poniedziałek, 9 stycznia 2012

Marillion - Season End (1989) - recenzja




Po roku 1988 nikt trzeźwo myślący nie dawałby zespołowi Marillion cienia szans na utrzymanie się w branży rockowej.Jedyni którzy nadal wierzyli w sukces to pozostawieni sami sobie muzycy tej grupy.Wszyscy się od nich odwrócili.Dla świata Marillion to był Fish.Zresztą to był główny powód dla których przeprowadzono bolesny dla fanów rozwód, po którym Fish zabrał zabawki z piaskownicy i poszedł szukać szczęścia samemu, uzbrojony oprócz talentu, czego nie będę próbował obalić, w wielkie swoje ego.Chłopacy pozostali więc sami mając już w szufladach zalążęk do kilku muzycznych pomysłów.Niektóre z nich nawet testował już Fish ale chcąc by więcej w tej muzyce było jego samego niż chłopaków narastały spięcia.Dopełnieniem konfliktu były roszczenia do większych udziałów w zyskach grupy z uwagi na popularność, którą jak twierdził zainteresowany zawdzięcza głównie sobie.Tak więc w 1988r chłopacy pozostali sami i to ze sporym problemem. Byli niekwestionowanym numerem jeden w świecie art rocka, po kolejnym sukcesie już czwartej płyty.Coś trzeba było zrobić.Dano więc ogłoszenie do Melody Maker treści następującej, że grupa Marillion poszukuje wokalisty.Swoją drogą musiało to wyglądać niesamowicie.Wyobrażacie sobie jakby w polskiej gazecie ukazało się ogłoszenie,że np.grupa Perfect poszukuje wokalisty i casting odbędzie się tego a tego dnia gdzieś tam ? Normalnie szok.Jednym z tych którzy się odezwali był Stevie Hogarth.Wokalista i kompozytor, klawiszowiec, wcześniej próbujący swoich sił w grupach :The Europeans i How We Live (wydał nawet płyty z tymi grupami) Był muzycznym samoukiem co zresztą w grupie Marillion było normą ale warto podkreslić fakt, że gdy dołączył do grupy wybrał się na naukę śpiewu do ponoć najlepszego nauczyciela w Anglii i po lekcji dowiedział się, ze nic nowego nie jest wstanie się na tych korepetycjach dowiedzieć, poza tym co już potrafi robć z emisją swojego głosu.Steve nie był jedynym kandydatem. Oprócz niego pojawił się na castingu niejaki John Helmer.Wypadł nienajlepiej od strony wokalnej za to spodobały się chłopakom teksty które wyśpiewywał. Trzeba bowiem wiedzieć, że casting polegał na tym, że Marillion robił jam-session a kandydat miał pod muzykę sam tworzyć melodię i improwizować tekst.Pomimo niepowodzenia jego próby nie zerwano kontaktu i ten człowiek stanie się nadwornym tekściarzem grupy. Wykorzystywany tekstowo później także przy projektach solowych Rotherego.Podobno podczas tego przesłuchania panowie wszyscy sie polubili i tylko braki wokalne pozbawiły Johna etatu w zespole.Zaproponowali mu nawet bez przemyslenia odwóz autem do domu po próbie,co później zaowocowało wielogodzinna podróżą bo gość mieszkał z drugiej strony Anglii, ale słowo się rzekło.Steve zaś trafił na casting w zasadzie przez przypadek bo anons podsunął mu jakiś znajomy.Zdobył więc nagrania Marillionu, posłuchał i pojechał. Wcześniej nie znał nic z repertuaru i nawet niezbyt mu to podchodziło na początku.Chłopacy z grupy zaś otrzymali przed spotkaniem kasetę z próbkami możliwości Steva.Sama próba polegała tradycyjnie na zasadzie - my zagramy a ty coś zaśpiewaj do tego.Poszły pierwsze dźwięki czegoś co chłopacy nawet jeszcze nie nazwali a Hogarth zaczął iprowizować.Skoro został wybrańcem nie muszę pisać, że zrobił wrażenie na chłopakach a to ,że był tak różny głosowo od Fisha tylko pomogło im w podjęciu decyzji.To co improwizował podczas castingu Steve w efekcie przyniosło zalążęk czegoś co na płycie poznaliśmy pod tytułem "The King of Sunset Town".Mając więc komplet w zespole przystąpiono do realizacji materiału, którym Fish pogardził.Wzbogacono całość o kilka nowych pomysłów które powstały już przy niemałym udziale Hogartha oraz Hamera , czyli dwójki nowych w drużynie.
Sporo napisałem tytułem wstępu ale chciałem nadać zarys atmosfery w jakiej powstawała płyta.Efekt końcowy osiągnięto w 1989r i światło dzienne ujrzała płyta Seasons End. Produkt bardzo oczekiwany przez fanów a zarazem od razu przeznaczony przez tych samych do rozstrzelania i to jeszcze przed przesłuchaniem.Ale o tym może po opisie tego co otrzymaliśmy w warstwie muzycznej.Dziś już z perspektywy czasu łatwiej o tym pisać choć pamiętam, że wtedy nie było Marillionom łatwo.

