środa, 28 czerwca 2017

Van Halen - 5150 (1986)


Bardzo dawno na blogu nie było  muzyki rockowej, a  tak po prawdzie to głównie ona stanowi w moim domu za soundtrack przy wszelkich czynnościach, zwłaszcza gdy TV jest wyłączone. Dlatego trochę tego w najbliższym czasie powinno się tu znaleźć.  Lata 80te to na pewno nie rewolucja w tym gatunku, ale to nie oznacza, że rock powstały w ósmej dekadzie nie wniósł nic nowego. Przede wszystkim ucywilizował gatunek do tego stopnia, że przekroczył on barierę, za którą była strefa zarezerwowaną dla muzyki POP. Powodem tego była wyjątkowa dbałość o melodie. W czasach gdy moc wzmacniaczy spokojnie potrafiła już uszkodzić słuch każdemu na koncercie, dalsze parcie by było tylko głośniej straciło sens. Szybkość gry na poszczególnych instrumentach również przestało już robić wrażenie czegoś niesłychanego. Eksperymenty muzyczne po próbach z lat 70tych, gdzie zrobiono wszystko, by muzyka przestała nią być dano sobie z nimi spokój. W Europie unosił się nowy romantyzm i jak się okazało nie był on zarezerwowany tylko dla grup synthpopowych. Syntezatory pasjonowały wszystkich. Nawet jeśli ktoś uważał gitarę za dzieło Boga, to i tak nie potrafił ukryć fascynacji instrumentem o tak potężnych możliwościach. Miało to niebagatelny wpływ na każdy rodzaj muzyki. Syntezatory były wszędzie. Nie ominęły i muzyki rockowej. Siłą rzeczy brzmienia niektórych zespołów uległy pewnemu złagodzeniu. W dalszym ciągu była to jednak muzyka rockowa. Jedynym problemem było tylko zachować odpowiednią równowagę, by nie przekształcić siebie jako artysty w kogoś walczącego o słuchacza z takimi potęgami jak Modern Talking (taki żarcik).

Van Halen w 1986 był zespołem, który w swoim składzie miał ówczesnego Boga gitary. Eddie Van Halen w zasadzie stworzył obraz rockowego gitarzysty lat 80tych. Miał swój własny styl i często dziennikarze w latach osiemdziesiątych odwołując się do różnych gitarzystów określali ich mianem „szkoła gry Eddiego Van Halen”. Głównie chodziło tu o zabawę paluszkami obu rąk na gryfie w najbliższej możliwej sobie odległości i na nadaniu tej zabawie sporego tępa. Nawet jeżeli Satriani uczynić potrafił to jeszcze efektowniej, to właśnie to odpowiednie wyważenie pomiędzy popisami a samym artyzmem muzyki leżało w dobrym guście po stronie lidera Van Halen.

Płyta 5150 to siódma odsłona albumowa grupy. Nagrana z wokalistą Sammy Hagar. Obecnie należy ona do grona najlepszych płyt tego gatunku z lat 80tych. Powstała w roku w którym musiała zmierzyć się z wieloma doskonałymi pozycjami, gdyż 1986 przyniósł sporo pozycji, obecnie już zaliczanych do klasyki. Co zawiera ? Jedyną rzeczą stałą w tej muzyce z płyty na płytę jest talent Eddiego i jego solówki. Nawet jeśli mają problem z przebiciem się przez ścianę syntezatora to i tak słychać, że to on. Melodia na tym albumie goni melodię. To muzyka i na koncert i miejscami do sali tanecznej. To muzyka, która spokojnie gościć może w radiu i w aucie podczas podróży. Muzyka, która jest dynamiczna, głośna a jednocześnie nie męcząca. Kompozycje, które spokojnie wysłuchawszy fan disco nie przeklnie a raczej dorzuci do swojej playlisty. Album ten to „taka ABBA” tylko w gatunku muzyki rockowej. Wielkiego potrzeba zaślepienia by nie polubić tej płyty. Jak na każdym prawie albumie wybitnym i tu mamy piosenki, które się wyróżniają i ciągną całość w kierunku jakości nieosiągalnej dla większości artystów. Mamy tu potężne hity rockowe, choć godne w jakimś stopniu miana również określenia pop  : “Why Can't This Be Love”, “Dreams”, “Love Walks In”. Sammy Hagar jest świetnym wokalistą. Wydaje mi się nawet, że obecnie cenię go sobie bardziej niż Davida Lee Rotha. Pozostałe piosenki mają mniej cech popowych ale dzięki temu album zachowuje tą równowagę o której wspominałem. W dalszym ciągu jest rasowym rockowym dziełem. Z kompozycjami na niej jest jak z biżuterią. Całe wykonane są ze złota, w które artysta złotnik wprawił umiejętnie dodatki z platyny (śpiew Sammego) oraz umieścił w każdym istotnym elemencie drogi brylant (gitara Eddiego). Dzisiaj już mniej artystów odwołuje się do inspiracji Van Halen ale wtedy ta grupa nadawała ton dla większości zespołów z podobnej półki muzycznej. Album 5150 to jedna z najlepszych płyt ósmej dekady bez wątpienia i nawet biorąc pod uwagę tylko twórczość tej grupy to z pewnością rzecz u nich wybijająca się. Może tylko ich debiut traktuję równie wysoko. A co z „1984” ?.. Fakt.. tam jest „Jump”.. Właśnie .. takie są płyty Van Halen … Nie da się wybrać tej najlepszej. Zresztą po co. Szkoda, że ostatnie dokonania Eddiego odbiegają pomysłami od tych z tych najpiękniejszych lat dla muzyki.

