jednak debiut. Fajne momenty na tej płycie ? Oczywiście przebój singlowy i zaraz po nim dość monotonne ale z klimatem „2nd Thought”. Reszta trochę się zlewa i dopiero po częstym słuchaniu nabierają te kompozycje konkretnych rozpoznawalnych form.

Orchestral Manoeuvres in the Dark – Architecture & Morality (1981)
Prawdopodobnie najlepsza płyta tego zespołu. Z pewnością kolosalny sukces komercyjny i ugruntowanie pozycji dla zespołu na scenie muzycznej już na dziesiątki lat. Wymieniany często jako jedna z najlepszych płyt noworomantycznych. By zasadzie stało się zadość. Album wylansowały trzy hity zawarte na dwóch singlach „Souvenir” i dwie kompozycje różniące się podtytułem i będącymi chyba najlepszymi fajerwerkami muzycznymi tej grupy „Joan Of Arc” i „walczyk” Joan Of Arc (Maid Of Orleans)”. Czy reszta materiału z tej płyty bije na łeb i szyję piosenki zawarte na wcześniejszych albumach a nie będące singlami ? No właśnie… Uważam, że na tej płycie nie ma wcale super skoku jakościowego. Jedynie co ją wyróżnia na tle innych grup New romantic to trzy kolejne, w krótkim czasie dostarczone mega przeboje, co w połączeniu z poprzednimi, powiedzmy trzema hitami daje obraz grupy OMD jako wybitnie przebojowej. Pozostałe kompozycje spełniają rolę wypełniaczy i są na tyle atrakcyjne i bez udziwnień, że nie mącą obrazu perfekcji dla tych trzech ozdobników. Znajdą się na pewno  obrońcy tych „wypełniaczy”. Jako argument zadam więc pytanie. Czy którakolwiek piosenka z tego albumu poza singlowymi hitami, byłaby wielką ozdobą na pierwszym lub drugim longplayu OMD ? Może „Sealand” ?... właśnie… może…. I tak otrzymaliśmy jedną z najlepszych płyt nowego romantyzmu na której znajdziemy zaledwie trzy doskonałe kompozycje.. ale na tyle znaczące, że kształtują obraz całości.. i to jest fenomen tej płyty, który mało kto dostrzega.


Na kolejnych płytach OMD pozostało wierne swoim założeniom.. Dwa single, dwa przeboje a na reszcie robimy co chcemy. Single dają nam jeść i sprawiają frajdę , łechcąc nasze ego a na pozostałym czasie płyty robimy już muzykę dla siebie. Kolejne płyty i kolejno po dwa single na sztukę ? „Dazzle Ships”  przyniósł „Telegraph” i „Genetic Engineering”. Pierwszy stał się mega hitem ale nie znalazło to odzwierciedlenia na listach. Dziwnie pomijany jest na składankach typu „best of”. Nawet na albumie z singlami nie zagościł. Drugi był jednym z nielicznych niewypałów, ale powiedzmy sobie szczerze, że album „Dazzle Ships” był trudnym do selekcji radiowej. Następne płyty to: „Junk Culture” i pochodzące z niego „Locomotion” i „Tesla Girl” oraz album „Crush” z „So In Love” oraz „Secret”. „The Pacific Age” dostarczył  “(Forever) Live and Die" oraz  „We Love You" I kończący okres regularnych pobytów na listach hitów „Sugar Tax” piosenki (dwie): "Sailing on the Seven Seas" i "Pandora's Box".

Czy ktoś nadal czuje się urażony tym, że nazwałem OMD grupą singlową? Jeżeli tak, to oznacza, że owy niezadowolony z tego określenia człowiek lubi zespół w sposób szczególny. Zwykły śmiertelnik lubiący OMD potrafi z pamięci podać  i dwanaście tytułów piosenek… tylko dziwnym trafem są to tylko i wyłącznie single. 

Czy warto więc kupować albumy tej grupy zamiast np. płytę „The OMD Singles” czy też „The Best of OMD” ? Warto, ale głównie dla klimatu tamtych czasów i do pewnych smaczków aranżacyjnych, których na singlach nie uświadczymy a cechowały one twórczość tamtego okresu. No i nie zapominajmy, że na składankach nie ma „Telegraph” !!! Wydawcy pokarali tą piosenkę, bo nie weszła na szczyty list przebojów… Dopiero po latach doznała ona rehabilitacji i w erze compactów zaczęto ją dokładać… Kto chce mieć jednak 100% OMD w OMD warto kupić składankę.