Płytę po charakterystycznym dla grupy wstępie otwiera wspomniany wcześniej "The King of Sunset Town".Gdyby nie wokal Hoggiego (tak zaczęto nazywać Steva) to otrzymalibyśmy do słuchania typowy Marillion czasów Fisha. W dalszym ciągu mamy te znajome dźwięki i barwy instrumentów.Rothery wspaniale maluje swoją gitarą pejzaże a Mark Kelly podkreśla wszystko swoimi klawiszami.Piosenka jest bardzo rozbudowana, nafaszerowana emocjami i posiada typową dla większości kompozycji grupy formę skomplikowaną od strony aranżacyjnej.Ktoś nieskażony Fishem nie miał wyboru i po pierwszym kawałku musiał przyznać, że grupa jest na właściwych torach a to co brzmi jak Marillion w istocie jest tym czym ma być.Osiem minut uczty dla ucha, dla ducha i ciała. Piosenka nigdy nie stała się hitem na miarę rozgłośni radiowej ale nikt sobie nie wyobraża, by coś innego mogło otwierać ten album.Zaraz po królu słonecznego miasta pojawia się nam pierwsza ikona tej płyty "Easter". Wielkanoc ? okres wczesno wiosenny ? - mniejsza o to jak sobie to tłumaczyć.Jedna z najpiękniejszych rzeczy jakie w ogóle w muzyce powstały. Wersja albumowa jest ciut dłuzsza od singlowej, którą przykrócono na potrzeby radia.Daje się wyczuć z perspektywy lat że dominującą osoba w komponowaniu tego był Hoggy, któremu Rothery z Kellym tylko poddali się i okrasili to dodatkowo swoim talentem. Hogarth w tej piosence błyszczy swoim głosem i nikt nie ma prawa zarzucić mu, że Fish był lepszy. Był inny ale na pewno nie lepszy.Po tej perełce pojawia się nam na płycie kolejna kompozycja i zarazem kolejny singiel, który lansował ten krążek "The Uninvited Guest" i ponownie mamy dobrze znany nam Marillion, przynajmniej od strony muzycznej.Dodam, że wszystkie single z tej płyty otrzymały również oprawą wizyjną w postaci klipów a dodatkowo dwa single wydano w wersjach maxi.Te pierwsze trzy utwory to esensja tego co grupa zamierzała robić w kolejnych latach.Stronę pierwszą plyty zamyka kolejny utwór osiągający noty wśród fanów nawet większe od Easter a mianowicie tytułowy Seasons ends. Utwór typowy dla klimaciarzy a ile w nim liryzmu i piękna ten się dowie kto zada sobie trud wsłuchać się w to cudeńko.Strona B otwarta zostaje pioseną "Holloway Girl".Myslę, ze jest to kompozycja, która docelowo miała być przenaczona dla Fisha, bo mamy tu wszystko Fishowe z wyjątkiem wokalu.Po niej następuje utwór o ich ukochanym Berlinie (mieli zawsze ciągoty do tego miasta) Daje się wyczuć spory wpływ Hogartha na tą kompozycję.Oczywiście oceniając ją z perspektywy czasu i wiedząc w jakim kierunku Marillion poszli w kilka lat później po tej płycie.Piosenka klimaciarska posiadająca tyle smaczków muzycznych, że pomysłu starczyło by i na bardzo długą suitę.By nie było na płycie zbyt smętnie jako kolejne nagranie pojawia się "Hooks in You", ostatni singiel z tej płyty (lansowany jednak jako pierwszy w kolejności). Kompozycja stworzona na potrzeby koncertów, klimatem odpowiadającym "Incommunicado" i chyba taki był zamiar, by piosenkę utożsamianą z Fishem jak najszybciej podmienić na inny rozgrzewacz.Płytę zamyka kompozycja "The Space..." Chyba najtrudniejszy utwór z całości ale też i artyzm godny wielkich.Niesamowita i emocjonująca końcówka sprawia, ze w chwili gdy igła podnosi się po zakończeniu odsłuchu płyty, czujemy że właśnie zakończyliśmy słuchać czegoś naprawdę istotnego i wielkiego i w jakimś stopniu całkowicie doskonałego.