track lista

Good Enough – 4:04
Why Can't This Be Love – 3:47
Get Up – 3:10
Dreams – 4:53
Summer Nights – 5:05
Best Of Both Worlds – 4:48
Love Walks In – 5:10
5150 – 5:43
Inside – 5:02




piątek, 23 czerwca 2017

Wynalazki Jadisa z You Tube - cz 1




Jednym z moich ulubionych zajęć w czasie wolnym jest buszowanie po zasobach you tube. Można ten serwis krytykować za piractwo, można zarzucać mu, że pełno w nim śmieci różnorakiej treści, ale jedno przyznać trzeba. Jest to kopalnia bez dna jeżeli ktoś szuka muzyki niszowej lub mało popularnej. Muzyki granej przez osoby praktycznie w Polsce nieznane. Godziny spędzone w tym serwisie zaowocowały pewnymi odkryciami. Dzisiaj nastał dzień by się nimi pochwalić. Wpis na blogu będzie miał kilka części bo pozwoliłem sobie podzielić tematycznie te moje „wynalazki”. W części pierwszej jedna z moich ukrywanych miłości – Rockabilly. Gdyby nie fakt, że w naszym kraju na ulicy uchodziłbym za dziwaka lub co najmniej za osobę o orientacji „tej drugiej” to pewnie zabawiłbym się kreatora własnego wizerunku. Jest jeszcze kwestia finansowa – ubrania stylowe nie należą do tanich a gadżety to często zabawki z innego świata cenowego. I nie mówię tu o odrestaurowanym  Cadillacku z 56 bo to dla mnie porównywalne jest tak samo jak odbycie wycieczki pieszej na Kretę.

Czas się pochwalić i zarazem polecić do choćby przesłuchania  tym co wynalazłem w otchłani zasobów tego serwisu.

Część  I – Rockabilly

Kitty in a Casket - Dancing with the devil

Zespół z Austrii. Nie jest to typowy  czysty styl rockabilly. Piosenka przy odrobinie lansu. Starczyłoby kilka dni w esce rock i mielibyśmy wielki hit. Piosenka i tak znalazła popularność dużą. Niestety w kręgach niszowych.


The Baboons - Drinkin gasoline

To już amerykanie pełną gębą i typowe rockabilly.  Stylem piosenka mocno pod Johnny  Casha. Pomysł na klip fajny. Kontrabas ? … Lee Rocker by się nie powstydził.



The Cellmates - Rockabilly feeling

Trio rockabilly z Bratysławy. Można ? . U nas  jedynie grupa Partia próbowała i może jeszcze ktoś. Tak rasowo pod Briana Setzera jednakl nikt nie „poleciał”. Klasyka gatunku i super rock n rollowy numer.


Miss Li - My heart goes boom

Ta pani dorobiła się nawet w Wikipedii strony w języku polskim więc nie jest aż tak źle z jej popularnością. Pochodzi ze Szwecji a sama piosenka dla mnie  wielki hit. Muzycznie trochę bardziej w stylu połowy lat 60tych, ale może sprawił to klimat samego klipu.



Lew Phillips - Fallin in love is easy

Kanadyjczyk. Piosenka  celowo zrobiona I wykonana pod Buddy Hollego. Spokojnie mogłaby otwierać kolejny jakiś pośmiertny jego album. Wyczucie, głos, styl, maniera wokalna… jakbym słuchał Hollego.


Fanny Mae & The Dynamite Believers - Hipshakin'

Kolejni Szwedzi. Jak widać kraj ten to nie tylko ABBA,  Europe i cała paleta metalowców różnych maści… Piosenka tej grupy chwyta od razu i potrafi tkwić mi głowie przez cały dzień.  Zaraża.



Imelda May - live session - Train kept

To już ikona stylu neo rockabilly. U nas w kraju.. bo co u nas w kraju w ogóle jest innego poza szablonami kreowanymi przez komercyjne radia. Irlandka. Akurat  w tej odsłonie coveruje Johnny Burnetta z okresu jego rock n rollowego wcielenia, Piosenka znana, klasyk. Wykonanie dość mocno pod Wandę Jackson.



Bonnie and the Groove Cats - Train kept

Szwajcarzy. Po raz drugi wrzucam tą samą piosenkę tylko w innej odsłonie. Nie mogłem się zdecydować, która wersja  podoba mi się bardziej.