Czy warto kupić płytę winylową „The Best of OMD” w wydaniu polskim ?  Chodzi dokładnie o wersję wypuszczoną w 1991r przez MJM Music pl. Odpowiedź – nie warto. Tak samo jak nie warto kupować większości płyt wydanych przez tą wytwórnię. Katastrofalna jakość. Całość brzmi jak nędzna skompresowana i to mocno mp-trójka. Poligrafia też „pod psem”. Szkoda kasy na takiego winyla. Kupiłem więc wiem !!!! Przesłuchanie jej z uwagi na „przedni materiał” (zapomnę się i nastawię) skutkuje tym, że tracę ochotę na OMD na miesiące…


wtorek, 4 października 2016

Ace Frehley - Origins, Vol. 1 (2016)



Kolejna pozycja,  która pojawiła się u mnie w kolekcji jakby przypadkiem. Nie planowałem zakupu, ale skoro wpadła mi w ręce, taka nowa, ładnie zapakowana z kuszącą ceną... uległem. Zawartość muzyczną znałem, więc nie był to zakup ‘”w ciemno”. Tak dziwnie jakoś się składa, że w zespołach, gdzie wszyscy członkowie grupy są artystycznymi osobowościami i gdzie przeważnie dwóch wiedzie prym,  ja najbardziej lubię tego trzeciego. Tak mam i już. Tyczy się to i Beatlesów (Harrison) i Stonsów (Jones)  i nie ominęło grupy Kiss. Ace Frehley jest postacią rockową obecnie trochę  w cieniu byłych kolegów. Do tego mało nas rozpieszcza wydawnictwami  płytowym, ale dodajmy od razu, że jak chce to potrafi. Szkoda, że zapał pojawia mu się dość nieczęsto. Być może powodem jest zawieszenie twórcze lub też zwykły brak potrzeby do wyrażania się artystycznego. Nowa płyta to dowód na to, że w końcu znalazł dla siebie formułę. Płyta z coverami. Dla jednych to pójście na łatwiznę, dla innych odgrzewanie obiadu, dla kolejnych próba zrobienia pieniędzy.  Ja należę jeszcze do innej grupy. Takiej, która po prostu lubi Ace Frehleya. Do tego uważam, że nawet piosenki bardzo znane, nieraz wręcz oklepane,  ale podane w nowy (od razu dodam niekoniecznie nowatorski) sposób potrafią być atrakcyjne. Frehley  swoimi wykonaniami  klasyków rocka nie uszkodził. W zasadzie trzymał się schematu oryginału na ile mógł  lub chciał. Od siebie dodał tylko swoją charyzmę, brzmienie, może trochę ozdobników. Całość co prawda brzmi jak grupa Kiss, ale to nie wada. Zresztą chwilami mamy deja vu, bo na albumie posłuchać możemy miejscami także wokal Stanleya. Zresztą gości podczas nagrywania było więcej, wśród których  chyba najwięcej emocji wywołuje postać gitarzysty Guns and Rosses – Slasha. Tytuł płyty opatrzono numerem jeden, co logicznie prognozuje kontynuację w przyszłości  tego pomysłu. Daruję  sobie opisywanie szczegółowo poszczególnych piosenek jak i wymienianie tego co, kto i gdzie i w którym momencie… W necie wszak jest wszystko. Może tylko ogólnikowo napiszę, że kosmiczny Ace wybrał na swoją płytę coś od : Thin Lizzy, Hendrixa, Troggs, Claptona ( w zasadzie Cream), The Rolling Stones, Free… Dołożył też coś z repertuaru swojej macierzystej grupy i to z płyty, na której już nie był członkiem Kiss…  hmmm w zasadzie był,  ale już na płycie nie grał  („Rock and Roll Hell" – płyta "Creatures Of The Night").

Trudno na tej płycie wskazać te najlepsze momenty, bo to tak jakby porównywać ze sobą kolory. Dla mnie i to pewnie z powodów nostalgicznych najjaśniej jawią  się tytuły:  „White Room „,Street Fighting Man” i  „Wild Thing” ale tak jak wspomniałem „Ta jasność” to tylko kwestia gustu, gdyż wszystko tu jest na rockowym poziomie. Póki co, dla mnie  jest to jedna z (naj) ciekawszych  pozycji rockowych jakie ukazały się w tym roku. Czekam na kontynuacje. Egzemplarz swój kupiłem w wersji winylowej, który ma dołączoną również wersję Cd – audio. Szkoda tylko, że nie pokuszono się dorzucić tych kilka centów do produkcji i nie opatrzono tego krążka srebrnego normalną okładką. Choćby taką jaką daje się na wersje promo. Na półce z płytami CD wygląda biednie w zwykłej białej kopercie (jak Cd-romy). W oryginale wrzucona była ona do przestrzeni przeznaczonej na winyl. Pewnie mogła by tam sobie spoczywać dalej, ale obawiam się, że z czasem jej kształt mógłby odznaczyć się na okładce. Album jest w wersji dwupłytowej z rozkładaną okładką.. Można było pokusić się o ładne miejsce dla tego dodatku w wewnętrznej stronie.. ale kogo ja będę uczył marketingu ? Wytwórnie płytową ze sztabem ludzi ? Chcesz mieć ładnie opakowaną płytę Cd ? Wydaj kolejne pieniążki na cd. Tu kupiłes przecież winyla... pozostaje podkulić ogon i przyznać rację. Co do samego wydawnictwa, to album wydany schludnie ale bez fajerweków. Co cieszy mnie najbardziej to fakt, ze płyty są proste i nie falują ani nie biją na boki.... tak , tak możecie mi wierzyć lub nie ale nowe płyty zwłaszcza w wydaniach 180 gramowych potrafią pod tym względem mieć sporo wad.. ale może kiedyś więcj..