Marillion w 1989r wydał swoją kolejną wielką płytę.Szkoda tylko ,że środowisko skażone Fishem szybko odrzuciło to jako coś niegodnego tej grupy.W Polsce ponoć naczelny guru od Marillion świętej pamięci Beksiński również po części się do tego przyczynił, krytykując to dzieło niemiłosiernie.Niedźwiecki zaś ponoć tą płytę wychwalał.Co pozostało po starym Marillion na tej płycie ? Na pewno muzyka. To w dalszym ciągu ten sam zespół, bo to grupa odpowiadała za muzykę (Fish pisał teksty i śpiewał). Zostało także jeszcze na tą płytę logo zespołu (na kolejnej odeszli od tego).A co pojawiło się nowego ? Nowa forma liryki i ekspresji.Nowy projektant okładek (niestety Wilkinson wybrał Fisha - szkoda bo jego okładki miały styl i dawały ciekawą i do tego charakterystyczną oprawę graficzną)

Płyta dziś wywołuje juz mniej emocji niz kiedyś.Diś już nie wstyd nawet powiedzieć, że się woli Marillion z Hoggym bardziej niż z Fishem bo lata pracy i ilość wydanych dobrych płyt zrobiły swoje.Na pewno jest to jedna z najbardziej urokliwych płyt końcówki lat 80tych.Kto tego nie słuchał jeszcze nigdy w całości koniecznie powinien.Ta płyta to dzieło całkowicie skończone i niezawierające niczego zbędnego.Uczta dla ucha, duszy a nawet ciała.


Strona A

1 - "The King of Sunset Town" (Hogarth/Rothery/Kelly/Trewavas/Mosley/Helmer)– 8:04
2 - "Easter" (Hogarth/Rothery/Kelly/Trewavas/Mosley) – 5:58
3 - "The Uninvited Guest" (Hogarth/Rothery/Kelly/Trewavas/Mosley/Helmer)– 3:52
4 - "Seasons End' (Hogarth/Rothery/Kelly/Trewavas/Mosley/Helmer) – 8:10

Strona B

1 - "Holloway Girl" (Hogarth/Rothery/Kelly/Trewavas/Mosley) – 4:30
2 - "Berlin" (Hogarth/Rothery/Kelly/Trewavas/Mosley/Helmer)– 7:48
3 - "After Me" (Hogarth/Rothery/Kelly/Trewavas/Mosley)– 3:20 (Only included on CD and MC)
4 - "Hooks In You" (Hogarth/Rothery/Kelly/Trewavas/Mosley/Helmer)– 2:57
5 - "The Space..." (Hogarth/Rothery/Kelly/Trewavas/Mosley/Woore/Dugmore/Harper) – 6:14

Wersja CD zawiera jeszcze utwór "After me"

W 1997 roku płyta doczekała się reasteringu na cd i wydano ją wzbogacając o drugą płytę zawierającą materiał uzupełniający.

"The Uninvited Guest" (12" Version) – 5:05
"The Bell In The Sea" (Hogarth/Rothery/Kelly/Trewavas/Mosley/Helmer) – 4:21
"The Release" (Hogarth/Rothery/Kelly/Trewavas/Mosley) – 3:45
"The King Of Sunset Town" (Demo) – 5:34
"Holloway Girl" (Demo) – 4:48
"Seasons End" (Demo) – 8:02
"The Uninvited Guest" (Demo) – 3:56
"Berlin" (Demo) – 8:03
"The Bell In The Sea" (Demo) – 4:52

(Pierwotnie tekst ten zamieściłem na forum 80s.pl)

1 komentarz:

  1. Zgadzam się całkowicie. To zdecydowanie moja ulubiona płyta bez Fisha, a piosenki tytułowej mogę słuchać w nieskończoność.
    Tak na marginesie dodam, że z racji mego zamieszkania w Irlandii, moja kolekcja płytowa została podzielona. Część leży na półkach w Polsce, część mam ze sobą. Kilka tygodni temu przyjechali do mnie rodzice i poprosiłem ich właśnie o przywieźenie tego albumu, bo stwierdziłem, że to krążek, który trzeba mieć blisko siebie. ;-)

    OdpowiedzUsuń