Zanim powrócę do opisów płyt zamieszczę tu przynajmniej  jeszcze dwie części „Wynalazki Jadisa  z You Tube”

 Miłego słuchania. Zamierzam reaktywować  to miejsce tak więc zapraszam do odwiedzin. Tym razem mniej czytania a więcej słuchania. Polecam. Miłego odsłuchu.

piątek, 9 czerwca 2017

Przemyślenia, mobilizacja - będzie kontynuacja


Ostatnio bardzo kuleje moja aktywność na blogu. Może nawet powoli go uśmierciłem. Po części dlatego, że piszę go głównie dla siebie (chyba) oraz czasami odnoszę wrażenie, że niewiele mam do napisania przy sporej ilości płyt. Na półce mi ich co miesiąc przybywa. Większość z nich to znakomite tytuły. Tylko dość mam pisania w stylu ta piosenka jest fajna a ta zaś szybka. Przy wielu pozycjach, które cenię nie znam nawet dokładnie całego składu personalnego grup. Opisywać same emocje ? Mogę, ale sprawi to, że zacznę sam siebie powielać. Posłużyć się informacjami z Internetu ?  Oczywiście mogę tylko po co cokolwiek pisać skoro wystarczy wejść na strony Wiki i samemu sprawdzić co interesuje. Jedyną jeszcze motywacją jest to, że o części tytułów jakie posiadam i bym ewentualnie chciał napisać w necie nie ma nic. I to jest chyba jedyny czynnik, który zadecyduje o dalszej egzystencji tego miejsca. Warto bowiem choć podać tytuł czegoś co warte jest posłuchania. Inaczej pewne płyty zostaną zapomniane. Tak więc wracam do tych grafomańskich działań a jezeli ktoś coś wyczyta da siebie interesującego tym milej mi będzie. Pozdrawiam tych co tu zaglądali..

czwartek, 17 listopada 2016

maxi single disco z lat 80-tych cz 10



W kolejnej odsłonie małego przechwalania się, zamiast siedmiu płyt prezentuję trzy, ale za to jest to moja sentymentalna górna półka. Myślę również, że dla wielu zbieraczy maxi singli byłyby to smakowite kąski. Opisy dość powierzchowne, bo te płyty nie posiadają jakieś wielkiej historii, a i ludzie za nie odpowiedzialni nigdy nie odnieśli popularności, jak było to w przypadku choćby Giorgio Morodera, Franka Fariana etc.. Dla mnie stanowią wartość bo przynajmniej dwie z nich w 1986/87r pełniły rolę coś na wzór soundtracku moich sobotnich wieczorów w Ciciborze.



Check up Twins – Sexy Teachers (1987)

Check up Twins to kolejny projekt muzyczny nie mający nic wspólnego z jakąś regularnością. Kryje  się pod tą nazwą  Alex Cundari, a przy mikrofonie stanął Gianluca Bergonzi. Wokalista bardziej kojarzony jako  J.D. Jaber. Wcześniej panów połączyło już jedno wydawnictwo, gdyż w 1986r oboje pracowali przy „Dont’t wake me up” . Alexa Cundari przy pewnych poszukiwaniach możemy spotkać w kilku jeszcze innych pomysłach, między innymi w początkowych fazach powstawania  tworu o nazwie Radiorama. Co do projektu Check up Twins należy go potraktować jako epizod. Poza dwoma, trzema tytułami nic więcej nie powstało. Zresztą nawet „Sexy Teachers” hitem stała się dopiero po falstarcie. Rok wcześniej wydano już ją na singlu z zupełnie inną aranżacją. Taka produkcja wtedy nie chwyciła. Dopiero rozszerzenie wersji i wzbogacenie jej o bardziej wyraźny motyw przewodni (syntezatorowy) sprawiło, że piosenka stała się przebojem. Na ile była faktycznie popularna w Polsce w tamtych czasach nie wiem. W latach 80tych przy znikomym przepływie informacji każde miasto a nawet dzielnice potrafiły mieć w swoich klubach zupełnie inne track listy. W Poznaniu niewątpliwie „Sexy Teachers” było wielkim hitem roku 1987. Maxi singiel nie zawsze łatwy w pozyskaniu, ale czasami można go na aukcjach trafić. Z ceną bywa różnie. Na pewno nikt tego za półdarmo nie odstępuje. Wydany przez mój ulubiony label Memory records. Strona B singla „Slapping Song (Mix Version)”’ praktycznie nie zasługuje nawet na wzmiankę. Po prostu słaba rzecz.

Swan    General Custer (1986)

Kolejny singiel stanowiący ozdobę mojej kolekcji. Wydany oczywiście przez Memory Records. Pod pseudonimem kryje się Giancarlo Cinelli i on odpowiada za całość produkcji i aranż. Piosenkę poznałem chyba już w okresie lat 90 lub nawet może i były to już dwutysięczne. Nie pamiętam, by grane to było w latach 80tych w poznańskich klubach, ale mogę się mylić, bo i nie gościłem we wszystkich, Miewałem także pauzy kilkumiesięczne, że w ogóle nie bywałem nigdzie w takich przybytkach z muzyką taneczną. Singiel ten należał do grupy tych najbardziej przeze mnie szukanych stąd wielka radość z jego pozyskania. Swego czasu wydawało mi się, że jest to wydawnictwo trudne do pozyskania, a jednak przy odrobinie szczęścia udaje się go zdobyć. Fakt, że nie za „paczkę cukierków”, ale bywa do osiągnięcia. Łączy go z projektem Check up Twins osoba producenta Alexa Cundariego. Gdzieś nawet spotkałem się z wydawnictwem na Cd, gdzie obie piosenki (General Custer i Sexy Teachers) pojawiły się na tym samym nośniku obok siebie.