Płytę polecam – i to w każdej wersji. Nie  trzeba się łaszczyć na nią w wersji winylowej. Wydaje mi się, że w wersji Cd gra lepiej i że mastering był robiony głównie z myślą o tym nośniku. Ale jak życie mnie nauczyło każdy słyszy inaczej.

Lista utworów: ( z wiki) 

1. "White Room" Jack Bruce, Pete Brown Cream 5:04
2. "Street Fighting Man" Mick Jagger, Keith Richards The Rolling Stones 4:01
3. "Spanish Castle Magic" (featuring John 5) Jimi Hendrix The Jimi Hendrix Experience 3:35
4. "Fire and Water" (featuring Paul Stanley) Andy Fraser, Paul Rodgers Free 4:11
5. "Emerald" (featuring Slash) Phil Lynott, Brian Robertson, Brian Downey, Scott Gorham Thin Lizzy
6. "Bring It On Home" Willie Dixon Led Zeppelin 4:26
7. "Wild Thing" (featuring Lita Ford) Chip Taylor The Troggs 3:45
8. "Parasite" (featuring John 5) Frehley Kiss 4:03
9. "Magic Carpet Ride" Rushton Moreve, John Kay Steppenwolf 3:43
10. "Cold Gin" (featuring Mike McCready) Frehley Kiss 5:18
11. "Till the End of the Day" Ray Davies The Kinks 2:27
12. "Rock and Roll Hell" Gene Simmons, Bryan Adams, Jim Vallance Kiss 6:31




gościnnie wystapili na albumie:

John 5 – rhythm and lead guitar (3, 8)
Paul Stanley – lead and backing vocals (4)
Slash – lead guitar (5)
Lita Ford – lead guitar and lead vocals (7)
Mike McCready – lead guitar (10)

czwartek, 21 lipca 2016

Shakin' Stevens - There are two kinds of music..Rock & roll (1990)



Tak zgadza się. Bardzo lubię Shakina Stevensa. Nie sądziłem tylko, że kiedykolwiek nadejdą takie czasy, gdy to moje upodobanie będzie niszowe. Przy okazji wcześniej recenzowanej płyty tego artysty napisałem na czym polegała oryginalność tego artysty. Również wymieniłem przyczyny sukcesu tego wykonawcy. Dlatego odsyłam zainteresowanych do wcześniejszego tekstu. Dzisiaj postanowiłem przedstawić płytę, którą uważam za najlepszą w całej jego karierze. Nikt prawie do tej muzyki nie wraca. Dlatego obecnie jedna z najjaśniejszych gwiazd lat 80tych w muzyce pop to nisza i to taka, która nie dorobiła się nawet określenia "oldschool".

Płyta "There are two kinds of music..Rock & roll" wydana została w 1990r. W tym czasie Shakina Stevensa praktycznie już się w  Polsce nie słuchało. Świat w 1990r zmieniał się a wraz z nim i muzyka. Daleko było temu artyście od względem popularności do czasów pierwszej połowy lat 80tych. Tak w zasadzie płytą "Lipstick, Powder and paint" z 1985r pomimo sporego przeboju jaki przyniosła rozpoczął się powoli spadek zainteresowania w popkulturze tym artystą. Kolejne pozycje w dyskografii  paradoksalnie pomimo coraz lepszych na nich piosenek, nie osiągały zakładanych sukcesów. Dlatego kto tak naprawdę jeszcze w 1990r interesował się Shakinem ? Na pewno już nie ta nastolatka z 1984r robiąca maślane oczy do przystojniaka w białych butach, kręcącego biodrami. Stevensa w tamtym okresie powiedzmy sobie szczerze nikt już prawie nie słuchał, a płytę o której próbuję coś napisać doceniono tak jak i w moim przypadku grubo później. "There are two kinds of music..Rock & roll" to album adresowany przede wszystkim dla miłośników rock and rolla,  a dopiero później samego Shakina. Zawiera dwanaście kompozycji z czego część tradycyjnie napisał sam Shakin lub jego nadworni kompozytorzy, a część zapożyczono z klasyki gatunku. Zakrojona kampania promocyjna, oraz spora ilość wydanych singli miała przełamać impas tego artysty i ponownie rzucić go w centrum zainteresowań muzycznych młodzieży. Nie udało się. Otrzymaliśmy jednak dzięki temu oprócz albumu, także pięć singli i to również w wersjach 12''. Jako pierwszy pojawił się "Love Attack". Później wydano " I Might", "Yes I Do", "Pink Champagne" oraz "My Cutie Cutie". Każdy singiel dorobił się teledysku nadawanego w MTV. Tak po prawdzie nie kojarzę z tamtego okresu ani jednego klipu z tego albumu w telewizji polskiej. Większość teledysków z tej płyty poznałem dzięki DVD "Collection" jaką swego czasu nabyłem.

