środa, 4 lutego 2015

Rainbow - Rising (1976)




Idąc za ciosem po kilku słowach o "Perfect Strangers" na bloga wrzucam kilka słów o drugim na równie dla mnie ważnym albumem hard rockowym. Rainbow "Rising" należy do czołowych płyt jakie ukazały się w tym gatunku. To stwierdzenie to nie banał powtarzany obecnie już z pokolenia na pokolenie a fakt bezsporny i nie podlegający dyskusji.Płyta jak na dzisiejse standardy krótka ale dla nie to zaleta. Powstała tak jak większość najlepszych płyt w krótkim czasie. Trafiła idealnie w swój czas i zapotrzebowanie rynku muzycznego. Jeśli kiedykolwiek szukałem dobrej strony rozłamu w zespole Deep Purple to bez wątpienia jest właśnie ukazanie się tej płyty. Ritchie Blackmore nie uzyskał by takiego efektu ze swoją macierzystą grupą .By zrobić to co zrobił potrzebował stworzyć Rainbow. Pierwszej płycie niczego w zasadzie nie brakuje ale dopiero druga płyta z 1976r "Rising" dostarczyła hardrockowej magii. Słabych punktów na tej płycie nie ma. Jak na hard rocka jest wyjątkowo łatwa w odbiorze i szybko zapadająca w pamięci. W zasadzie dwukrotne przesłuchanie pozwala już na stałe spamiętać ważniejsze kompozycje a reszta klei się ze sobą cudownie stanowiąc jedność pod względem jakości. Ritchie nie robi na niej rewolucji. Gra praktycznie to samo co w Purplach. Może klawisze mniej agresywnie się popisują przez co nie zacierają barwy jego gitary. Wydaje się nam przez to, że płyta bardziej jest gitarowa od tego co wcześniej słyszeliśmy w zespole wiadomym. Czy płyta posiada jakieś mankamenty ? Tak, ale tylko jeden i to od razu dodam jest moją to tylko opinią, bo do tej pory nie spotkałem się z nikim kto by podzielał moje zdanie w tej kwestii. Ten mankament to produkcja całości. Nie da się ukryć tego, że płyta została nagrana w 1976r. Posiada bowiem charakterystyczne dla tamtych czasów brzmienie. Dla przykładu płyta opisywana wczesniej "Perfect Strangers" jest całkowicie uwolniona od tego zarzutu. Tylko, że Purple nagrały ją w osiem lat później, gdy inaczej już nagrywano a właściwie masteringowano. O co chodzi mi z tym brzmieniem ? Po krótce basy i perkusja nie posiadają odpowiednio mocnej dynamiki. Słuchając jej odnoszę wrażenie, że zespoły pokroju glam rockowego a nawet disco potrafiły lepiej ją nagrać. Perkusja pomimo wspaniałej na niej gry nie brzmi w pełnym wymiarze. Uderzenie perkusji w stopę powinno powodować przy odpowiednim podkręceniu wzmacniacza, że w zołądku pojawiać powinien się lekki ucisk. Tymczasem wzmacniając sygnał dźwiękowy sprawiamy tylko, że całość przyjmuje jedną głośną ścianę dźwiękową. Szkoda, bo sądząc po innych wydawnictwach z tamytych czasów potrafiono już dobrze nagrać bębny i bas. Oczywiście ta przypadłość niedotyczy tylko tej płyty. Niestety większość hard rockowych a nawet i progesywnych płyt tamtych czasów nagrywanych było w podobny sposób. Ta "nieszczęsna" produkcja dla wielu bywa zaletą, gdyż ona to sprawia, że album od początku do końca nabiera wiekowego szlachectwa. To jest trochę tak jak ze starym mosiężnym świecznikiem. Kolekcjonerzy staroci nie wyobrażają sobie by przedmiot oczyścić z patyny, która się zebrała na nim przez lata. On jest stary i ma wyglądać na stary. Wyczyszczenie i przywrócenie dawnej świeżości i nadanie połysku uważane jest za profanację. Podobnie mamy w tym przypadku. Płyta po prostu ma tak brzmieć bo to określa jej rodowód. Niemniej ja wolałbym by zabrzmiała ona z taką dynamiką jak by mogła, gdyby zastosowano patenty, które użyto w kilka lat później a które dostępne były przecież i w tym 1976r. Zresztą głos Dio też trochę traci bo często przygłuszany jest chaosem dźwiękowym w postaci dźwieku talerzy zlewających się w nadmierny szelest. Na szczęscie nie zawsze.


Płytę w pierwotnej wersji ułożono tak, że dwa najdłusze utwory dano na koniec co w praktyce zaowocowało stroną B która zawierała tylko dwie piosenki. Za to każda powyżej 8 minut. Brak na tym albumie jest ballad. Prawdopodobnie odpuszczono sobie pomysł by nie powtórzyło się zjawisko z pierwszej płyty gdzie ballada "Catch the Rainbow" zdominowała przekaz całości albumu. Prawdę mówiąc brak takiej ballady zauważyłem dopiero, gdy zacząłem sobie analizować sukces tej płyty i porównywać ją z innymi. Tak więc absolutnie nie brakuje takiego spowalniacza na tym albumie. Pewnie gdyby dołozyć do niej jeszcze jeden utwór typu "power ballad" całość nie straciła by na przekazie ale też nie ma gwarancji, że dzięki temu nastapił by ogólnowrażeniowy skok jakościowy całości. Nie umiem zdecydować się które piosenki z albumu "Rising" darzę większą sympatią. Przez lata słuchania miałem już różne faworytki. Długi okres "Stargazer" był tym dla mnie najlepszym momentem płyty. Później pamiętam, że łapałem się na tym, że zdecydowanie wolałem słuchać strony A płyty rozpoczynającej się kapitalnym utworem "Tarot Woman" i każda kolejna kompozycja sprawiała, że bardziej się nakręcałem w uwielbieniu całości. Płytę w całości poznałem w okresie ukazania się "Slaves and Masters" Purpli czyli w okolicach roku 90/91. Mniej więcej poznawałem je obie na raz. W tym okresie bowiem przechodziłem wzmożoną fascynację cięższym graniem. Wtedy też sporo pozyskałem takiej muzyki i to różnych grup. Do pewnych zespołów do tej pory się nie przekonałem tzn nie polubiłem na tyle by się nimi zasłuchiwać i w zasadzie do tej pory nie posiadam konkretnych faworytów jeśli chodzi o wykonawcę. Cenię poszczególne płyty. Album "Rising" grupy Rainbow zaliczam jako najlepszy w swoim gatunku w moim prywatnym topie. Stawiam go nawet wyżej niż "Perfect Strangers" Purpli a to nobilitacja dla muzyki na nim zawartej, przynajmniej w moich oczach ogromna.

Tracklista

Strona A

1. Tarot Woman (5:53)
2. Run with the Wolf (3:48)
3. Starstruck (4:06)
4. Do You Close Your Eyes (2:58)

Strona B

5. Stargazer (8:26)
6. A Light in the Black (8:12)

Sztandarowy utwor z tej płyty w wersji  live
"Stargazer"

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz