środa, 7 listopada 2012

ABBA - Waterloo (1974) - recenzja



Ta płyta przyniosła pierwszy sukces oraz pokazała potencjał grupy. Przede wszystkim wykazała to, że zespół ma pomysł na siebie.Tytułowa piosenka zanim pojawiła się na płycie wzięła udział w festiwalu Eurowizji w 1974r i go wygrała. Wcześniej ABBA również próbowała szczęścia w tym konkursie. Niestety piosenka "Ring Ring" zamieszczona później na "debiutanckiej" płycie w 1973r nie zakwalifikowała się. W wersji szwedzkiej albumu "Waterloo" piosenka tytułowa pojawia się na płycie dwukrotnie. Zamieszczono bowiem dodatkowo wersję w języku ojczystym.  Być może z uwagi na dobry i wyrównany poziom tego albumu jako całości zdecydowano się by właśnie to on był pierwszą oficjalną wizytówką grupy a tym samym wcześniejszy debiut potraktowano jako poligon doświadczalny a może nawet falstart. "Waterloo" z pewnością największy przebój z tej płyty to nic innego jak zgrabny utwór rock n rollowy oparty na jego tradycyjnej formie. Jeżeli prawdą jest, że o przebojowości piosenki świadczą pierwsze sekundy jej trwania to "Waterloo" całkowicie spełnia tą zasadę. Po nim jest jedna z tych piosenek, która z latami słuchania stała się ze zwykłego wypełniacza miłym muzycznym akcentem. Kompozycja oparta trochę na karaibskich brzmieniach. Posiada po wsłuchaniu się w nią mnóstwo smaczków aranżacyjnych. Jedyna jej wada to, że nie posiada tej mocy przebojowej co wcześniejsza.Jeżeli nas trochę uśpiła "Sitting In The Palmtree" to kolejna "King Kong Song" podrywa nas na nogi ponownie i to również w rytmie rock n rolla.Kompozycja która obecnie wśród moich znajomych ma spore wzięcie z uwagi na glamowe brzmienie i dość spory rockowy pazur.Oczywiście ten pazur traktować należy z wyrozumiałością. W końcu kompozytorzy to zdeklarowani muzycy pop, którzy wręcz definiują ten gatunek.


Jeżeli tytułowe "Waterloo" to największy hit z tej płyty to "Hasta Manana" jest niewątpliwie największą jej ozdobą.W Polsce doczekała się ta piosenka dość szybko coveru w wykonaniu Ani Jantar i tak oto w naszym kraju równocześnie funkcjonowały w świadomości dwie wersje tej niesłychanie uroczej piosenki.
Doczekała się ona również w okresie późniejszym wersji hiszpańskiej zaśpiewanej przez ABBA. "Hasta Manana" miała być piosenką startującą w eliminacjach do Eurowizji. Wybór padł jak wiemy na "Waterloo" głównie z powodu tego, że w aranżu wykorzystane zostały obie wokalistki.Ciekawe czy również z "Hasta Manana" zespół odniósł by sukces ?

Piosenka stała się bardzo popularna zwłaszcza w Hiszpanii oraz w Polsce. To z Hiszpańskich programów istnieją jedyne dwa  wizyjne wykonania tej piosenki. Piosenka z nieznanych mi powodów pomijana jest na składankach z największymi przebojami grupy, choć według mnie to kompozycja zasługująca na pierwszą piątkę najlepszych piosenek sympatycznych Szwedów. Piosenka powstała na raty. Panowie zgrali melodię swojemu menago Stigowi i dali mu ją na taśmie na wyjazd urlopowy. Stig,  często odpowiadał  za teksty piosenek. On zabrał ją ze sobą na wakacje.Na nich wpadł na pomysł tytułu słuchając radia i słysząc jak żegna się prezenter radiowy po hiszpańsku. Tak się narodził pomysł na "Hasta Manana". Tekst podyktowano przez telefon i już na kolejny dzień dziewczyny zaczęły przymierzać się do tej piosenki. Nie wychodziło to zbyt dobrze.Może posłużę się wypowiedzią samej Agnethy.Ja spotkałem się z nią w temacie o grupie na forum 80s.pl. Oto cytat "Agnetha wpadła na pewien pomysł. Jej idolką była Connie Francis. Agnetha wspomina: "Zdawałaśymy sobie sprawę, że żadna z nas nie jest w stanie tego zaśpiewać i zaczęliśmy się powoli poddawać. Pewnego razu zostałam w studio sama i pomyślałam, że mogłabym spróbować naśladować Connie Francis. Włożyłam w śpiew dużo uczucia i doszliśmy do wniosku, że tak powinno być, że brzmi to dobrze". I tak oto powstała jedna z piękniejszych piosenek na albumie Waterloo" Piosenka "Hasta Manana" nie wyszła nigdy na singlu w oficjalnym zestawieniu płytowym ABBA ale były wyjątki i wydano tą piosenkę na siedmiocalówkach. Były to Włochy, Hiszpania i Japonia. Na albumie "Waterloo" znalazły też miejsce kolejne już w pełni Abba - stylowo brzmiące piosenki, które stały się mniejszymi lub większymi przebojami w różnych krajach. Z pewnością sporo namieszała piosenka "Honey Honey" będąca bardzo popularna w Niemczech ale także i w naszym kraju."Dance (While The Music Still Goes On)" z głównym wokalem panów pokazuje zaś, że i mężczyźni w tej grupie posiadają potencjał wokalny.Aby dodać wiecej liryzmu wmieszano w to zestawienie jeszcze kolejną śliczną balladę "Gonna Sing You My Lovesong".

 Ta płyta pomimo sporego sukcesu nie ugruntowała pozycji grupy w świecie muzycznym. Sukces olbrzymi "Waterloo" po Eurowizji dość szybko się ulotnił i wszystko wskazywało na to, że ABBA podzieli los wielu innych laureatów. To, że teraz wszyscy doskonale znamy tą płytę zawdzięczamy głównie temu, że po odniesieniu  jeszcze większego sukcesu kolejnego albumu odkurzono i wylansowano ponownie wcześniejszy czyli ten, ale o tym już w kolejnej odsłonie. Sporą niespodzianką dla nas Polaków był fakt ukazania się tej płyty na naszym krajowym rynku.Dokonała tego wytwórnia Polskie Nagrania Muza w roku 1975.Wersja wydana u nas to edycja na rynek poza szwedzki, czyli z pominięciem szwedzkojęzycznej wersji piosenki "Waterloo". By podsumować całość. Płyta "Waterloo" to pierwsza z prawdziwego zdarzenia płyta tej grupy, czyli taka która zawiera 100 % dobrego materiału z czego większość nosi cechy przeboju. Doskonała i pogodna. Zawiera trzy wylansowane spore przeboje "Waterloo", " Hasta Manana" i "Honey Honey". Były one jednak lansowane z pełną siłą dopiero w chwili odniesienia sukcesu kolejnego albumu.

Bjorn Benny& Agnetha Frida - Ring Ring (1973) - recenzja

Dziś rozpoczynam cykl recenzji płyt zespołu ABBA. Według wielu ludzi najlepszej pop-grupy wszech czasów. Być może temat dość banalny ale jak się tak bliżej przyjrzeć to w internecie mało jest recenzji płyt, które zazwyczaj uważane są za oczywiste i niepotrzebujące reklamy.Społeczeństwo jednak się starzeje i uznałem, że tych  kilka słów od człowieka, który na zespole ABBA zdobywał pierwsze doświadczenia w słuchaniu muzyki i uczył się właśnie z tych płyt estetyki melodii, mogą posłużyć jako drogowskaz.Po opisaniu wszystkich płyt pokuszę się o sporą porcję refleksji jakie mnie spotykają na temat tej grupy na przestrzeni prawie 40 lat.Niektóre informacje zawarte w tekstach pochodzą z forum80s.pl, gdzie bardzo prężnie rozwija się temat o zespole, pozostałe wyciągnąłem gdzieś z czeluści własnej pamięci i wiedzy zasłyszanej w ciągu wielu lat.