Na tej płycie według mnie wśród doskonałych wszystkich kompozycji najbardziej wybija się aż pięć piosenek i to nie koniecznie akurat są to te zawarte na singlach. "Yes I Do" to pierwsza z nich. Trochę rytmem przywodzi na myśl "Cry Just a Little Bit" ale zdecydowanie więcej w nim rock and rolla przez co i bardziej zadziorny to kawałek i co najważniejsze nie przesłodzony, jak w tym wiadomym hicie z 1983r. Kolejny hit tym razem pominięty w promocji, ale wychwycony choćby przeze mnie to "Tell me". Klimatem przypomina mi "Shirley" i z pewnością jest równie przebojowy, a zważywszy na to, że "Shirley" to zgrabnie zagrany cover piosenki znanej z wykonania Johna Freda. (choć w tym 1982r mało kto wiedział o tym - w tym i ja) to "Tell me" błyszczy w sposób szczególnie dobry. "Pink Champagne" będący zarazem czwartym singlem, oficjalnie okazał się chyba największym przebojem z tego albumu, zresztą faktycznie to najbardziej chwytliwy kawałek wpadający w ucho. Perełką bez dwóch zdań jest na tej płycie rewelacyjny rock and roll "My Cutie Cutie" nawiązujący jakością do najlepszych standardów tego gatunku. Ta kompozycja to "Johny B. Good" lat osiemdziesiątych. Świetnie zaśpiewana, zagrana i nagrana oraz wyprodukowana. Nakręcono do tej piosenki  również wideoklip i to bardzo udany. Zresztą to nie jedyny udany klip z tej płyty. Z bardziej znanych kawałków rock and rollowych na tym albumie mamy "Tear it Up" (wcześniej -Johnny Burnette Trio) oraz "Queen of the Hop" (wcześniej m.in. Bobby Darin i Dion). Shakin "Queen of the Hop" nagrał na tym albumie po raz drugi, gdyż miał tą piosenkę już wcześniej wydaną na płycie jeszcze z okresie The Sunsets. Porównując te dwie wersje można dostrzec jaką drogę jakościową przeszedł ten artysta. Wersja pierwotna Shakina pamięta wszak jeszcze czasy gry z zespołem The Sunsets i pochodzi z początków lat 70tych. Jest surowa i brzmienie ma bardziej garażowe niż studyjne. Wersja nagrana w 1990r jest krystalicznie czysta i porywa sobą niczym pierwotnie Bob Darin (w okresie gdy romansował z rock and rollem). Na płycie nie mogło zabraknąć choć jednego "słodkiego kawałka". Za taki robi tu kompozycja "If i lose you". Może nie jest to wybitna piosenka, ale trzyma spokojnie poziom "Becouse i love you".
"There are two kinds of music..Rock & roll" to także powolne żegnanie się z firmą Epic, dla której nagrywał przez wiele lat. Wypuszczono na rynek z logo Epic jeszcze tylko album świąteczny, oraz singla zamieszczonego na składance podsumowującej okres jego pobytu w firmie. Płyta w mojej ocenie jest doskonała i klasycznie rock and rollowa i co już wspomniałem świetnie jest zrealizowana. Na żadnej brzmienie i dynamika nie jest tak dobra jak właśnie na tej. Jej dostępność na rynku wtórnym jest ograniczona. Pomimo całkiem dużego nakładu nieczęsto bywa na aukcjach w Polsce. Na Ebayu znacznie łatwiej ale i tak trzeba liczyć się z tym, że zapłacimy za nią te czterdzieści złotych więcej niż  w przypadku wcześniejszych wydawnictw.


01 Love attack
02 I might
03 Yes i do
04 You shake me up
05 Tell me
06 Tear it up
07 My cutie cutie
08 The night time is the right time
09 Pink champagne
10 If i lose you
11 Queen of the hop
12 Rockin' the night away

Pink champagne - oficjalny klip
My Cutie Cutie - Oficjalny klip
Love atack - Oficjalny klip
Yes I Do - Oficjalny klip
 I Might - Oficjalny klip

poniedziałek, 21 marca 2016

maxi single disco z lat 80-tych cz 9


Minęło troszkę czasu od ostatniego wpisu typu „przechwałka czego to już ja nie mam ” a trochę płyt z tego typu muzyką mi przybyło. Może nie oszałamiające ilości, czy też unikalne pozycje ale na tyle by zapełnić kolejne siedem pozycji.

Aztec Camera – Somewhere In my Heart (1988). Nie do końca piosenka powstała z myślą o parkietach tanecznych ale wydana w wersji na dwunastocalowym singlu zdecydowanie już tak. Myślę, że można założyć już patrząc z perspektywy minionych lat, że ten przebój to jedyna rzecz jaka utkwiła nam w pamięci od tego artysty. Wersja zamieszczona oznaczona jest dopiskiem w nawiasie  - remix. Od wersji zwykłej , oprócz oczywiście wydłużonego czasu, różni się trochę aranżacją, dostosowując tym „Somewhere In my Heart” do tańca.


