środa, 30 maja 2012

Philips 777 Electronic - gramofon



W dzisiejszym wpisie pochwalę się jednym z moich gramofonów.Jest to mój chyba siódmy sprzęt do odtwarzania płyt analogowych a w klasie HI FI czwarty jaki posiadłem.Wcześniej korzystałem z produktów polskich, które mimo swojej legendy PRL-owskiej znacznie jakościowo odbiegają od produktów światowych marek.Na myśli mam nawet takie gramofony jak nie wiedzieć czemu windowany cenowo na aukcjach polski klasyk "Adam" czy "Daniel".

Philips 777 Electronic jest nie tyle sprzętem z wysokiej półki, bo raczej należy do przecietnych średniaków co jest kapitalnym przykładem ciekawych rozwązań połącznia machaniki z elektroniką.Sprzedawany w końcówce lat 70tych. Mój egzemplarz to rocznik 1979. Silnik napędza talerz za pomocą paska, czyli tzw Bell drive.Ramię proste klasyczne zwłąszcza dla modeli Philipsa tamtego okresu.Zrezygnowano w tym modelu z stroboskopu.Pitch control zapewnia elektronika i zamiast lampki mamy w tym modelu trzy diodki SLOW/NORMAL/FAST.Gramofon ten jest w pełni automatyczny jeśli chodzi o obsługę. Do precyzyjnego nastawiania ramienia wykorzystana jest tylko i wyłącznie mechanika. Zrezygnowano również z tradycyjnego rozwązania wyważenia ramienia jakim jest zazwyczaj podziałka na przeciwadze. Tzn nie zrezygnowano tyle z samego balastu co z podziałki. W stopce ramienia zainstalowana jest waga do ramienia (prawie niewidoczna) a z boku obok przełączników wbudowany jest jej wskaźnik. Za każdym razem gdy ramie wraca na stopkę dokonywany jest pomiar nacisku i wynik widzimy na wskaźmiku.Rozwiązanie to ponoć nosi nazwę STYLUS FORCE.Gramofon posiada oczywiście anty-skating, czyli "złoty środek na siłę odśrodkową"Rozmiar płyty również rozpoznawany jest przez gramofon poprzez mechanikę. Na talerzu umieszczony jest mały przycisk, który pod wpływem nałożonej płyty wie, ze do czynienia ma z płytą 12 calową.Philips 777 jest dość lekki. Jego waga to około 2-3 kg.Bywa dostępny na aukcjach internetowych w rozsądnej cenie 200 - 250 zł.Polecam ten gramofon bo łączy w sobie dobry stosunek ceny do jakości.Tym bardziej, że polskie odpowiedniki słabszej jakości bywają o wiele droższe.Używam go od pięciu lat. Służy mi jako zastępczy na okres w którym mój główny gramofon ma "przejściowe chwilowe" niedomagania.Jaki gramofon używam jako główny niebawem.
                             
Dane techniczne:

2 Speed, Fully Automatic, Belt Driver, Turntable witch Pitch Control, Synchro Drive, Direct Control.

Ustawienia: Start, Stop,
Ustawienia Cueing: Up, Down,
Ustawienia Anti Skating,
Ustawienia docisku igły, z czytnikiem STYLUS FORCE,
Ustawienia Speed: 33,45,
Ustawienia Pitch Control za pomocą wskaźników diodowych SLOW/NORMAL/FAST,
Wyjścia: 2xRCA (Chinc),
Zasilanie 230V, 50Hz,
Pobór mocy 10W.
waga 2,5 kg
Szerokość 42cm, wysokość z pokrywą 15cm, głębokość 34cm.