Bjorn , Benny & Agnetha, Frida - Ring Ring  (1973)
 

Płyta debiutancka na której wyraźnie słychać, że grupa nie ma jeszcze pomysłu na siebie. Są już na niej pierwsze przebłyski świetnych kompozycji ale ich aranż sporo odbiega od tego do czego niebawem dojrzeje zespół. Album zawiera kilka jasnych punktów w postaci piosenek: "Ring Ring", "People need Love", "Nina Prima balerina", "He is your Brother" oraz "I Am Just a Girl". Jak na płytę "dwugwiazdkową" pięć dobrych piosenek może mylić trochę ocenę, ale odnośnikiem tej noty jest całokształt jakości wszystkich piosenek ABBA a na tym tle kompozycje z płyty "Ring Ring" nie wypadają już tak okazale. Z pewnością tytułowa piosenka  mogłaby pojawić się na płycie kolejnej i byłby na niej ozdobą. Może upiększać całość według mnie jeszcze niedoceniana a według mnie przepiękna "I am just a Girl". Ta kompozycja potrafi naprawdę urzec śliczną melodią i wspaniałą harmonią wokalną i to całej chyba czwórki Szwedów.Reszta niestety to mniej lub bardziej nietrafione propozycje.Z tej płyty lansowano "People need love" oraz "Ring Ring". Przetrwały też piosenki "Nina Prima Balerina" i "He is your Brother" wykorzystywane sporadycznie w latach późniejszych przez ABBA na koncertach czy programach TV.Odnotować należy, że jeszcze piosenka "Another Town, Another Train" pojawiła się na składance przebojów ale dla mnie ta piosenka odbiega od tej piątki podanej wcześniej.
Jako ciekawostkę warto dodać, że piosenka "Disillusion", którą zresztą pominąłem w wyróżnieniach z uwagi na jej słabość, została skomponowana przez Agnethę a Bjorn dopisał do niej tekst. Był to jedyny przypadek gdzie panie wzięły udział w komponowaniu muzyki.Agnetha była namawiana przez Bjorna do tworzenia. Niestety nigdy nie dała się już do tego namówić. Wcześniej na swoich solowych szwedzkojęzycznych płytach częściej pisała muzykę i teksty ale w ABBA zadowoliła się samą interpretacją. Na sam koniec, informacja o piosence "I Saw It In The Mirror". Była ona napisana podobno zupełnie dla innego artysty ale gonił ich termin wydania płyty i dołączono ją. Debiut to płyta powstała trochę przypadkowo z materiału poskładanego z różnych pomysłów.W oficjalnej dyskografii traktuję się ją jako jeszcze nie firmowaną nazwą ABBA a czterema imionami członków. Piosenka tytułowa "Ring Ring" wzięła udział w eliminacjach do konkursu Eurowizji. Niestety przegrała. Płyta doczekała się wznowień już w pierwszych latach po jej wydaniu w związku z sukcesem  zespołu.

sobota, 20 października 2012

Nena feat. Nena - 20 Jahre Das Jubilaums - album (2002) - recenzja



O istnieniu tej płyty dowiedziałem się z dwu letnim opóźnieniem.Dawniej internet był mniej nachalny pod względem dostarczania informacji.Nie było jeszcze serwisów typu You Tube. Fora internetowe raczkowały a o prowadzeniu blogów nikt serio jeszcze nie myślał.Celowo pomijam  Facebooka, bo do tej pory całkowicie go nie akceptuję. Na ślad tej płyty wpadłem trafiając jakimś programem typu P2P na piosenkę Neny oznaczoną dopiskiem "new version". Później poszło już szybko i wkrótce album stał mi się znany. Trudno mi dziś napisać dlaczego potrzebowałem prawie dziesięciu lat by kupić tą płytę, ale stało się i w końcu  ją posiadam. Dzisiaj już wiem, że zrobiłem to o wiele za późno.Zresztą nawet w trakcie jej pozyskiwania nie ustrzegłem się od złych decyzji .Zamiast kupić wersję cd z bonusami wpadłem na pomysł by w to miejsce sprawić sobie wydanie analogowe na podwójnym winylu.Myślałem, że otrzymam pięknie rozkładaną okładkę z bogatą wkładką, tekstami i opisem. Niestety,  okazała się ona być pojedyńczą, z zawartością dwóch kopert. Zero wkładki,żadnych opisów, kompletnie nic.Jak na wydawnictwo XXI wieku kierowane do miłośników winyli, czyli kolekcjonerów to ocena tej edycji wręcz niedostateczna. Odradzam zakup tej płyty w tej wersji.Nakłaniam za to do zakupu wersji wydanej na cd a wzbogaconej dodatkowo bonusami, które na winylu po prostu zostały olane (zapewne z przyczyny ograniczenia czasowego analoga) .Nie mam pojęcia na ile wydanie cd jest zaopatrzone w książeczkę i jaka jest jej jakość, ale nie sądzę by okazało się to skromniejsze od tego w co wyposażono winyla. W końcu mniej niż nic to ciężko jest wydrukować. Tyle pomyj na tą płytę a braki wydawnicze rekompensuje całkowicie zawartość muzyczna.


Raczej edycja słabo zachęca do nabycie tego albumu w wersji analogowej

Od razu bez zbędnych zdań piszę. Ta płyta jest po prostu wspaniała, piękna i cudowna. Pewnie tych przymiotników znalazłbym jeszcze kilkanaście.Od samego początku do końca zapiera dech swą urodą i stawia ją według mnie na liście najlepszych płyt pierwszej dekady nowego wieku.Jest to trochę dziwne zważywszy na fakt, że podano na niej jak to się mówi "odgrzane kotlety". Tylko, że te dania po dwudziestu latach nie zostały wrzucone do mikrofali celem odgrzania a zostały przyrządzone na nowo. Doprawiono je w najlepszej kuchni i to przez najlepszych kucharzy.Lepszym porównaniem będzie nawet przykład wina , które dojrzewa by po latach nabrać właściwej szlachetności.Na czym polega fenomen i sukces tej płyty ? Według mnie na to zadziałały różne czynniki także poza muzyczne ale te sobie odpuścimy.Wspomnę tylko, że Nena jest w Niemczech ikoną pop kultury oraz przykładem wytrwałości i determinacji a przy tym wzorem matczynej miłości do dzieci.

Dajmy spokój otoczce całości i omówmy to co wprawiło mnie w szczery zachwyt. Płytę otwiera chyba największy przebój Neny choć z uwagi na kraj pochodzenia wokalistki określić to powinienem szlagierem."99 luftbalons" to piosenka wizytówka tej artystki.Tu podano ją w bardzo odmłodzonej wersji całkowicie zmieniając aranż. Całość zwolniono przez co piosenka stała się bardziej refleksyjna i chyba bardziej odpowiadająca przesłaniu jakie zawiera tekst. Zrezygnowano całkowicie z soundu typowego dla pierwszej połowy lat 80tych. Zachowano jednak charakterystyczne dla pierwowzoru smaczki muzyczne. Czy jest to lepsza wersja od oryginału trudno powiedzieć, bo zapewne zdania mogą być podzielone. Dla mnie jest to zdecydowanie lepsza. Odkurzono ją i w obecnej formie brzmi cudownie, tak jakby to była zupełnie świeża kompozycja. Po niej następuje od razu to co było najbardziej lansowane z tej płyty a mianowicie duet Neny z Kim Wilde w piosence "Anyplace, Anywhere, Anytime" będącym niczym innym jak odpowiednikiem "Irgenwie, Irgendwo, Irgendwann" z trzeciej płyty Neny. Nena namówiła do tego duetu Kim, z którą przypadkiem spotkała się po latach na imprezie w Berlinie.Nie odmówiła swojej niemieckiej koleżance i tak oto piosenka po dwudziestu latach w zmienionym aranżu ponownie stała się przebojem. Sukces "Anyplace,..."dał również impuls Kim Wilde, by także ona  wzięła się w garść i powróciła do show biznesu muzycznego.Zaowocowało to od tamtego czasu już kilkoma jej nowymi płytami.Kolejna piosenka na omawianej płycie to kolejny numer z żelaznego repertuaru Neny "Nur Getraumt". Klimatem nie odbiega od wersji pierwotnej znanej z debiutanckiej płyty.Zmieniono jednak jej całe brzmienie,dodając tu i ówdzie kila smaczków.Czwarta piosenka, zamykająca stronę A na winylu to "Leuchtturm". Przy tej piosence zatrzymam się na dłużej."Latarnia morska" w tej nowej wersji to coś co przykuwa uwagę chyba najbardziej z tej całej kapitalnej płyty. Niby każdy dźwięk znamy doskonale a jednak brzmi to jakby to był zupełnie nowy numer. Przearanżowano ją całkowicie zmieniając nawet tekst.To nie piosenka typu remake a raczej wygląda to jakby całkowicie na nowo ją skomponowano. Jeśli pierwsza wersja była po prostu bardzo śliczna i przebojowa to ta jest po prostu doskonałością skończoną.Zaśpiewana z wielką lekkością, przestrzenią a przy tym w klimacie beztroskiego luzu .Nena nigdy wcześniej nie brzmiała tak zmysłowo a jej charakterystyczny głos tu nabrał cech "niewinnego aniołka". Całkowicie Nena odeszła od pazurka rockowego i to chyba jedyny przypadek jaki znam kiedy jakiejkolwiek piosenkarce taki zamiar wyszedł na dobre.

 Nena - Leuchtturm (new version) oficjalny videoklip

Po przesłuchaniu tej piosenki nie ma się ochoty słuchać reszty. Producenci to chyba przewidzieli wiec od razu za tym cudem umieścili kolejną petardę, czyli "Fragezeichen". Wersja leniwa, ponownie kłania się tu wykorzystanie totalnie zmysłowego głosu Neny. Zlikwidowano charakterystyczne wstawki gitarowe. Dodano porcję jeszcze większego liryzmu niż znamy z wersji wcześniejszej. Przy tym nie uczyniono z tego ciągnącego się numeru typu "flaki z olejem" jakie swego czasu zafundował nam Bon Jovi robiąc swoją wspominkową płytę z hitami. Nie będę omawiał każdej piosenki po koleji bo przy każdej praktycznie mógłbym pisać te same przymiotniki. Tak na skróty pisząc dodam, że mamy na tej płycie też piosenki zaśpiewane  z kolegami Joachimem Wittem (Wunder geschehen) oraz z Udo Lindenbergiem (Jetzt bist du weg). Obie zresztą piękne. Gdyby w tym miejscu kończyła się płyta, czyli była jak za dawnych czasów pojedyńczym winylem czulibyśmy przy całej urodzie wszystkich kompozycji brak kilku tytułów. Na szczęście nie robiono tego albumu na skróty i nie pominięto piosenki "Lass mich dein Pirat sein", która dla mnie jest jedną z jej najładniejszych piosenek w ogóle. Ta wersja różni się oczywiście od oryginału ale odmienna jest w urzekający sposób.O barwie wokalu Neny w tej wersji już nie piszę bo słów brakuje. Całość otulono w smyczki, gitarę akustyczną i nadano w ten sposób jeszcze delikatniejsze brzmienie uwypuklając właśnie ten jej głos, wiecznie dziewczęcy, wiecznie świeży. Nie pominięto również "Es regnet" z drugiej płyty. Piosenki niby nie wyróżniającej się wcześniej - tu w podobnej interpretacji co wcześniejsza brzmi więcej niż poprawnie. Mamy na tej bądź co bądź składance także piosenki pochodzące  z okresu po "Nena - Band". Przykład "Lichtarbeiter", trochę transowy i trochę nie pasujący tu do całości. Sama w sobie piosenka jest ładna ale uczyniono tu ukłon w kirunku brzmień znanych z lat 90tych. Warto tu wspomieć szerzej jeszcze o "Vollmond", piosenki od której zaczęła się moja przygoda muzyczna z tą piosenkarką. Kompozycja od zawsze należała u mnie do jednych z najbardziej ulubionych od Neny. To jest jedyny przykład na całości tej płycie, gdzie wersja pierwsza pochodząca z debiutu jest według mnie lepsza. Nie oznacza to, że ta jest kiepska. Jest po prostu bardziej "nocna" co zapewne tak miało wypaść. Uspokojono ją jeszcze bardziej względem poprzedniej wersji, dodano bardziej senny wokal , wpleciono harmonijkę, pianinko. Z pewnością piosenka nabrała bardziej szlachetnego szlifu mimo to wolę chyba jako jedyną z całości tej płyty w wersji pierwszej.Płytę kończą jeszcze kolejne trzy piosenki po nowemu zrobione "Irgedwie, irgendwo,irgendwann" juz bez Kim Wilde. "Ich Hang immer noch an dir" oraz "Carpe Diem"

 Nena - Lass mich dein Pirat sein (new version)

Podsumowując całość z jednej strony mamy składankę największych hitów Neny, a z drugiej całkowicie nowy produkt. Całości się słucha tak jakby to wszystko powstało na nowo i był to całkowicie pierwszy raz wydany materiał. Dodam, genialny materiał muzyczny.To według mnie najlepsza płyta Neny jaka powstała od początku jej kariery i nie ważne dla mnie jest że to trochę wtórny materiał. Nena dojrzała i po latach znając swoje piosenki na pamięć doskonale wiedziała o wszystkich ich mankamentach. Poprawiła je i okazało się, że warto było. Ta płyta to jedna z tych które warto znać, mieć, no i oczywiście często słuchać.

okładka tył wydania cd edycja 2003

Produkcją całości zajął się kolega z jej byłego bandu Uwe Fahrenkrog-Petersen, będący swego czasu głównym kompozytorem tych zamieszczonych piosenek, czyli też po latach znając je na wylot wiedział co chciałby w nich poprawić. Udało się. Wersja cd zawiera jeszcze kilka bonusów takich jak "Tanz auf dem Vulkan" czy fantastyczne wykonanie live "Du kennst die Liebe nicht" gdzie publiczność rozbraja Nenę wspólnym śpiewem.O tym jak sama Nena śpiewa na żywo już nie napiszę. Wstydźcie się wy wszyscy wielcy rockowi wokaliści z Plantem, Gilanem czy Coverdalem na czele wychodząc na scenę bo przy niej wy tylo się męczycie. Ona stale brzmi jak szesnastolatka i do tego idelanie śpiewa na zywo czysto jakby to nagrywane było w studiu płytowym.

oładka wersji cd edycja 2003 - front

Całkowicie pominąłem opis samej Neny a chciałbym się też odnieść więc dopiszę.Nena im starsza tym robi się lepsza i wokalnie i wizualnie. Jej nowy image niejednego potrafi zmylić co do faktycznego wieku tej artystki.

       
Nena z lat 80tych, z okresu nagrania tej płyty i obecnie

strona A

1 - 99 Luftballons (New Version/Album Version 2)         
2 - Anyplace, Anywhere, Anytime (New Version)         
3 - Nur Geträumt (New Version)         
4 - Leuchtturm (New Version)         

strona B

1 - ? (Fragezeichen) (New Version)         
2 - Wunder Geschehen (New Version)        
3 - Jetzt Bist Du Weg (New Version)

strona C
       
1 -Lass Mich Dein Pirat Sein (New Version)        
2 - Es Regnet (New Version)         
3 - Lichtarbeiter (New Version)        
4 - Vollmond (New Version)        

strona D

1 - Irgendwie, Irgendwo, Irgendwann (New Version)        
2 -Ich Häng Immer Noch An Dir (New Version)        
3 - Carpe Diem (Söhne Mannheims Ragga Mix-Radio Edit)         

dodatkowo na wydaniu 2 x cd

1 - Haus Der Drei Sonnen         
2 - Tanz Auf Dem Vulkan         
3 - Dafür Ist Das Leben Zu Kurz        
4 - Du Kennst Die Liebe Nicht         
5 - 99 Luftballons (Old Live Version)         
6 - Carpe Diem

Dla chętnych, dwa fragmenty z występu Neny na Olimpijskim Stadionie w Berlinie

Nena - Live Berlin 31.07.2004 - 99 luftballons (new version)

Nena - Live Berlin 31.07.2004 - Leuchtturm (new version)

poniedziałek, 8 października 2012

Edukacyjna wartość polskich seriali


Pop kultura, pop kultura jedno kłamstwo, jedna bzdura. Śmiało można sobie podśpiewywać te słowa razem z T Love. Ile w tym prawdy ten tylko się dowie kto spojrzy na problem ciut szerzej niż przeciętny Kowalski.Zjawiska zachodzące w społeczeństwie są jak im się przyjrzeć szalenie ciekawe i niestety wystawiają złą opinię o nas samych. Nie ukrywam społeczeństwo to także ja i jako cząstka całości również w jakimś sposób łapię się na różne manipulacje. Na niektóre świadomie wyrażam zgodę , przeciw innym się buntuję ale zazwyczaj im ulegam tak jak i większość w sposób nieświadomy.Kwestia tylko dotarcia z przekazem i stworzenie potrzeby by każdy z nas dał się nabrać.