Beagle Music LTD. – Ice In the Sunshine (1985). Bardziej projekt muzyczny niż konkretna grupa muzyczna. Wydali pod tym szyldem tylko trzy single z których dwa stały się przebojami. Przedstawiony w tym miejscu oraz „Daydream”. Osobiście trudno mi ten singiel zaszufladkować do stylu Italo czy Euro disco, gdyż bardziej brzmieniowo jest osadzona w klimatach lat 70tych. Niemniej te kilka minut muzyki to świetny kawałek muzyki do tańca z bardzo pogodną i przebojową melodią.






Chris Norman – Midnight Lady (1986). Doskonała piosenka. Jedna z najlepszych kompozycji Dietera Bohlana. Przy okazji udany powrót wokalisty Smokie na listy przebojów. Maxi singiel zawiera wersję opatrzoną dopiskiem „Oryginal-TV-Mix (long version). Nie ma w niej pomimo dopisku wielkiego szaleństwa czasowego. Całość jak na „long version” nie trwa długa bo raptem 5 minut. Sam maxi singiel, który posiadam promował nie tyle album solowy Normana co film „Der Tausch”. Strona „B” zawiera utwór instrumentalny „Woman”, również autorstwa Bohlana ale firmowany już nie jako Chris Norman a jako Chris Norman Project. Osobiście ten instrumentalny kawałek nie podszedł mi i tak w ogóle nie pasuje mi on ani do Normana ani Bohlana. Monotonny i ciągnący się jak poznański bieg amatorów na 10 km.


Mirage – No more No war (1985). W tej części wpisu o maxi singlach to chyba najciekawsza pozycja. Grupa ta nie rozpieszczała ilością wydawnictw ze swoją muzyką. Piosenka zawarta na tym singlu to według mnie jeden z najlepszych kawałków w całym dorobku tanecznym  całej Europy lat 80tych. Dość długo wyczekiwany przeze mnie na aukcjach w końcu trafił w moje ręce. Myślę, że nie istnieje inna wersja niż ta którą zawiera ta płyta. „No more no war” jest w mojej prywatnej ocenie w ścisłej czołówce najlepszych piosenek z kręgu Italo disco. Zapewniam, że Mirage o którym piszę nie ma nic wspólnego z polskim zespołem weselnym ani z brytyjskimi rockowcami jak również z d.j. projektem.


Video Kids – Woodpeckers from space (1984) . Piosenka pamiętająca początki breakdance w popkulturze masowej. Jednych ona zawsze drażniła innym się bardzo podobała. Dla jednych sławetne hehe-he-he-he bawiło innych doprowadzało do szału. Obecnie klasyk breakdance. Kiedyś byłem w tej grupie osób, których ta kompozycja drażniła. Dzisiaj jestem bardziej wyrozumiały ale przyznam się, że w dalszym ciągu nieczęsto gości u mnie ten singiel na talerzu gramofonu.





Baltimora – Tarzan Boy (1987) To mój drugi już singiel z tym utworem. Wcześniejszy (również i wcześniej wydany) zawierał wersje „Summer” a ten za to posiada „Extended”. Jeden z najbardziej rozpoznawalnych przebojów  z lat 80tych. Wersja z tego singla była swego czasu tą najpopularniejszą w Polsce (z uwagi na radio). Która wersja najlepsza ? Ja preferuję tą wcześniejszą. 






Koto – Japanese War Game (1983). Po krótce, zresztą jak ze wszystkimi innymi opisami. Płyta z kolejnym dość popularnym utworem Koto z tym, że jak dla mnie brakuje na niej jeszcze tego szlifu jakościowego jaki Koto zrobił na kolejnych płytach. Dla mnie brzmienie tych jego syntezatorów akurat tu wypada jakby używał do tego celu Atari. Brzmi to trochę byle jak i zbyt prymitywnie i jak lubię mocne space soundowe brzmienia tak tu tego nie słyszę. Płyta trafiła w ręce moje przypadkowo i jest dla mnie bardziej  jako znak tamtych czasów i miła nostalgia niż jako muzyczny obiekt pożądania.

poniedziałek, 22 lutego 2016

Świnoujście - zima 2016


Czasami po prostu trzeba odreagować... a morze to ja ..... czy lato.... czy zima.... czy wiosna a nawet i jesienią. Po prostu zawsze... i za każdym razem magiczny moment, gdy ukazuje się oczom ono po raz pierwszy.. tak za wydmy jeszcze... Tylko jeszcze w takiej chwili posiada w sobie dzikość przyrody, niezmąconą komercją i promenadami pełnymi budek gastronomicznych. Dlatego morze zimą ma szczególny urok.... jest wolne od nadmiaru hałasu.. Sprzyja myślom, odprężeniu i daje poczucie błogości...  W tym roku padło na Swinoujście... Pogoda ? Tak była pogoda a czy ładna ? Co za różnica., zwłaszcza zimą. Ostatni raz byłem tu gdy miałem około 10 lat...  Zmieniło się tu wszystko albo to ja to "wszystko" zapomniałem i stąd takie postrzeganie... Urocza miejscowość, urocze morze, sympatyczni ludzie ... 