Squash Gang - I Want An Illusion (1986)

Kolejna perełka, która przybyła do mojej  kolekcji. Piosenka należy to ścisłego top przebojów Italo Disco. Przez lata singiel sprawiał wrażenie, przynajmniej dla mnie, przedmiotu typu „święty grall”. Każdy znał ten utwór (choćby ze składanki The Best of Italo Disco part VII) ale mało kto widział na oczy maxi singla. Dopiero dobrodziejstwo Internetu i pootwierane granice sprawiły, że takie pozycje zaczęły się  pojawiać od czasu do czasu w ofertach sprzedaży. Ponownie nie ma mowy tu o tym by Squash Gang nazwać zespołem. To kolejny projekt powstały na potrzeby wydania i wylansowania kilku piosenek z których w zasadzie dwie zdobyły popularność, w tym jedna okazała się nawet sukcesem. ”I Want An Illusion” ma wszystkie cechy charakterystyczne dla muzyki Italo połowy lat 80tych, ale pamiętajmy że Squash Gang to mimo wszystko Hiszpanie a nie Włosi. Pod szyldem „grupy” ukrywają się: Francisco Quijada, José Quijada oraz Cristina Manzano. ( można te nazwiska znaleźć także w innych projektach, jak choćby Marce – I want you). Płyta wydana przez Blanco Y Negro Music. Płyta nie często gości na aukcjach, choć jak widać skoro nabyłem to nie jest to znowu aż taki „biały kruk”.

Jeżeli ktoś kolekcjonuje maxi single z muzyką taneczną lat 80tych to te trzy pozycje, którymi się pochwaliłem to wręcz obowiązek i stanowią waz z kilkunastoma jeszcze innymi ten główny kręgosłup kolekcji.










środa, 26 października 2016

Orchestral Manoeuvres in the Dark - zespół samych singlii ?


Orchestral Manoeuvres In The Dark to zespół o dwóch obliczach. Pierwsze z nich to artyści wybitnie singlowi.  Zniesmaczyliście się tym określeniem ? Bo niby album „Architecture & Morality”? Druga ich twarz to nie zawsze dobrze zrozumiani przez odbiorców eksperymentatorzy muzyczni…. 

Zostańmy wpierw przy tym pierwszym. OMD od samego początku przyjęło strategię polegającą na tym, że popularność i pieniądze dają listy przebojów i by to posiadać należy tam być. By być artystą przede wszystkim nie można być głodnym. Nie trafi się do pierwszej setki top listy  nagrywając odgłosy obijanych rur i uderzeń młotków. Trzeba sięgnąć do melodii i rytmu. Dlatego na każdym albumie grupy znajdziemy średnio po dwa single, które całość ciągnęły po listach. Skoro dwa hity robiły kasę i popularność, to pozostałe fragmenty z płyty mogły posłużyć już do brykania po obszarach mniej zrozumiałych. O większości albumów tej grupy można w zasadzie napisać to samo. Różnice pojawią się tylko, gdy zaczniemy rozbierać na czynniki pierwsze poszczególne fragmenty. Mija się to z celem, bo jak opisać dźwięk ? Dlatego tylko powierzchownie naszkicuję całość. Muzyka OMD to synth pop i przynajmniej w odsłonach dzisiaj omawianych albumów, tworzona jeszcze w duchu New Romantic. Powstawała w okresie, gdy instrumenty elektroniczne były bardzo prymitywne, zawodne i często uzyskanie odpowiedniego brzmienia było kwestią przypadku. Czasami ustawienia syntezatora ponownie na takie same parametry wcale nie dawało tego samego dźwięku co wcześniej. Dlatego nagrywana muzyka była częściowo dziełem przypadku. Problem ten zaczął zanikać wraz ze wzrostem jakości sprzętu dopiero w okolicach 1981/82r. Organizowanie koncertów również było ponoć wtedy obarczone potężnym stresem, czy aby ustawienie instrumentów da właściwy dźwięk. Nie wiem czy jeszcze do tematu tego zespołu będę wracał w przyszłości  Póki co odniosę się do trzech pierwszych płyt ale i tak w kontekście całości twórczej.Wybaczcie pewną powierzchowność w opisach.

Orchestral Manoeuvres in the Dark - Orchestral Manoeuvres in the Dark (1980)   

Płyta debiutancka. Nagrana z pomysłem „hitowym” wspomnianym wcześniej. Za przeboje robią na niej dwie piosenki "Electricity" i "Messages". Wypuszczono co prawda jeszcze trzeci singiel "Red Frame/White Light" ale w przyszłości odstąpiono już od takich pomysłów, by eksperymentować z podobnie nieradiowymi  dźwiękami muzycznymi, wydanymi zapewne sporym kosztem i nakładem na siedmiocalówkach. Najdziwniejsza i jednocześnie najbardziej intrygująca kompozycja z tej płyty to „Dancing”.  Całość pomimo wielu odjazdów eksperymentalnych trzyma klimat i sprawia, że brzmi to dość ciepło, intrygująco i w jakimś sensie tworzy klimat. Nie da się pomylić lat kiedy powstała. W każdej sekundzie po brzmieniu czuć, że to rok 1980. By dobrze być zrozumiany, kompozycje pomimo eksperymentów zachowują cechy piosenek. Przy odrobinie dobrej woli zdecydowanie wpadają w ucho i te z poza singli:  „Pretending to See the Future”, „Almost”, „Bunker Soldiers”.     Sporo na albumie odwołań do muzyki nowofalowej ale to pisząc popełniam zapewne spory banał… Gdzie bowiem nie było odwołań do New wave w początkach lat osiemdziesiątych?