Niestety w ostatnich latach obserwuję strasznie zaniżony poziom tych kombinacji mających na celu poddanie nas manipulacji. Być może powodem tego są jakieś tajne badania, które dowodzą o sile prymitywnych oddziaływań bo to one najszybciej docierają do najszerszego odbiorcy. Zajmę się w tym felietonie tylko jednym odłamem szeroko pojętej pop-kultury a mianowicie telewizją. Żeby doprecyzować bo to również olbrzymie medium dodam że chodzić mi będzie o seriale, które niemiłościwie według mnie nas zalewają od lat.Osobiście nie mam nic przeciwko serialom a nawet tasiemcom serialowym pod warunkiem, że zamykają się one ze swoją fabułą w jednym odcinku. Może więc według mnie  powstać i dwa tysiące odcinków Kiepskich, Rodzin zastępczych, czy weźmy podwórko amerykańskie, setki odcinków takiego Columbo czy Kojaka.Inaczej ma się już z typowymi produkcjami ciągnącymi się długie miesiące lata a nawet dekady.Twórcy dość szybko zaczynają tracić kontakt z rzeczywistością i by fabuła była zajmująca stosują coraz dziwniejsze pomysły a niekiedy wręcz piszą scenariusze pod zapotrzebowanie oglądających to ludzi.Skoro badania, które robi się stale "z ukrycia" wykazują, że większość liczy na dany rozwój sytuacji to fabułę się rozwija w takim kierunku jakim jest zapotrzebowanie.Oczywiście wystawiając przy tym widzów tego serialu na próbę cierpliwości i podsycając napięcie zanim dojdzie do owego spełnienia potrzeby obejrzenia tego co i tak było wiadome od początku.Dobry scenarzysta potrafi nawet kilka lat prowadzić fabułę zanim dojdzie ona do celu oczekiwanego przez wszystkich. Tą prawdę o widzach pokazali nam twórcy serialu Columbo gdzie po raz pierwszy na taką skalę odwrócono schemat filmów kryminalnych.Tu sprawcę znamy od razu a film ma nam pokazać jak na to wpadły właściwe organy ścigania.Tutaj sam czyn zbrodniczy ma znaczenie drugoplanowe.Trochę schodzę z tematu więc szybciutko powracam do głównego wątku. Zostawiam Columbo bo to zły przykład typu serialu o jakim chcę teraz napisać.Zacznę od pytania, na które niech każdy sam sobie odpowie w myślach. Czy oglądając seriale typu tasiemiec nie odczuwacie wewnętrznie, że twórcy i aktorzy odgrywający w nich swoje role po prostu traktują was jak przygłupów ? Ktoś tam zapewne sobie ubzdurał, że ludzie pragną oglądać "życiowe filmy"i tak dalece się utożsamiają z bohaterami,że tracą poczucie istnienia bariery między tym co na ekranie a tym co w ich życiu.Do tego wszystkiego ciągnąca się przez dziesiątki a nawet setki odcinków fabuła schodzi programowo na drugi plan.Dla większości tworzących nie ważne jest jak się potoczy akcja bo ona jest programowo tylko tłem do tego co chce się pokazać.Większość tych telenowel, które z nowelami mało mają wspólnego, tworzone są według schematu.Wpierw bada się rynek pod kątem grupy docelowej, która to byłaby głównym odbiorcą produkcji.Tworzy się profil widza, na który składa się kilka czynników typu zainteresowania, problemy dnia codziennego, marzenia etc. Mając stworzony obraz potencjalnego widza nie pozostaje nic innego jak zatrudnić aktorów, rozpisać bzdurne scenki z koniecznie prostą fabułą i poupychać w to wszystko treści wykazane w badaniach socjologicznych danej grupy. By serial nabrał cech "życiowych" wystarczy osadzić go na planie realiów  ujętych statystycznie tej grupy docelowej. Teraz przechodzę do sedna tego co chciałby napisać.Te wszystkie idiotyczne seriale tylko powierzchownie takowymi się wydają. One wbrew pozorom odgrywają wielką rolę w edukacji narodu. Pojawia się logiczny wniosek, że im głupsze seriale będziemy tworzyć  tym głupsze otrzymamy społeczeństwo. Seriale bowiem posiadają moc dotarcia do widza poprzez jego utożsamienie się z bohaterami. Z nich to dowiemy się jak mamy właściwie postępować. To one lansują model zachowań i pokazują nam co mamy robić ? jak ? gdzie ? kiedy ? z kim ? po co ? dlaczego ? Odbiorca nieświadomie oglądający to a w przyszłości będący  w jakieś okoliczności zbliżonej do postaci z serialu ma gotową receptę na rozwiązanie problemu. Do tego nawet  jest nieświadom tego dlaczego tak postąpił. Pomijam tutaj całkowicie kwestię lokowania produktów celem reklamy, bo to chyba oczywiste jest dla każdego. Produkty widać i ta manipulacja nami razi od razu po oczach.Treści manipulacyjne odnoszące się do naszych zachowań są już lepiej ukryte. Czasami pewne przekazy są bardzo czytelne. W kwietniu w serialu adresowanym do osób starszych z pewnością poruszone w fabule będzie kwestia rozliczania pitów, gdzie wnuczka będzie babci swojej tłumaczyć gdzie ma się udać by ktoś jej w tym pomógł, jak znam tego typu mechanizm od razu na ekranie będzie podana cena takiej usługi by ludzie dowiedzieli się, ze to nie jest aż takie drogie.Na gwiazdkę świadkami będziemy ubierania choinki i wymyślania prezentów pod nią. Z innych seriali dowiemy się jakie są modne restauracje i miejsca w których wypada bywać.Na Wielkanoc nawet poznamy przepis na pyszną babkę, bo akurat mamusia będzie córce przez telefon dyktować.Boicie się ,że nie zdążycie zapisać ? Nic podobnego - zdążycie. Ta córka w serialu  też nie będzie miała papieru i ołówka i przerwie to dyktowanie i poleci poszukać przybory. Wy w tym czasie zrobicie to samo i tak oto naród w całej Polsce dowie się jak upiec babę na święta. Oprócz bzdurek typu kulinarne przepisy, seriale poinformują nas również co robić gdy przypęta się choroba. Co robić, gdzie się udać wszystkiego się naród dowie.Wystarczy oglądać seriale.Czasami się zastanawiam jak wyglądałoby nasze społeczeństwo, gdyby całkowicie proces socjalizacji jaki przechodzi człowiek od dziecka opierał się na mas mediach. Myślę, że stworzono by cały świat ludzi łatwo sterowalnych. Nie ma bowiem ludzi nie podatnych na kwestie manipulacji. Cały problem to tylko znaleźć odpowiedni profil i dobrać do tego właściwe narzędzia.

Czasami tak sobie myślę, że gdyby nagle ktoś wpadł na pomysł i umieścił fabułę serialu w środowisku hobbystów zbierających płyty i ukazano by w nim całe piękno tej pasji to byłaby szansa na to, że sklepy z płytami ponownie zaroiły by się od klientów. Niestety póki co prędzej można liczyć, że wzrośnie zapotrzebowanie na ogródki działkowe, porady prawnicze czy też wzrośnie chęć do posiadania kotów. Prędzej seriale zachęcą nas do biegania na siłownię niż do sklepów z płytami. Nikt nie będzie robił przecież filmów "nieżyciowych". Big Brother kiedyś udowodnił wszystkim, że odpowiednio pokazywane zachowania nawet te najbardziej durne mogą stać się kanonem.Chciałbym doczekać czasów kiedy ponownie będą powstawać seriale dla rozrywki. W których nikt nie będzie mi pokazywał jak mam żyć, co jeść, w co się ubierać.Gdzie nie będę musiał wysłuchiwać po kilka porad w każdym odcinku. Gdzie twórcy przestaną mnie traktować jak osobę, którą należy wychowywać i ciągle czegoś uczyć.

piątek, 28 września 2012

O zapomnianej piosence, nagrywaniu i nostalgii


Pamięć ludzka to chyba największy "psotnik" jaki może przytrafić się człowiekowi.Upływający czas skutecznie resetuje nam pamięć.Potrafi wykasować nawet ważne dla naszego życia wspomnienia a jednocześnie zachować na długie lata nieistotne szczegóły.Niedawno doświadczyłem tego osobiście. Przypomniała mi się scenka z mojego dzieciństwa z roku 1981, gdy miałem 13 lat i byłem na etapie pierwszych muzycznych fascynacji.Uzbrojony w monofoniczny magnetofon kasetowy MK 122* kursowałem na okrągło z nim pomiędzy swoim pokojem, gdzie podłączony był do radia a pokojem tzw. dużym gdzie znajdował się telewizor. Zdobywanie nagrań dla 13 latka w tamtych czasach polegało na stałym monitorowaniu programów radiowych i telewizyjnych z nadzieją, że gdzieś coś uda się fajnego nagrać.Giełdy płyt czy nawet kasety sprzedawane na bazarach nie wchodziły w rachubę, gdyż ceny dla dzieciaka jakim wtedy byłem były zaporowe.Owszem czasami coś się trafiło lub naciągnęło na zakup rodziców ale była to kropla w morzu potrzeb.Każda przeoczona piosenka usłyszana w radiu lub w telewizorze a nie nagrana na kaseciaka tworzyła od razu wizję na zawsze utraconej szansy jej posłuchania w późniejszym okresie. Warowanie z magnetofonem o stałych porach było nałogiem, obsesją i oglądane przez kogoś  z boku mogło dawać obraz mojego obłąkania.Sama gotowość ze sprzętem nie gwarantowała jeszcze sukcesu.Trzeba było opanować sztukę i dojść do perfekcji w bardzo szybkim wysterowaniu głośności zapisu.Wysterowanie automatyczne niestety pogarszało jakość o ponad 50 %. Kolejna trudność to refleks by wcisnąć klawisz record dokładnie w chwili rozpoczęcia piosenki oraz na jej zakończenie by przypadkiem czegoś nie pominąć lub nie nagrać za dużo.Następna niedogodność, którą należało wyeliminować poprzez odpowiednie doświadczenie to szybkość obsługi magnetofonu, by w przypadku rezygnacji z nagrywania piosenki móc szybko powrócić do poprzedniego ułożenia czyli cofnięcia taśmy. Zasada była taka, że każdą nieznaną zapowiedzianą piosenkę się rozpoczynało nagrywać, po czym należało szybko dokonać weryfikacji "ładności" utworu i albo go nagrać albo przerwać i cofnąć kasetę do momentu startu recordingu. Na to czasami pozostawało kilkanaście sekund.Zwłaszcza jeśli decyzję o skasowaniu nagrania podjęliśmy dopiero po kilku minutach słuchania.Pomijam tu kwestię wkręcania się taśmy, ustawiania głowicy, regulacji obrotów.. bo to można było przygotować wcześniej.Swoją drogą ciekawe czy młode pokolenie potrafiłoby znaleźć powiązanie techniczne pomiędzy ołówkiem a kasetą magnetofonową ? Kasety średnio przeżywały kilka lat i u mnie były podzielone na: nówki, które nagrywane były tyko jeden raz i pozostawione.Zazwyczaj używane do nagrań z płyt.Wielorazówki,czyli takie które raz na jakiś czas były kasowane kosztem jakiś nagrań na rzecz nowych.Kasety nie były tanie a poza tym w systemie nagrywania wszystkiego, często zawierały piosenki , które wstępną weryfikację ładności przeszły ale kolejne odsłuchania obnażyły słabe strony.Jedyna rada pozbycia się ich to nagranie na tym materiale innego,już lepszego. Często w takich sytuacjach obok tych brzydkich kasowane były też perełki.Jak tu trzymać kasetę dla jednej piosenki nagranej pośrodku ? Ostatnia grupa to kasety robocze. Zazwyczaj były to kilkuletnie, wielokrotnie mazane taśmy i służyły do nagrań,które chciałem mieć ale tak niespecjalnie zależało mi na jakieś super jakości.