"Mgła nad Bałtykiem"
Choć również mogłem dać tytuł "Białe foki na lodowej krze we mgle"

"Stary Młyn" - wizytówka miasta. Patrzysz i od razu wiesz gdzie jest to miejsce.

"Spokój i cisza" 

"Jeszcze kilka kroków"

"Bałtyk w Lutym"

"Towarzystwo podczas spacerów"

"A morze szumiało nam"

Kolejny spacer -  w lewo ? - czy w prawo ? - jedyny dylemat.

Przyszłość budynków sakralnych w Polsce ? 

"Penthouse apartment" - Jak żyć Panie Premierze ?  ;-)

i dookoła wszysko ładne... jak to mówią  "Polska w ruinie"





środa, 27 stycznia 2016

The Beatles - With The Beatles (1963)



To jest druga płyta długogrająca zespołu The Beatles w ich dyskografii. Powstała jakby w cieniu ich własnych singli, dodam że singli wybitnie przebojowych, których zawartość muzyczna wykreowała światową beatlemanie. Piszę tu konkretnie o takich tytułach jak: „From Me to You”, „She Loves You”, „I Want to Hold Your Hand” (przed ukazaniem się albumu) oraz „Can't Buy Me Love”, „A Hard Day’s Night” (niedługi czas po… ). Intensywność wydawnicza zespołu w owym czasie jak widać była ogromna, ale i zapotrzebowanie ogromne. Myślę, że w tamtych czasach spokojnie rynek muzyczny mógłby wchłonąć i zamienić na olbrzymie pieniądze jeszcze z kilka singli i z dwa longplaye. Ważne tylko by podpisane to było The Beatles. Aktywność nagraniowa wynikała również z bardzo sprecyzowanego planu Briana Epstaina (menadżer The Beatles) odnoszącego się bezpośrednio do „zaplanowanej ścieżki kariery” tego zespołu, w którym to dokładnie określił kiedy i w jakiej formie ma zespół być aktywny. 

Płyta nie była promowana ani jednym singlem, co zwłaszcza w tamtych czasach było rzadkością. Pewną szansę na zaistnienie na siedmiocalówce miała piosenka otwierająca płytę „With The Beatles”, ale ostatecznie ustąpiła miejsce kompozycji „I Want to Hold Your Hand”. Jak pamiętamy z historii okazało się to dobrą decyzją, gdyż singiel powędrował szybko na pozycję numer jeden i to nawet w USA.  "It Won't Be Long" stała się więc pechowcem, choć w zamyśle komponowano ją z myślą o kolejnym singlu. Lennon z McCartneyem w tamtym okresie chwytali się sprawdzonych metod. Jeśli coś chwyciło, to pomysł powtarzali. Mieli przy tym na tyle wyczucie, by powielany wzorzec nie był stosowany zbyt często. W 1963/64 wizytówką grupy były trzy wyrazy „Yeah”, „Yeah”, ”Yeah”. Była również harmonijka ustna (podpatrzona wcześniej u Bruce Channe tego od „Hey Baby” - piosenki spopularyzowanej ponownie w filmie Dirty Dancing). „Nadużycie” słów „Yeah, Yeah. Yeah” przez Beatlesów ograniczało się do  trzech tytułów „She Loves You”,” I'll Get You” (obie na jednym singlu) i właśnie otwierającego płytę „With The Beatles” „"It Won't Be Long". Piosenka w zdecydowanej większości kompozytorsko – tekstowo pochodzi od Lennona i nie doczekała się nigdy publicznego wykonania. Przynajmniej oficjalnego. Fani poznali ją z tej płyty i praktycznie jest to jedyny istniejący  jej zapis. Również nie należy ten tytuł do ulubionych tematów grup coverujących piosenki The Beatles. Trochę szkoda, ponieważ ta otwierająca płytę kompozycja to esencja wczesnego stylu zespołu i nie odstępuje moim zdaniem jakością i przebojowością od ówczesnych ich przebojów singlowych. Kolejną piosenką albumu jest ponownie Lennonowska twórczość  „All I've Got to Do". Przez kilka lat traktowana przeze mnie jako wypełniacz, ale to było dawno temu. Obecnie integralna część o dość skomplikowanej melodii, klimatem i rodem z wytwórni Motown. Nie chciałbym tu opisywać każdej piosenki więc napiszę trochę na skróty. Płyta „With the Beatles” zawiera czternaście piosenek. Siedem z nich należy autorsko do spółki Lennon – McCartney, jedna do Georgea Harrisona. Pozostałe sześć to kompozycje mniej lub bardziej popularne w tamtym okresie, które Beatlesi lubili w sposób szczególny. Dodajmy, że te pożyczone piosenki w ich wersjach, które trafiły na płytę to doskonale wytrenowany materiał jeszcze z czasów hamburdzkich. Część z tych piosenek przetrwała jeszcze kolejne lata jako podstawa repertuaru koncertowego. Tak w telegraficznym skrócie. Na płytę trafiły: „"Till There Was You" – prześliczna ballada pochodząca z musicalu, zaadoptowana przez Paula na tą płytę, ale i obecnie z tego co wiem widnieje na liście piosenek koncertowych wykonywanych przez niego. Warto dodać, że to właśnie na tą piosenkę zwrócił uwagę George Martin (producent płyt) proponując pierwsze przesłuchanie grupie przed podpisaniem kontraktu z Parlophone. Druga nie ich piosenka to „"Please Mr. Postman" pochodząca od dziewczęcej grupy The Marvelette. Piosenka na tej płycie błyszczy i tylko obecna powszechna wiedza sprawia to, ze nie traktujemy jej jako kompozycji Lennona i McCartneya. Ta piosenka posiada wszelkie cechy hitów tej wspaniałej spółki kompozytorskiej.