Orchestral Manoeuvres in the Dark – Organisation (1980)

Drugi album zespołu, wydany jakby za ciosem. Kolejne dwa przeboje na potwierdzenie mojej teorii? Proszę bardzo „Enola Gay” i…. ojoj.. nie ma drugiego singla. Przyjmijmy więc zasadę, że wyjątki potwierdzają regułę, tym bardziej, że pewnie coś już szykowali na niedaleką przyszłość. Druga płyta nie wnosi artystycznie nic nowego poza tym, że zaczęto cywilizować muzyczne kolaże na tyle by stawały się przystępniejsze. Może trochę więcej wokalu. Może trochę melodii. Czy jest to płyta lepsza od debiutu ? Dla mnie nie i stanowi bardziej jego uzupełnienie niż kontynuację. Z pewnością po niej a zwłaszcza po sukcesie singla „Enola Gay” grupa stała się sławna i zakosztowała owej popularności, co spowodowało u niej motywację, by kolejna płyta była bardziej piękna niż „ambitna”. Zdecydowanie bardziej wolę jako całość jednak debiut. Fajne momenty na tej płycie ? Oczywiście przebój singlowy i zaraz po nim dość monotonne ale z klimatem „2nd Thought”. Reszta trochę się zlewa i dopiero po częstym słuchaniu nabierają te kompozycje konkretnych rozpoznawalnych form.

Orchestral Manoeuvres in the Dark – Architecture & Morality (1981)
Prawdopodobnie najlepsza płyta tego zespołu. Z pewnością kolosalny sukces komercyjny i ugruntowanie pozycji dla zespołu na scenie muzycznej już na dziesiątki lat. Wymieniany często jako jedna z najlepszych płyt noworomantycznych. By zasadzie stało się zadość. Album wylansowały trzy hity zawarte na dwóch singlach „Souvenir” i dwie kompozycje różniące się podtytułem i będącymi chyba najlepszymi fajerwerkami muzycznymi tej grupy „Joan Of Arc” i „walczyk” Joan Of Arc (Maid Of Orleans)”. Czy reszta materiału z tej płyty bije na łeb i szyję piosenki zawarte na wcześniejszych albumach a nie będące singlami ? No właśnie… Uważam, że na tej płycie nie ma wcale super skoku jakościowego. Jedynie co ją wyróżnia na tle innych grup New romantic to trzy kolejne, w krótkim czasie dostarczone mega przeboje, co w połączeniu z poprzednimi, powiedzmy trzema hitami daje obraz grupy OMD jako wybitnie przebojowej. Pozostałe kompozycje spełniają rolę wypełniaczy i są na tyle atrakcyjne i bez udziwnień, że nie mącą obrazu perfekcji dla tych trzech ozdobników. Znajdą się na pewno  obrońcy tych „wypełniaczy”. Jako argument zadam więc pytanie. Czy którakolwiek piosenka z tego albumu poza singlowymi hitami, byłaby wielką ozdobą na pierwszym lub drugim longplayu OMD ? Może „Sealand” ?... właśnie… może…. I tak otrzymaliśmy jedną z najlepszych płyt nowego romantyzmu na której znajdziemy zaledwie trzy doskonałe kompozycje.. ale na tyle znaczące, że kształtują obraz całości.. i to jest fenomen tej płyty, który mało kto dostrzega.


Na kolejnych płytach OMD pozostało wierne swoim założeniom.. Dwa single, dwa przeboje a na reszcie robimy co chcemy. Single dają nam jeść i sprawiają frajdę , łechcąc nasze ego a na pozostałym czasie płyty robimy już muzykę dla siebie. Kolejne płyty i kolejno po dwa single na sztukę ? „Dazzle Ships”  przyniósł „Telegraph” i „Genetic Engineering”. Pierwszy stał się mega hitem ale nie znalazło to odzwierciedlenia na listach. Dziwnie pomijany jest na składankach typu „best of”. Nawet na albumie z singlami nie zagościł. Drugi był jednym z nielicznych niewypałów, ale powiedzmy sobie szczerze, że album „Dazzle Ships” był trudnym do selekcji radiowej. Następne płyty to: „Junk Culture” i pochodzące z niego „Locomotion” i „Tesla Girl” oraz album „Crush” z „So In Love” oraz „Secret”. „The Pacific Age” dostarczył  “(Forever) Live and Die" oraz  „We Love You" I kończący okres regularnych pobytów na listach hitów „Sugar Tax” piosenki (dwie): "Sailing on the Seven Seas" i "Pandora's Box".

Czy ktoś nadal czuje się urażony tym, że nazwałem OMD grupą singlową? Jeżeli tak, to oznacza, że owy niezadowolony z tego określenia człowiek lubi zespół w sposób szczególny. Zwykły śmiertelnik lubiący OMD potrafi z pamięci podać  i dwanaście tytułów piosenek… tylko dziwnym trafem są to tylko i wyłącznie single. 

Czy warto więc kupować albumy tej grupy zamiast np. płytę „The OMD Singles” czy też „The Best of OMD” ? Warto, ale głównie dla klimatu tamtych czasów i do pewnych smaczków aranżacyjnych, których na singlach nie uświadczymy a cechowały one twórczość tamtego okresu. No i nie zapominajmy, że na składankach nie ma „Telegraph” !!! Wydawcy pokarali tą piosenkę, bo nie weszła na szczyty list przebojów… Dopiero po latach doznała ona rehabilitacji i w erze compactów zaczęto ją dokładać… Kto chce mieć jednak 100% OMD w OMD warto kupić składankę.

Czy warto kupić płytę winylową „The Best of OMD” w wydaniu polskim ?  Chodzi dokładnie o wersję wypuszczoną w 1991r przez MJM Music pl. Odpowiedź – nie warto. Tak samo jak nie warto kupować większości płyt wydanych przez tą wytwórnię. Katastrofalna jakość. Całość brzmi jak nędzna skompresowana i to mocno mp-trójka. Poligrafia też „pod psem”. Szkoda kasy na takiego winyla. Kupiłem więc wiem !!!! Przesłuchanie jej z uwagi na „przedni materiał” (zapomnę się i nastawię) skutkuje tym, że tracę ochotę na OMD na miesiące…


wtorek, 4 października 2016

Ace Frehley - Origins, Vol. 1 (2016)



Kolejna pozycja,  która pojawiła się u mnie w kolekcji jakby przypadkiem. Nie planowałem zakupu, ale skoro wpadła mi w ręce, taka nowa, ładnie zapakowana z kuszącą ceną... uległem. Zawartość muzyczną znałem, więc nie był to zakup ‘”w ciemno”. Tak dziwnie jakoś się składa, że w zespołach, gdzie wszyscy członkowie grupy są artystycznymi osobowościami i gdzie przeważnie dwóch wiedzie prym,  ja najbardziej lubię tego trzeciego. Tak mam i już. Tyczy się to i Beatlesów (Harrison) i Stonsów (Jones)  i nie ominęło grupy Kiss. Ace Frehley jest postacią rockową obecnie trochę  w cieniu byłych kolegów. Do tego mało nas rozpieszcza wydawnictwami  płytowym, ale dodajmy od razu, że jak chce to potrafi. Szkoda, że zapał pojawia mu się dość nieczęsto. Być może powodem jest zawieszenie twórcze lub też zwykły brak potrzeby do wyrażania się artystycznego. Nowa płyta to dowód na to, że w końcu znalazł dla siebie formułę. Płyta z coverami. Dla jednych to pójście na łatwiznę, dla innych odgrzewanie obiadu, dla kolejnych próba zrobienia pieniędzy.  Ja należę jeszcze do innej grupy. Takiej, która po prostu lubi Ace Frehleya. Do tego uważam, że nawet piosenki bardzo znane, nieraz wręcz oklepane,  ale podane w nowy (od razu dodam niekoniecznie nowatorski) sposób potrafią być atrakcyjne. Frehley  swoimi wykonaniami  klasyków rocka nie uszkodził. W zasadzie trzymał się schematu oryginału na ile mógł  lub chciał. Od siebie dodał tylko swoją charyzmę, brzmienie, może trochę ozdobników. Całość co prawda brzmi jak grupa Kiss, ale to nie wada. Zresztą chwilami mamy deja vu, bo na albumie posłuchać możemy miejscami także wokal Stanleya. Zresztą gości podczas nagrywania było więcej, wśród których  chyba najwięcej emocji wywołuje postać gitarzysty Guns and Rosses – Slasha. Tytuł płyty opatrzono numerem jeden, co logicznie prognozuje kontynuację w przyszłości  tego pomysłu. Daruję  sobie opisywanie szczegółowo poszczególnych piosenek jak i wymienianie tego co, kto i gdzie i w którym momencie… W necie wszak jest wszystko. Może tylko ogólnikowo napiszę, że kosmiczny Ace wybrał na swoją płytę coś od : Thin Lizzy, Hendrixa, Troggs, Claptona ( w zasadzie Cream), The Rolling Stones, Free… Dołożył też coś z repertuaru swojej macierzystej grupy i to z płyty, na której już nie był członkiem Kiss…  hmmm w zasadzie był,  ale już na płycie nie grał  („Rock and Roll Hell" – płyta "Creatures Of The Night").