MK 122
Taki magnetofon pozwalał przecierać mi pierwsze moje muzyczne szlaki.
(miałem też wersję z radiem o nazwie "Jola"
)

Sporo wprowadzenia ale było ono konieczne by można było zrozumieć to co zamierzam napisać. W 1981r w niedzielne popołudnie siedziałem przed telewizorem i czekałem za jakimś filmem. Wtedy przerwy pomiędzy programami wypełniały zamiast reklam piosenki.Przypadek sprawił,że nadano wtedy piosenkę, która od pierwszego taktu całkowicie mnie oczarowała swoją melodyjnością, przebojowością i w o w ogóle wszystkim. Wewnętrznie przeżywałem tragedię swojego ówczesnego życia.Oto w telewizji leci ekstra piosenka a ja nie mam uszykowanego magnetofonu. Wizja tego, że nie usłyszę jej już nigdy więcej była przerażająca.Piosenka się skończyła. Ja byłem oczarowany i jednocześnie zdruzgotany wewnętrznie.Nie spamiętałem ani tytułu, ani wykonawcy.Przez lata poszukiwałem tego a z każdym kolejnym rokiem coraz mniej o tej piosence wiedziałem. Potwierdziły się moje obawy. Oto w 1981r słyszałem piosenkę podczas której czułem podświadomie, ze słyszę ją po raz pierwszy i ostatni.Po kilku latach całkowicie o tym zapomniałem.Nawet w dwadzieścia lat później już w dobie internetu nie pamiętałem i nigdy tego utworu nie szukałem.tym bardziej,ze nie pamiętałem zupełnie nic.Nawet języka w jakim była wykonywana a co dopiero ważniejsze szczegóły.Jedyne co przez mgłę pamiętałem to postać piosenkarki w jakimś różowym kostiumie.Wierzcie mi różowy kostium w 1981r naprawdę nie był żadnym ważnym szczegółem.Jak już dałem do zrozumienia, fakt istnienia tej piosenki został u mnie zresetowany całkowicie. Od tamtego czasu po dzisiejszy dzień pozostało mi jedno.Jak gdzieś usłyszę coś co mi się podoba to cały czas mam obawy czy uda mi się to pozyskać.Jak nikt zdaję sobie sprawę, że zawsze może się tak zdarzyć, że odszukanie czegoś może być trudne bez znajomości wykonawcy, tytułu. Pół biedy jak to dotyczy czegoś usłyszanego w komercyjnych stacjach.Gorzej już gdy daną rzecz usłyszę w jakimś innym miejscu.

Pretekst do tych moich wspominek pojawił się na początku tegorocznych wakacji.Letni czas to taki u mnie okres gdy w odtwarzaczu w moim aucie dominują piosenki lekkie łatwe i przyjemne.Do nich zaliczam między innymi piosenki włoskie z okresu 1980-85, czyli rzeczy w stylu: Richi e Poveri, Alice, Toto Cutugno, Caudia Mori etc.. Co roku szykuję sobie składankę do słuchania z takimi letnimi klimatami.By nie popaść w pułapkę radia złote przeboje i nie zgrywać wciąż tego samego czasami szukam w internecie utworów z tamtego okresu.Niektóre udało mi się nawet pozyskać już na płytach. W tym roku w okolicach czerwca natrafiłem na dziwnie znajomy klip na you tubie.Pierwsze takty usłyszane i od razu wiedziałem, że oto odnalazłem po 32 latach piosenkę, którą słyszałem jedyny raz w życiu a która przez kilka lat nie dawała mi spokoju.Która poprzez doświadczenie z nią związane uzależniła mnie od stałego szukania utraconych dźwięków i nie rozstawaniem się z magnetofonem.Dziś mam z nią związaną nową obsesję.Koniecznie chcę zdobyć ją na płycie i myślę, ze jest to bliższe realizacji niż odszukanie jej choć do posłuchania te 32 lata temu.Dziś już jestem bogatszy w wiedzę o artystce o samej piosence.Dzięki temu odkryciu miałem też możliwość poddać konfrontacji moje wspomnienia z tym co zobaczyłem po latach.Nadal uważam,że to kapitalny przebojowy kawałek.Trąci już myszką i do tego śpiewany jest po włosku o czym nawet nie miałem pojęcia wtenczas gdy tego wypatrywałem.Od czerwca piosenka u mnie nie schodzi z odtwarzacza. Dawno nie miałem takiej zajawki na punkcie w gruncie rzeczy bardzo prostej melodyjki.Nawet rodzinka ze mnie drwi, że gust jakoś dziwnie mi się na starość skopał. Dla starego chłopa jak ja to dziwne uczucie, którego inni nie rozumieją. Ja ile razy słyszę tą piosenkę czuję tamtą chwilę w tym 1981r gdy zauroczony utworem, bezradny z powodu braku możliwości jego nagrania stałem wlepiony z oczami w telewizor.Obok w fotelu siedział jeszcze żyjący mój ojciec, pod stołem leżał mój pierwszy psiak (czarny cocker spaniel) a całe życie z problemami dopiero dla mnie miało się otworzyć.Jak ja tęsknię tylko do takich problemów jakie miałem wtedy, gdzie nie nagranie piosenki było faktycznie traumatycznym przeżyciem.


Oto piosenka - odnaleziona przypadkiem po 32 latach. Pretekst do napisania kilku
wspomnień z mojego dzieciństwa
Nada - Dimmi Che Mi Ami, Che Mi Ami, Che Tu Ami, Che Tu Ami Solo Me
.


 * Deck stereo pojawił się u mnie w domu dopiero za rok. Póki co miałem z wieży tylko radio i wzmacniacz
Wieża HI FI Unitry z Dzierżoniowa. Deck 410 "Etiuda", Tuner "Faust",  Wzmacniacz "Trawiata" .

wtorek, 18 września 2012

The Beatles - Magical Mystery Tour (1967) - recenzja


Nikt tej płyty nie lubił w tej wersji poza jej słuchaczami.Od tego można by pokrótce zacząć recenzję tej płyty.Wydana została w 1967r sześć miesięcy po Sierżancie Pieprzu i to tylko w Stanach Zjednoczonych. Europa w tym czasie dysponowała jej odpowiednikami, czyli singlem "Strawberry Fields Forever/ Penny Lane", Epką  "Magical Mystery Tour" zawierającą sześć piosenek oraz jeszcze jednym singlem "All you need is Love / Baby're a Rich Man" o mały włos bym pominął jeszcze "Hello Goodbye" wydanym na singlu z "I am the Walrus"(w zasadzie na odwrót). Amerykanie korzystając z opóźnienia wydawniczego skorzystali i od razu sprzedali te wszystkie piosenki jako całość nadając tytuł wspólny wszystkiemu zapożyczony z Epki.Dzięki temu w przeciwieństwie do Europy mieli w dyskografii ładny porządek.W Anglii nie dostrzeżono absolutnie potrzeby by piosenki te musiały być koniecznie na jednej płycie.Lata sześćdziesiąte to jeszcze w dalszym ciągu dominacja singli i ten nośnik był najważniejszy i to on przynosił największą kasę wytwórniom.Potrzebę dostrzeżono dopiero w latach 70tych i przy okazji reedycji wypuszczono "Magical Mystery Tour" w formie jaką znamy. Osobną sprawą jest to ,że fani dość szybko adoptowali wersję amerykańską z 1967r i przyjmuje się  oficjalnie ją już teraz jako pozycję z katalogu datowaną rokiem 1967.Pamiętać trzeba, że takie stanowisko przyjmują głównie młodsi fani Beatlesów. Dla starszych podstawową wersją w dyskografii jest opcja angielska z 1967r, czyli epka plus trzy single.Można oczywiście się spierać tym bardziej,że obecnie przyjmuje się album amerykański jako oficjalną pozycję w katalogu podstawowym. Pamiętać jednak trzeba, że Beatlesi nie przyłożyli ręki do układu tej płyty i za ich czasów nikt z nich nie myślał, by to był tzw "pełny album". Kontrargumentem może być iż do "Let it Be" również nie przykładali rąk ale to już inna historia na zupełnie inną opowieść. Oni nagrali w tym okresie (zresztą nawet określenie "jednym okresem" wydanie tych małych płyt jest błędem) trzy single i epkę i tak to traktują a to, że wytwórnia z tego zrobiła album, to no cóż ? Na wszystko tak do końca nie mieli chłopcy wpływu.Po latach wypowiadają się o całości z dużą rezerwą a nawet krytyką (choćby w Antologii) ale jednocześnie każdą piosenkę w jakiś stopniu chwalą.


Fundamentem tego albumu są piosenki ze strony A, które to posłużyły do ścieżki dźwiękowej filmu o tym samym tytule.Fim odniósł delikatnie ujmując mały sukces.Był robiony dość szybko, bez scenariusza.Dialogi były improwizowane a sami twórcy wykazywali bardzo różne zaangażowanie w jego tworzenie.Liderem całości był Paul McCartney i to on próbował całości dać obraz tego co sobie wymyślił.Może poprzestanę na tym,że film według mojej oceny jest nieciekawy i po prostu żenująco tandetny.Jedynie co go broni to muzyka i fragmenty filmowe ją ilustrujące.Wracam więc do muzyki.Płytę otwiera "Magical Mystery Tour". Dynamiczna kompozycja typowa dla McCartneya zaprasza nas do słuchania całości zupełnie jakby to miał być kolejny concept album. Już wcześniej zastosował tą sztuczkę w Sierżancie Pieprzu,że oto tak na niby za całość twórczą odpowiada wyimaginowany zespół.Tutaj w domyśle pozostałe piosenki miały stanowić obraz dla tej magicznej podróży."The Fool on the Hill" jako druga kompozycja również nie pozostawia wątpliwości, że to głównie McCartney za nią stoi.Tym razem mamy tu wydanie Paula romantycznego, balladystę.Zaraz po nim mamy utwór instrumentalny i jest to chyba jedyny oficjalnie wydany utwór bez śpiewania na płytach firmowanych The Beatles.Podpisany jest jako jedyny w całym katalogu piosenek jako kompozycja wszystkich czterech Beatlesów.Mamy w tym instrumentalu sporą dawkę psychodelii ale takiej ugrzecznionej do jakiej nas przyzwyczaili wcześniej.Nawet Harrison w kolejnej odsłonie z tej płyty a mianowicie w piosence "Blue Jay Way" tonuje swoje zapędy sitarowe a przynajmniej serwuje nam je w ograniczonej wersji.Jak na Georga przystało tego najbardziej nawiedzonego poszukiwacza "dziwnych" dźwięków kompozycja pomimo tego że jest dość prosta,  to ma aranż przebogaty i nafaszerowana jest niby nie do końca współgrającymi ze sobą instrumentami ale jednak dająca zamierzony efekt.Tutaj nic nie trzeba brać by słuchając jej mieć odlot.To był okres gdy Harrison jeszcze mocno wierzył w ideę dzieci kwiatów i lata miłości.W dwa lata później zdystansuje się od tego ruchu po rozczarowaniu jakie doznał będąc w Stanach. Postanowił bowiem  przekonać się na własne oczy jak naprawdę wygląda  życie w komunach hippisowskich.To co ujrzał absolutnie nie pokrywało sę z wizją jaką kreowały media w Anglii o wolności, miłości i narkotykach.Tak więc George na tej płycie piosenką "Blue Jay Way" kończy swoje poszukiwania muzyczne, przynajmniej pod szyldem grupy.Czwarta piosenka to ponownie powrót do kompozycji Paul "Your Mother Should Know". Nie jest to utwór ze sztandarów grupy ale dla mnie ma wartość olbrzymią. Pod względem różnych smaczków muzycznych stanowi olbrzymią ozdobę.Realizatorsko również kłania się ówczesna moda Martina (ich producenta) na zabawę ścieżkami Stereo.Dziś poza muzycznie ta piosenka służy mi do oceny właściwego założenia wkładki gramofonowej.Ewentualne złe podłączenie stópek od razu wychodzi podczas odsłuchu.Pierwszą stronę kończy jedyna w pełni propozycja od Lenona. "I am the Walrus" bez wątpienia jest chyba najjaśniejszym punktem tej części. Lennon w tamtym okresie nie był aż tak płodny twórczo jak Paul. Zresztą przechodził wtedy swoje zagubienia i z jednej strony jego ego lidera podpowiadało mu, ze coraz trudniej jest mu dotrzymać kroku koledze , któremu ładne melodie przychodziły nad wyraz łatwo a z drugiej czuł podświadomie, że jego propozycje posiadają więcej głębi od tego co oferował kolega.Coraz dalej też odsuwał się towarzysko od grupy.Praca nad epką "Magical Mystery Tour" była początkiem powolnym ale początkiem rozkładu zespołu.Przynajmniej od strony emocjonalnej.Twórczo bowiem panowie konkurując ze sobą wspinali się na szczyty swoich możliwości artystycznych.W "i am the Walrus" John ponownie błysnął swoim talentem do wymyślana dziwnych postaci i tak oto stworzył postać Morsa.Podobno inspirowany powieścią Lewisa Carolla. Do tego cały tekst podobnie jak w "Człowieku z nikąd" polegał na zabawie słowami i łączeniu ze sobą rzeczowników z przymiotnikami dość od siebie odległymi. Całość dawała obraz abstrakcyjnej wizji.Zresztą tekst był tylko ilustracją dla tej zakręconej muzyki. Co warto zaznaczyć, pomimo stworzenia tej piosenki w formie kolażu całość brzmi bardzo przebojowo a linia melodii pomimo swej skomplikowanej struktury jest nad wyraz przebojowa.Z pewnością "I am the Walrus" to jedna z najlepszych kompozycji Lenona.Posiada ona dla mnie formę pełną, jedyną i skończoną.Słyszałem wiele wykonań tej piosenki i żadne nawet częściowo nie zbliżyło się jakościowo do oryginału. Dla mnie jako odbiór całościowy tego albumu kompozycja Lenona całkowicie równoważy dominację Paula jako kompozytora na tym albumie.George Martin (producent) podobno trzy tygodnie pracował nad doprowadzeniem do perfekcji podkładu dla melodii i tekstu Johna. Tak więc warto i jemu oddać pokłon jako częściowemu twórcy efektu końcowego.Utwór był zakazany w radio BBC z uwagi na występujące słowo "Knickers" - damskie majtki (info z gazety "Tylko rock") Mając już omówiony fundament tej płyty jakim jest strona A czas przełożyć longplay na drugą stronę.


Tutaj na stronie B nie ma mowy już absolutnie o przypadku pojawienia się czegokolwiek poniżej klasy mistrzowskiej.Otwiera ją "dominant" McCartney w kompozycji "Hello goodbay". Piosenka wcześniej będąca stroną A singla (strona B -"I am the Walrus") tutaj otwiera zbiór piosenek z której każda to wielki przebój i za każdą stoi większa lub mniejsza legenda jej powstania. Swoją drogą piosenki z tej strony powstawały w różnych okolicznościach i nawet chronologicznie pod względem czasu ich nagrywania jakoś nie do końca są ze sobą spójne.Oczywiście to nie przeszkadza absolutnie w odbiorze całości jako produktu jednolitego."Hello Goodbay" to bardzo pogodny przebój o ślicznej melodii z trochę niepotrzebną końcówką jakby oderwaną od całości a po nim następuje "Strawberry Fields Forever", piosenka powstała i nagrana w okresie tuż przed Sierżantem Pieprzem. Zresztą nieoficjalnie otwierała ona sesję do tamtego albumu i wydanie jej na singlu pokazało fanom nową muzyczną drogę którą Beatlesi będą kroczyć.Pola truskawkowe to kompozycja Lenona i od razu czuć, że Paul nie wiele w niej namieszał. Chociaż w tej kompozycji Paul odcisnął swoje piętno włączając do niej swój pomysł użycia melotronu.Utwór sporo traci słuchając go przez słuchawki dlatego zalecam by tego nie robić.Ktoś może się zastanowić jaka to różnica ? Otóż taka, że dźwięk dochodzący z kanału lewego i prawego powinien łączyć się przed dotarciem do naszych uszów.W przeciwnym razie rozgraniczenia dźwięku między kanałami są za wyraźne i stają się wręcz drażniące. "Strawberry Fields Forever" wyszedł pierwotnie tylko na singlu, którego odwrotna strona zawierała "Penny Lane". Celowo piszę odwrotna strona bo do dziś uważa się, że ten singiel posiadał dwie strony A. Obie kompozycje to wybitne piosenki. Jedna pochodząca od Paula, druga od Johna lub na odwrót.Od czasów wydania tego singla coraz częściej John dzielił się z Paulem i każdy z nich pisał po jednej piosence na singla a później ustalano kogo materiał trafi na stronę pierwszą. Monopol ten przerwał dopiero Harrison piosenką "Something" ale to dopiero w kilka lat później.Obie piosenki "Pola truskawkowe" oraz "Penny Lane" to opowieści o swoich rodzinnych stronach w Liverpool i obie odnoszą się do wspomnień z dzieciństwa.Przypadek ? Może tak, choć ja w przypadki nie wierzę.Najmniej splendoru z tej płyty przyniosła piosenka "Baby You're a Rich Man".W takim doborowym towarzystwie w jakim się znalazła ta kompozycja na tej stronie fakt ten nie dziwi.Sama piosenka jest świetna i na każdym innym albumie była by jasnym punktem. Całość zamyka według mnie najlepsza piosenka na tej płycie "All you need is love "Chyba obok "Imagine" jest to najlepsze co wyszło od Lenona. Podobno została napisana specjalnie na okazję pierwszej transmisji satelitarnej nadawanej na cały świat (program nosił nazwę Our World).W Polsce oczywiście nie było transmisji.Czy faktycznie powstała w tym celu ? Paul, George i Ringo mają w tej kwesti odmienne zdania. Jedni uważają że tak, inni twierdzą, że była to jedna z wielu nowych jego piosenek i tylko przypadek sprawił, że została wykorzystana w programie.McCartney dołożył do niej od siebie tą całą charakterystyczną końcówkę ze wstawkami z "She loves you", Glena Milera etc..


                      "All you need is Love" usłyszało wtedy 400 000 000 widzów w 26 krajach

Dziś ta płyta odbierana jest jako jedna z najciekawszych w całym dorobku grupy. Dokumentuje muzycznie najwspanialszy okres ich twórczości, gdy każda piosenka nosiła znamiona przeboju i ukazanie się każdej z nich było wydarzeniem.Powstawały te piosenki w tej samej atmosferze która zagościła w Beatlesach za przyczyną płyty Sgt Peppers lonely hearts club band. Świat w tym czasie muzycznie zaczynał podążać już w kierunkach bardziej rozbudowanych utworów.Beatlesi zachowali swoją tożsamość i nadal wiedli prym jednak powoli zaczynali tracić swoją przewodnią rolę narzucającą styl wszystkim.Na kolejnych pozycjach sami zaczną czerpać już od innych.Gdybym miał oceniać tą płytę względem innych ich wydawnictw to umieścił bym ją na pozycji czwartej a może piątej nawet. Jednak gdybym miał ją rozłożyć na czynniki pierwsze i potraktować każdą piosenkę osobno to prawdopodobnie była by to najlepsza ich płyta.



Na koniec kilka ciekawostek dotyczących wersji piosenek zamieszczonych na tej płycie.Piosenka "I am the Walrus" znalazła się na niej w wersji pierwszej, tej samej co na singlu "Hello Goodbye" Podobnie zresztą jak "Penny Lane".Ale na Epce wydanej w Anglii w 1967 była wersja "I am the Walrus" już druga."Baby You're a Rich man" znalazła się w wersji również pierwszej. Wersję drugą spotkać można na "The Beatles box" wydanej w 1980r.Najwięcej kombinacji miała piosenka "All you need is Love".Na albumie znalazła się wersja trzecia, na singlu była użyta wersja pierwsza a na albumie filmowym "Yellow Submarine" mamy wersję drugą, zresztą tą samą co na składankowym albumie The Beatles "1967-70". Rozróżnić je jest bardzo trudno bo Beatlesi potrafili grać bardzo równo i identycznie. fakt jest jednak taki, że piosenkę, którą znamy "na wylot" i jawi się nam jako jedna i ta sama w tych przypadkach były różnymi wykonaniami. 

wtorek, 11 września 2012

Marillion - Holidays in Eden (1991) - recenzja




Trudno jest mi napisać  samodzielnie recenzję tej płyty nie odwołując się do tego co przeczytałem już wcześniej przez lata w różnych publikacjach. Pomimo tego spróbuję uczynić wszystko by nie okazać się wtórnym do bólu i wplotę do niej sporo wątków osobistych.W moim muzycznym świecie Marillion zaistniał z chwilą wydania "Misplaced childhood" później była spora przerwa podczas której mało co mnie interesowało z tego typu muzyki. Odejście Fisha potraktowałem jako kolejny rozpad kolejnej popularnej grupy.Prawdziwy bum na muzykę Marillion pojawił się u mie dopiero w 1992r i to za sprawą albumu z 1991r "Holidays in Eden" oraz koncertu tej grupy w poznańskiej Arenie.Po tym niewątpliwie dla mnie super spektaklu cofnąłem się do wszystkich płyt okresu Fisha oraz "Seasons end" nagranej już z Hoggym. Z uwagi na dość późne polubienie grupy nie byłem  skażony Fishem i absolutnie  nie rozumiałem co fani tej grupy tak naprawdę chcą od Hogartha wieszając na nim całe zło.Steve od samego początku jawił mi się jako znakomity wokalista, który wniósł bardzo świeży powiew w tą formację, którą wcześniej kojarzyłem głównie z suity "Pseudo silk Kimono - Kayleigh - Lavender - etc".



Zacznę jednak od początku.Rok 1991 i 1992 przyniósł w moim życiu dla mnie dwie poważne zmiany.Pierwsza to, że stałem się żonatym facetem i wypadało spoważnieć, druga to,że na świat przyszła moja córka. Hobby muzyczne ograniczało się wyłącznie do słuchania muzyki z walkmana podczas prasowania pieluszek a sprzęt stereo trzeba było z powodu braku dla niego miejsca sprzedać.Mało wtedy do mnie docierało nowości bo skupiony pomiędzy obowiązkami domowymi a wielogodzinną pracą zawodową po prostu miałem ograniczenia w dostępie.W domu w tych nielicznych chwilach wolnych również nie do końca mogłem sobie słuchać co bym chciał bo musiałem liczyć się z gustem muzycznym mojej żony.Ona wtedy była właśnie na etapie fascynacji Marillion z nowym wokalistą, choć nie stroniła także od muzyki okresu Fisha.By dogodzić kochanej kobiecie wsłuchiwałem się wraz z nią w te dźwięki, które powiem szczerze wówczas nie zawsze w pełni mi odpowiadały.Ja potrzebowałem wyraźnego gitarowego grania i wszelkie klawicze i rozbudowane formy ze skomplikowanymi melodiami raczej traktowałem z rezerwą.Przez przypadek trafiłem w telewizorze na występ grupy w Sopocie i wtedy po raz pierwszy złapałem się na tym, że zaczyna mnie to kręcić na poważnie.Występ zespołu w Poznaniu był już tylko dopełnieniem. Bilety oczywiście kupiłem jak tylko pojawiły się w sprzedaży robiąc tym niespodziankę żonie. Wyjście na koncert był w zasadzie naszym pierwszym oddechem i odskocznią po okresie wytężonej opieki nad niemowlęciem.Marillioni kupili mnie wtedy całkowicie na długie lata stając się wręcz grupą numer jeden. No może dwa bo Beatlesów nigdy nie zdradziłem.

Okładka wersji dwupłytowej CD - edycji 24-bit digital remaster

A teraz już czas przejść do zawartości płyty "Holidays in Eden".Pierwsze co się rzuca podczas odsłuchu to bardziej piosenkowy charakter całości.Nie brakuje tu co prawda momentów bardziej rozbudowanych ale wszystko zamyka się w standardach nazwijmy to umownie radiowych.Tą płytę do przodu ciągną aż trzy super mocne konie napędowe.Są nimi trzy piosenki dość odległe stylizacją od progresywnego grania: "Cover my Eyes", "No one Can" i "Dry Land"."Cover my Eyes" podobno tworzony był z myślą o rynku amerykańskim a tam wiadomo jakie panują zwyczaje. Jeśli piosenka nie chwyta w pierwszych swoich 30 sekundach trwania to mało kto zadaje sobie trud słuchać tego dalej."Cover my Eyes" wpasowuje się w tą zasadę idealnie.Gitara co prawda w początku tego utworu nasuwa skojarzenia brzmieniowe i rytmiczne z U2 ale na tym wszelkie podobieństwa się kończą.Ktoś kiedyś określił ją jako materiał na ambitniejszy przebój lata roku 1991.Większość lubiących tą grupę doskonale wie gdzie doszukiwać się pierwowzoru tego przeboju ale jak to się często pisze "z dziennikarskiego obowiązku" informacja się należy. Kto chce posłuchać wzorca odsyłam do płyty wcześniejszego zespołu Hogartha "How we live" a tam pod pozycją zatytułowaną "Simon's car" w kilku fragmentach usłyszymy nuta w nutę i słowo w słowo to co zaczyna "Cover my eyes". Kolejny przebój z "Holidays in Eden", "Dry Land" też w bardzo zbliżonej wersji pojawił się już wcześniej na wspomnianym albumie How We live dając mu nawet tytuł. Rothery i Kelly praktycznie tylko trochę podrasowali tą piosenkę i tak oto "Dry land" w wersji bliżej nieznanej z albumu wcześniejszego zespołu Hoggego stał się w cztery lata później przebojem a obecnie klasykiem Marillionu.