Trzecie zapożyczenie to „Roll over Beethoven” autorstwa Chucka Berrego. ZaśpiewaŁ tu George Harrison i to pomimo tego, ze w okresie Hamburga tą piosenkę na scenie szlifował cały czas John. Czwarta ? „You've Really Got a Hold on Me", kompozycja Smokey Robinsona. Ten przykład zdradza z jakim wyczuciem Beatlesi potrafili z katalogów firm murzyńskich wybierać dla siebie repertuar. Piosenka obecnie znana głównie z wersji Beatlesów i to znana na skalę o jakiej Smokey mógł pomarzyć pisząc ją dla siebie. Piąta cudza kompozycja to „Devil in Her Heart” i ponownie na wokalu usłyszymy tu Harrisona. Piosenka wyszperana przez zespól za sprawą przypadkowego trafienia na nią w sklepie płytowym, którego właścicielem był menadżer zespołu Brian. Oryginał należy do grupy żeńskiej The Donays i jeżeli kiedykolwiek zdobył popularność to głównie za sprawą tego, że nagrali tą kompozycję The Beatles i niektórzy dociekliwi sięgać zaczęli po pierwowzór w celu dokonania porównania. Ostatnią na tej płycie przeróbką jest „Money (That's What I Want) wylansowany wcześniej przez Barrerra Stronga. Na tej płycie robi za tak zwane kilka minut dla Ringo., zresztą akurat w przypadku tej płyty nie jedyne. Wszystkie płyty od początku ich kariery zawierały coś co Ringo Starr mógłby zaśpiewać ku radości jego fanów. Na późniejszych płytach w dyskografii o repertuar dla niego będą już dbać koledzy z grupy.

Czas na esencję z tego albumu, czyli to co w stu procentach jest The Beatles. Jednym słowem zawartość cukru w cukrze. O  „It Won't Be Long" oraz  „All I've Got to Do" już wspomniałem czas więc na chyba największy przebój z tej płyty I kto wie czy to nie największy zarazem przebój w latach sześćdziesiątych, który nigdy na najważniejszych rynkach muzycznych nie ukazał się na singlu. Mowa tu o McCartneyowskim „All My Loving”. Owszem upchnięto ją na kolejnej Epce ale to w chwili, gdy jej popularność była raczej gwarancją dla powodzenia tej „czwórki 7 calowej” niż próbą lansowania jej samej jak to ma zazwyczaj miejsce wypuszczając single. Pocieszeniem nobilitującym tą piosenkę do grona największych przebojów był fakt umieszczenia jej w dobrze wyselekcjonowanej według mnie składance największych hitów grupy a wydanej dopiero w 1973r pod tytułem „The Beatles 1962-1966” (sławny red album). Na stronie pierwszej mamy jeszcze dwie piosenki „Don't Bother Me” pierwszą wydaną oficjalnie kompozycję Harrisona. Doskonała rock and rollowa piosenka szkoda, że później pomijana już przez Georga podczas swojej solowej kariery oraz „Little Child”, która tak trochę była pomysłem dla Ringo, ale w rezultacie zdecydowano się powierzyć mu coś innego i chyba bardziej pasującego do temperamentu perkusisty. „Little Child” zaś odegrali w studiu jako poprawny rock and roll z wokalami Johna i Paula i powiedzmy sobie szczerze, że to jedna ze słabszych kompozycji od The Beatles, choć osobiście nie wyobrażam już sobie jej braku w ich dyskografii. Tworzy całość z resztą i jest jak sznurowadło do butów. Ringo w to miejsce otrzymał „Wanna Be Your Man”, które kilka tygodni wcześniej nagrali i wydali The Rolling Stones. Tą piosenkę John z Paulem sprezentowali na prośbę menadżera Stonsów kolegom Jaggerowi i Richardsowi. Praktycznie dokończyli oni ją komponować na oczach Stonsów dając im tym samym impuls do tego by również oni mieli iść drogą własnych piosenek. Fakt podarowania tej piosenki Stonsom i odnotowania ich sukcesu na listach przebojów sprawił, że Brian Epstain zabronił chłopakom z grupy rozdawać swoje piosenki na lewo i prawo, zwracając im przy tym uwagę na to, że jeżeli już mają coś dawać komuś to niech to będą artyści, związani z jego opieką. W odpowiedzi usłyszał, że oddają tylko ochłapy, resztki nic nie warte. Co było bzdurą. Obdarowanie kogoś ich kompozycją było sprawdzianem dla nich samych na ile są dobrymi kompozytorami. Ich popularność bowiem wykluczała wtedy obiektywizm. Na deser zostawiłem sobie  piosenkę „Not a Second Time”. W myśl beatlesowskiej zasady, że śpiewa ten kto zna najlepiej tekst rolę tą powierzono Lennonowi, zresztą czuć że to jego dzieło od A do Z.. To moja ulubiona piosenka z tej płyty. Tekst jak większość beatlesowskich rzeczy tamtego okresu dość banalny. Ale w tamtej muzyce tamtych czasów nie on odgrywał rolę. Był ważny jako uzupełnienie dźwięku i jeżeli niósł jakiś slogan do rytmu i przebojowej melodii był od razu prawie murowanym hitem. „Not a Second Time” jest takim sloganem. Chyba jest przy tym najmniej zamęczoną w radiu piosenką tej grupy. Również nie często o ile w ogóle coverowana. Dla mnie to perełka muzyczna o której świat najnormalniej zapomniał i tylko nieliczni miłośnicy grupy ją słuchają. Na koniec powinienem napisać jeszcze o okładce. Autorem zdjęcia jest Robert Freeman – artysta fotograf, sąsiad Lennona z tamtego czasu, który nie wiem czy bardziej kręcił artystycznie Johna swoim talentem, czy żoną. Podobno to o niej za kilka lat napisze Lennon piosenkę „Norwegian Wood”. Inspiracją dla zdjęcia były wcześniejsze fotki wykonane jeszcze w Hamburgu przez Astrid (wybaczcie pominę już opis kto to był i że w ogóle ją wspominam). Rewers zawiera opis w którym podobno po raz pierwszy pada określenie które przylgnie do zespołu już na zawsze Fab Four – cudowna czwórka.