Trudno na tej płycie wskazać te najlepsze momenty, bo to tak jakby porównywać ze sobą kolory. Dla mnie i to pewnie z powodów nostalgicznych najjaśniej jawią  się tytuły:  „White Room „,Street Fighting Man” i  „Wild Thing” ale tak jak wspomniałem „Ta jasność” to tylko kwestia gustu, gdyż wszystko tu jest na rockowym poziomie. Póki co, dla mnie  jest to jedna z (naj) ciekawszych  pozycji rockowych jakie ukazały się w tym roku. Czekam na kontynuacje. Egzemplarz swój kupiłem w wersji winylowej, który ma dołączoną również wersję Cd – audio. Szkoda tylko, że nie pokuszono się dorzucić tych kilka centów do produkcji i nie opatrzono tego krążka srebrnego normalną okładką. Choćby taką jaką daje się na wersje promo. Na półce z płytami CD wygląda biednie w zwykłej białej kopercie (jak Cd-romy). W oryginale wrzucona była ona do przestrzeni przeznaczonej na winyl. Pewnie mogła by tam sobie spoczywać dalej, ale obawiam się, że z czasem jej kształt mógłby odznaczyć się na okładce. Album jest w wersji dwupłytowej z rozkładaną okładką.. Można było pokusić się o ładne miejsce dla tego dodatku w wewnętrznej stronie.. ale kogo ja będę uczył marketingu ? Wytwórnie płytową ze sztabem ludzi ? Chcesz mieć ładnie opakowaną płytę Cd ? Wydaj kolejne pieniążki na cd. Tu kupiłes przecież winyla... pozostaje podkulić ogon i przyznać rację. Co do samego wydawnictwa, to album wydany schludnie ale bez fajerweków. Co cieszy mnie najbardziej to fakt, ze płyty są proste i nie falują ani nie biją na boki.... tak , tak możecie mi wierzyć lub nie ale nowe płyty zwłaszcza w wydaniach 180 gramowych potrafią pod tym względem mieć sporo wad.. ale może kiedyś więcj..



Płytę polecam – i to w każdej wersji. Nie  trzeba się łaszczyć na nią w wersji winylowej. Wydaje mi się, że w wersji Cd gra lepiej i że mastering był robiony głównie z myślą o tym nośniku. Ale jak życie mnie nauczyło każdy słyszy inaczej.

Lista utworów: ( z wiki) 

1. "White Room" Jack Bruce, Pete Brown Cream 5:04
2. "Street Fighting Man" Mick Jagger, Keith Richards The Rolling Stones 4:01
3. "Spanish Castle Magic" (featuring John 5) Jimi Hendrix The Jimi Hendrix Experience 3:35
4. "Fire and Water" (featuring Paul Stanley) Andy Fraser, Paul Rodgers Free 4:11
5. "Emerald" (featuring Slash) Phil Lynott, Brian Robertson, Brian Downey, Scott Gorham Thin Lizzy
6. "Bring It On Home" Willie Dixon Led Zeppelin 4:26
7. "Wild Thing" (featuring Lita Ford) Chip Taylor The Troggs 3:45
8. "Parasite" (featuring John 5) Frehley Kiss 4:03
9. "Magic Carpet Ride" Rushton Moreve, John Kay Steppenwolf 3:43
10. "Cold Gin" (featuring Mike McCready) Frehley Kiss 5:18
11. "Till the End of the Day" Ray Davies The Kinks 2:27
12. "Rock and Roll Hell" Gene Simmons, Bryan Adams, Jim Vallance Kiss 6:31




gościnnie wystapili na albumie:

John 5 – rhythm and lead guitar (3, 8)
Paul Stanley – lead and backing vocals (4)
Slash – lead guitar (5)
Lita Ford – lead guitar and lead vocals (7)
Mike McCready – lead guitar (10)

czwartek, 21 lipca 2016

Shakin' Stevens - There are two kinds of music..Rock & roll (1990)



Tak zgadza się. Bardzo lubię Shakina Stevensa. Nie sądziłem tylko, że kiedykolwiek nadejdą takie czasy, gdy to moje upodobanie będzie niszowe. Przy okazji wcześniej recenzowanej płyty tego artysty napisałem na czym polegała oryginalność tego artysty. Również wymieniłem przyczyny sukcesu tego wykonawcy. Dlatego odsyłam zainteresowanych do wcześniejszego tekstu. Dzisiaj postanowiłem przedstawić płytę, którą uważam za najlepszą w całej jego karierze. Nikt prawie do tej muzyki nie wraca. Dlatego obecnie jedna z najjaśniejszych gwiazd lat 80tych w muzyce pop to nisza i to taka, która nie dorobiła się nawet określenia "oldschool".