 Zamieszczam do posłuchania piosenkę "Simon's Car" - pierwowzór "Cover my Eyes"


A tu można posłuchać wersji "Dry Land" w wersji zespołu wcześniejszego Hogatha  How we Live

Ostatni wielki hit z tego krążka to przepiękna ballada "No one can". Dla mnie jest to zaraz po "Easter" najpiękniejsza piosenka Marillion okresu Hoggego.Perfekcja w każdej sekundzie jej trwania.Urzeka delikatnością, melodią i rozmachem aranżacyjnym.Czegoś takiego i tu przepraszam za porównanie ale Fish by nie zaśpiewał.Tak jak na "Seasons end" wyczuwa się, że muzyka tworzona była pod Fisha i spokojnie mógł on na niej być wokalistą, tak na tej płycie rządzi już Hogarth.Mam nawet wrażenie, że powoli zaczyna przejmować pałeczkę lidera w grupie a jeżeli to jeszce nie ten czas to z pewnością sporo swojego narzuca.Inna kwestia, ze czyni to przy pełnej zgodzie i co ważne zadowoleniu reszty zespołu.Te trzy piosenki lansowane w radiu w owych czasach rzucały w oczach fanów progresywnego Marillionu złe światło na całość. Zarzucano jej zbytnie podążenie w kierunku pop rocka.Prawda była zgoła odmienna. Single przebojowe nadały jej lekkość ale nie pozbawiły grupy korzeni. Kto nie ograniczył się do tego co nadawano w radiu a sięgnął po cały album i w spokoju w domu zanurzył się w całość już na początku odkrył, że otwierający "Splintering heart" to w zasadzie rasowa kompozycja nie odbiegająca niczym od dokonań z progresywnego okresu. To w dalszym ciagu typowy rozbudowany Marillion ze znajomo brzmiącą gitarą i klawiszami z tym, że dopracowany już pod kątem nowego wokalisty Steviego. Innymi perełkami, którym trudno zarzucić "piosenkowatość" radiową to "Party" oraz tytułowa "Holidays in Eden". Znajdziemy na tej płycie również utwór trochę zrobiony rytmicznie pod "The Uninvited Guest" a zatytułowany "This Town". Mamy też ciut ambitniejszą balladę "Waiting to happen" i dla mnie ona stanowi zapowiedź tego co Marillion zacznie niebawem po tym albumie robić przez wiele lat.Całość zamyka utwór typu suita "100 night".W zasadzie to trzy ostatnie utwory ją tworzą jako całość.


Podsumowując całość album "Holidays in Eden" miał osiągnąć trzy cele. Pierwszym i to najważniejszym było umocnienie pozycji Hogartha jako wokalisty w Marillion i danie sygnału fanom, że zespół podąża w dobrą stronę.Zresztą temu służyły w tym okresie także bardzo liczne występy oraz olbrzymia ilość wywiadów w prasie, radiu i telewizji.Drugi cel to osiągnięcie komercyjnego sukcesu. Stąd zatrudnienie przy produkcji albumu speca od muzyki pop, który nadał piosenkom Marillionu odpowiedniego radiowego szlifu.Ostatni cel to próba definitywnego odcięcie się od piosenek po byłym wokaliście i stopniowe likwidowanie repertuaru koncertowego sprzed lat.Zrezygnowano również z charakterystycznego Loga z nazwą grupy.Tej płycie ja zarzucić mogę jedynie zawartość słowną.Teksty są mniej czytelne i z pewnością nie przykuwają uwagi aż tak jak swego czasu teksty Fisha.Dla mnie "Holidays in Eden" wraz z "Seasons End" to dwie najlepsze płyty Marillion okresu Hoggego. Nie potrafię nawet wskazać wśród nich , która lepsza.Kolejna "Brave" choć wiem, że kultywowana wsród fanów już podoba mi się tylko we fragmentach.Album "Holidays in Eden" jest dla mnie ostatnim albumem Marillion, który jako całość jest dziełem dla mnie doskonałym.Później na kolejnych płytach, aż po dzisiejsze dni zespół wspina się na wyżyny sztuki muzycznej już tylko chwilami i to w poszczególnych kompozycjach.

Posiadam ten album w dwóch wersjach na Compact disc jako remaster powiększony o utwory dodatkowe ze stron b singli czy występujące w innych wersjach oraz na analogu. Płytę winylową nabyłem całkiem niedawno korzystając z okazji, że wypuszczono jej reedycję datowaną rokiem 2012. Ukazała się jako "180 gramówka" i cieszy oko jak i ucho z każdym jej obrotem na gramofonie.Polecam wszystkim póki dostępne są w sprzedaży.

strona A

1 - Splintering Heart
2 - Cover My Eyes (Pain And Heaven)
3 - The Party
4 - No One Can

strona B

1 - Holidays In Eden        
2 - Dry Land        
3 - Waiting To Happen        
4 - This Town        
5 - The Rakes Progress        
6 - 100 Nights

P.S. nr 1 Ot taka sobie ciekawostka jeszcze na koniec...


Ta piosenka jako pierwsza miala być rozpatrywana do ponownego nagrania jako już Marillion ale zwyciężyła koncepcja, by zrealizować ponownie "Dry Land" Czy dobrze się  stało ? - oceńcie sami

P.S. nr 2 Jako kolejną ciekawostkę przytoczę recenzję tej płyty napisaną przez śp.Beksińskiego a pochodzącą z roku wydania tego krążka.W niczym się z nim nie zgadzam i jestem ciekaw czy teraz napisałby to po latach tak samo.Tomek odzwierciedla w niej idealnie emocje jakie towarzyszyły fanom starego Marillionu przez lata.Przytaczam ją dlatego, że wiem jakim autorytetem ten człowiek był obdarzony przez słuchaczy swego czasu. Dla mnie po latach ta recenzja to dowód na to, że król faktycznie czasami jest nagi i warto  samemu wyrobić sobie opinię by nie pozwolić sobie aby ktoś dyktował tak naprawdę co jest dobre używając argumentów w mysl zasady - ja wiem najlepiej co jest dobre, bo jestem krytykiem muzycznym.


tekst cały recenzji autorstwa  T.Beksińskiego

Podobno Marillion odrodził się na nowo, a "nietuzinkowy" wokalista Steve Hogarth znalazł wspólny język z dawnymi kolegami Fisha. Świadczy o tym wydana pod koniec ubiegłego roku wideokaseta, okraszona pełnymi entuzjazmu wywiadami i zapowiedziami nowej super super-płyty. Zespół popisał się nawet, grając w studiu jej fragmenty - żeby fanom ślinka pociekła. Obejżałem tę kasetę, zamiast cieknącej ślinki poczułem dziwne skurcze żołądka, a widok Hogartha śpiewającego Kayleigh i Lavender zepsuł mi humor na miesiąc. Z tym większym niepokojem czekałem na zapowiadany album, gdyż - mimo wszystko - brzmienie słowa MARILLION nadal wywołuje we mnie dość zagadkowe reakcje. Reakcja po wysłuchaniu płyty Holidays In Eden była jednak jak najbardziej zdrowa. Wyleczyłem się całkowicie. Teraz mogę już nawet słuchać starych płyt z Fishem, które odstawiłem kilka lat temu na półkę z przyczyn osobistych. Marillion to już historia. Historia, do której zawsze podchodzić będziemy z szacunkiem i z łezką sentymentu. To coś, co umarło razem z latami osiemdziesiątymi, kiedy to wielki ambitny rock odzyskał rozmach. Obecnie słowo Marillion drukowane na okładkach wciąż wydawanych płyt (dużych i małych) jest tylko pustym hasłem. Na szczęście zespól wziął to także pod uwagę i zmienił nawet logo - album Holidays In Eden firmowany jest jakże banalnym znakiem graficznym na tle nijakiej niebieskiej okładki. Podpisał ją Bill Smith - artysta obdarzony wyobraźnią kosmiczną, czego dowodzą wszystkie jego "dzieła" (np. Abacab czy Three Sides Live Genesis).Przejdźmy jednak do muzyki. Tak marnych kompozycji nie slyszałem już dawno. Są one marne nie tylko w skali Marillion, ale w skali ogólnej. Co najmniej polowa płyty robi wrażenie wariacji na temat Hooks In You. Są też dwie łzawe balladki (The Party i Waiting To Happen), z których ta druga wyróżnia się niczym wiśnia na talerzu grysiku. Jest nawet coś w rodzaju suity - cykl trzech utworów zamykających płytę, połączonych, gdyż w innym razie nikt nie wpadłby na to, że stanowią całość. Steve Hogarth udowadnia tym razem ostatecznie, że ma głos równie zniewalający jak wzrost. Gdyby nie słowo "Marillion" na okładce, pomyślałbym, że słucham chorego kuzyna Dona Henleya lub Dana Fogelberga (którzy przy nim są niczym Clint Eastwood przy poruczniku Borewiczu). Mam wrażenie, że Fish na odchodnym zostawił byłym kolegom tak wiele wódki, że do dziś nie wytrzeźwieli i nadał nie słyszą, kogo przyjęli na jego miejsce. W przeciwieństwie do Fisha Wielki Stefek POTRAFI grać na instrumentach klawiszowych!!. Zabral się więc też do komponowania i to przeważyło szalę. O ile Seasons End zawierał sporo utworów starszych, do których Hogarth jedynie dodał zniewalający głos, Holidays In Eden w całości powstał przy jego współudziale. They're clutching at straws, still drowning... Żal mi Steve'a Rothery'ego i Marka Kelly'ego obydwaj grają wspaniale i to jedynie tłumaczy fakt, że album Holidays In Eden nie jest sprzedawany z bezpłatnym dodatkiem - torebką, jakie zazwyczaj wiszą z tyłu siedzeń w samolotach.Tytuł - Wakacje w Raju - obiecuje sporo, ale jeśli tak ma wyglądać urlop, to wyjadę do Japonii, gdzie rezygnacja z wypoczynku przynosi zaszczyt. Weekend w Piekle byłby znacznie ciekawszy, bo Lucyfer to gość z klasą i na pewno nie torturowałby nikogo taką muzyką.

TOMASZ BEKSIŃSKI
Tylko Rock 9/1991