Posumowanie:

Płyta ukazała się tradycyjnie premierowo w wersji mono. Wersję stereo świat ujrzał w kilka tygodni później. Stąd też wśród ortodoksyjnych zwolenników zespołu wersje mono są tymi kultowymi. Ja zdecydowanie wolę ich odsłonę stereo, choć to ponoć nad miksem mono najwięcej czasu spędzali inżynierowie i producent. Miksowanie stereo powstawało  podobno znacznie szybciej i z mniejszą dokładnością. Płyta jest rock and rollowa z podobnym repertuarem do wcześniejszego debiutu. Jeszcze nie czuć na niej kroku milowego i od poprzedniczki nie różni się zasadniczo pomimo tego, że na nagranie zespół miał już czasu trochę więcej. Jest płytą krótką bo zaledwie 32 minuty, co stawia ją w świetle dnia dzisiejszego czasowo jako maksi singla. Uważana obecnie jako jedna ze słabszych płyt w karierze tej grupy, zresztą do współy z  „Beatles for Sale” (kiedyś i o niej będzie na blogu). Jest kontynuacją jak wspomniałem stylu „Please Please me”. Nagrywana trochę na szybko by wypełnić kontrakt. Większość piosenek z niej zagościła na pierwszej płycie długogrającej The Beatles wydanej w USA. Dla mnie jest jedną z płyt dzieciństwa o czym zresztą pewnie kiedyś jeszcze napiszę przy okazji jakiś wspominek. Oceniam ją na cztery gwiazdki, bo ten zespół nagrywał płyty tylko bardzo dobre i wybitne. Ta akurat należy do tej pierwszej grupy. Nie jest to płyta, która w końcówce roku 1963 jakoś rewolucjonizowała muzykę. Nie było to nic nowego. To był po prostu rock and roll a wtedy po prostu ludzie to lubili a The Beatles byli w tym póki co najlepsi.

Z pozycji fana zespołu uważam, że ta płyta to pozycja obowiązkowa w każdej kolekcji płytowej i to nie tylko miłośników grupy. Z pozycji mojej nostalgii uważam dodatkowo, że jej nie posiadanie to objaw nieznajomości pewnych wartości. Oceniając to jednak z pozycji wyważonej przesyłam sugestie, że nie powinno się przejść obok niej obojętnie, bo jeśli lubisz „płyty „Help” czy „A Hard Days Night” to musisz lubić także i tą. Nie ma innego wyjścia. To ta sama muzyka i te same emocje, no chyba, że komuś wystarczą Beatlesi w wersji light, czyli cztery / pięć  najlepszych albumów, wtedy moje argumenty tracą moc. Ten album bowiem pomimo swojej wspaniałości nie należy do pierwszej piątki ich najlepszych płyt. Tacy byli Beatles.. Dlatego zachęcam…