Płyta "There are two kinds of music..Rock & roll" wydana została w 1990r. W tym czasie Shakina Stevensa praktycznie już się w  Polsce nie słuchało. Świat w 1990r zmieniał się a wraz z nim i muzyka. Daleko było temu artyście od względem popularności do czasów pierwszej połowy lat 80tych. Tak w zasadzie płytą "Lipstick, Powder and paint" z 1985r pomimo sporego przeboju jaki przyniosła rozpoczął się powoli spadek zainteresowania w popkulturze tym artystą. Kolejne pozycje w dyskografii  paradoksalnie pomimo coraz lepszych na nich piosenek, nie osiągały zakładanych sukcesów. Dlatego kto tak naprawdę jeszcze w 1990r interesował się Shakinem ? Na pewno już nie ta nastolatka z 1984r robiąca maślane oczy do przystojniaka w białych butach, kręcącego biodrami. Stevensa w tamtym okresie powiedzmy sobie szczerze nikt już prawie nie słuchał, a płytę o której próbuję coś napisać doceniono tak jak i w moim przypadku grubo później. "There are two kinds of music..Rock & roll" to album adresowany przede wszystkim dla miłośników rock and rolla,  a dopiero później samego Shakina. Zawiera dwanaście kompozycji z czego część tradycyjnie napisał sam Shakin lub jego nadworni kompozytorzy, a część zapożyczono z klasyki gatunku. Zakrojona kampania promocyjna, oraz spora ilość wydanych singli miała przełamać impas tego artysty i ponownie rzucić go w centrum zainteresowań muzycznych młodzieży. Nie udało się. Otrzymaliśmy jednak dzięki temu oprócz albumu, także pięć singli i to również w wersjach 12''. Jako pierwszy pojawił się "Love Attack". Później wydano " I Might", "Yes I Do", "Pink Champagne" oraz "My Cutie Cutie". Każdy singiel dorobił się teledysku nadawanego w MTV. Tak po prawdzie nie kojarzę z tamtego okresu ani jednego klipu z tego albumu w telewizji polskiej. Większość teledysków z tej płyty poznałem dzięki DVD "Collection" jaką swego czasu nabyłem.

Na tej płycie według mnie wśród doskonałych wszystkich kompozycji najbardziej wybija się aż pięć piosenek i to nie koniecznie akurat są to te zawarte na singlach. "Yes I Do" to pierwsza z nich. Trochę rytmem przywodzi na myśl "Cry Just a Little Bit" ale zdecydowanie więcej w nim rock and rolla przez co i bardziej zadziorny to kawałek i co najważniejsze nie przesłodzony, jak w tym wiadomym hicie z 1983r. Kolejny hit tym razem pominięty w promocji, ale wychwycony choćby przeze mnie to "Tell me". Klimatem przypomina mi "Shirley" i z pewnością jest równie przebojowy, a zważywszy na to, że "Shirley" to zgrabnie zagrany cover piosenki znanej z wykonania Johna Freda. (choć w tym 1982r mało kto wiedział o tym - w tym i ja) to "Tell me" błyszczy w sposób szczególnie dobry. "Pink Champagne" będący zarazem czwartym singlem, oficjalnie okazał się chyba największym przebojem z tego albumu, zresztą faktycznie to najbardziej chwytliwy kawałek wpadający w ucho. Perełką bez dwóch zdań jest na tej płycie rewelacyjny rock and roll "My Cutie Cutie" nawiązujący jakością do najlepszych standardów tego gatunku. Ta kompozycja to "Johny B. Good" lat osiemdziesiątych. Świetnie zaśpiewana, zagrana i nagrana oraz wyprodukowana. Nakręcono do tej piosenki  również wideoklip i to bardzo udany. Zresztą to nie jedyny udany klip z tej płyty. Z bardziej znanych kawałków rock and rollowych na tym albumie mamy "Tear it Up" (wcześniej -Johnny Burnette Trio) oraz "Queen of the Hop" (wcześniej m.in. Bobby Darin i Dion). Shakin "Queen of the Hop" nagrał na tym albumie po raz drugi, gdyż miał tą piosenkę już wcześniej wydaną na płycie jeszcze z okresie The Sunsets. Porównując te dwie wersje można dostrzec jaką drogę jakościową przeszedł ten artysta. Wersja pierwotna Shakina pamięta wszak jeszcze czasy gry z zespołem The Sunsets i pochodzi z początków lat 70tych. Jest surowa i brzmienie ma bardziej garażowe niż studyjne. Wersja nagrana w 1990r jest krystalicznie czysta i porywa sobą niczym pierwotnie Bob Darin (w okresie gdy romansował z rock and rollem). Na płycie nie mogło zabraknąć choć jednego "słodkiego kawałka". Za taki robi tu kompozycja "If i lose you". Może nie jest to wybitna piosenka, ale trzyma spokojnie poziom "Becouse i love you".
"There are two kinds of music..Rock & roll" to także powolne żegnanie się z firmą Epic, dla której nagrywał przez wiele lat. Wypuszczono na rynek z logo Epic jeszcze tylko album świąteczny, oraz singla zamieszczonego na składance podsumowującej okres jego pobytu w firmie. Płyta w mojej ocenie jest doskonała i klasycznie rock and rollowa i co już wspomniałem świetnie jest zrealizowana. Na żadnej brzmienie i dynamika nie jest tak dobra jak właśnie na tej. Jej dostępność na rynku wtórnym jest ograniczona. Pomimo całkiem dużego nakładu nieczęsto bywa na aukcjach w Polsce. Na Ebayu znacznie łatwiej ale i tak trzeba liczyć się z tym, że zapłacimy za nią te czterdzieści złotych więcej niż  w przypadku wcześniejszych wydawnictw.


01 Love attack
02 I might
03 Yes i do
04 You shake me up
05 Tell me
06 Tear it up
07 My cutie cutie
08 The night time is the right time
09 Pink champagne
10 If i lose you
11 Queen of the hop
12 Rockin' the night away

Pink champagne - oficjalny klip
My Cutie Cutie - Oficjalny klip
Love atack - Oficjalny klip
Yes I Do - Oficjalny klip
 I Might - Oficjalny klip