Gazebo - Gazebo (1983) - recenzja



Trudno jest tą płytę zestawić na równi z największymi dziełami w świecie muzyki a już nadać jej odpowiednią ocenę gwiazdkową to rzecz jeszcze trudniejsza. Moja ocena to trzy gwiazdki, czyli że płyta jest dobra, ciekawa i godna polecenia.Jednak gdybyśmy mieli rozpatrywać z niej tylko utwory singlowe ocena poszybowała by znacznie wyżej.Być może dla wielu marudnych ludzi te single to oklepane do bólu piosenki katowane w rozgłośniach radiowych ale prawdzie trzeba spojrzeć w oczy. Gazebo na tej płycie umieścił piosenkę, która stała się jednym z symboli muzycznych lat 80tych.Przynajmniej dla nas Polaków. W Europie pomimo dużej popularnosci chyba jednak aż takiego szału na nią nie było.Piszę tu oczywiście o piosence "I Like Chopin".W wywiadzie z Gazebo kiedyś czytałem, że faktycznie piosenkarz uwielbia twórczość naszego rodaka i wychowywany był w domu w  atmosferze poszanowania dla muzyki klasycznej.Doczytałem też , że w ogóle nie sądził, że ta piosenka ma aż taką popularność w naszym kraju.Dowiedział się o tym dopiero wiele lat później po wydaniu płyty. Płyta "Gazebo" jest beztytułowym debiutem tego artysty, przynajmniej jeśli chodzi o płyty długogrające. Wydana i wyprodukowana została przez sławną włoską firmę Baby Records.Koncepcja projektu okładki do tego longplaya należała do samego Gazebo. Skorzystał on owszem z profesjonalnego fotografa ale zamysł to całkowicie jego sprawka. Okładkę zdobią fotografie pozorowane na styl lat dwudziestych ubiegłego wieku. Podobnie ozdobiony jest rewers oraz wkładka zawierająca teksty piosenek.Na rewersie widniej sentencja, którą pozwoliłem sobie przetłumaczyć jako "Najpewniejszym sposobem zachowania pamięci jest film na ekranie w kinie". Front zaś zdobi zdjęcie Gazebo w modnym garniturze z owych lat.Co zawiera ta płyta od strony muzycznej. Otwiera ją jeden z największych przebojów tego artysty "Lunatic", choć w trakcie jej wydawania hitem jeszcze nie był.Piszę to dlatego, gdyż album wcześniej promowały dwie piosenki "Masterpiece" oraz "I Like Chopin" i to one w zamyśle miały robić jako konie pociągowe tego albumu do pierwszych miejsc w rankingach popularnosci..Piosenka "Masterpiece" powstała jako pierwsza i dedykowana jest aktorce i modelce lat dwudziestych Miss Glorii Swanson, która właśnie w roku wydania tej płyty, (czyli w 1983) zmarła mając 84 lata.Sam utwór zapewne nie był inspiracją bo powstał rok wcześniej (1982) ale wiadomość o śmierci aktorki  zrobiła na Gazebo wrażenie i postanowił jej ten utwór zadedykować. W opisie płyty widnieje stosowna o tym informacja ..Kolejnym bardzo dobrym utworem na tej płycie jest pojawiający się zaraz po otwierającym "Lunatic", "Love in your eyes". Bliżej jest tej piosence do stylu syth pop niż do nurtu italo disco, gdzie "szufladkowicze" wrzucili Gazebo. Piosenka jak na wersje albumową bardzo długa, bo trwa prawie osiem minut. Miejscami  można dostrzec w tej kompozycji a w zasadzie dosłyszeć patenty syntezatorowe kojarzące się z Stevem Strange z Visage. "London - Paris" przy bliższym poznaniu idealnie wtapia się w całość pierwszej strony, którą zamyka już wcześniej omawiany "Masterpiece".Nie jest to jednak jakiś fajerwerk a raczej wypełniacz muzyczny. Drugą stronę otwiera największa muzyczna atrakcja jaka powstała za przyczyną Gazebo czyli mega hit "I Like Chopin" i to w wersji też prawie ośmiominutowej.W chwili gdy się kończy ponownie trafiamy na klimaty synthpopowe.W zasadzie można jeszcze wspomnieć o piosence "Midnight Coctail" bo jest to kawałek dość intrygujący ale podobnie nie należy do fajerwerków. Tak trochę przywodzi mi w zwrotkach na myśl "West and Girls" zespołu Pet Shop Boys ale to chyba z byt dalekie porównanie. Zamykający numer to najsłabszy punkt tej płyty. Album debiutancki Gazebo to osiem piosenek, z czego 4 spokojnie potraktować możemy jako wielkie przeboje, dwa dalsze jako dobre przeciętne kompozycje i dwa jako totalne wypełniacze.Jak na płytę artysty debiutującego a do tego reprezentującego nurt Italo Disco to wynik nadspodziewanie dobry.
W kategoriach płyt z muzyką popularną czy do tańca z czystym sercem możemy ją zaliczyć do klasyków tego gatunku.Polecam tą płytę bo to przede wszystkim dobry longplay do słuchania a produkcja i brzmienie tej płyty jest dla miłośnika muzyki lat 80tych koncentratem tego co najlepsze.


Z Gazebo zetknąłem się chyba tak jak wszyscy za sprawą "I Like Chopin", który usłyszałem będąc na jakimś obozie zimowym. Zanim usłyszałem go znałem już opinię przynajmniej kilkunastu osób którzy się zachwycali tą kompozycją.Niebawem poznałem "Lunatic". Resztą kompozycji z tej płyty miałem dopiero okazję poznać z dziesięć - dwanaście lat temu.Ta płyta to kolejna pozycja mało dostępna na naszym rynku krajowym w okresie gdy powstała. Może nie była aż tak unikalna jak Savage "Tonight" ale na giełdach płytowych oraz w komisach trudno była dostępna.Mało kto miał wtedy całą jej zawartoć na kasetach.W latach 90tych uważano wręcz powszechnie Gazebo za twórcę jednego hitu.

Strona A

1 - Lunatic
2 - Love in your eyes
3 - London - Paris
4 - Masterpiece

Strona B

1 - I Like Chopin
2 - Wrap the rock
3 - Midnight Coctail
4 - Gimmick


Na zakończenie dodam,ze przy tworzeniu materiału udział i to spory miał niejaki Pierluigi Giombini, gość odpowiedzialny za sukces Ryana Parisa z "Dolce Vita", którą to piosenkę również i Gazebo nagrał w terminie późniejszym.Pozwoliłem sobie nie rozpisywać się na temat samej muzyki i tekstu "I Like Chopin" czy "Lunatic" bo to by wyszło mniej więcej podobnie tak jakbym zabrał się o omawianie jaką barwą jest kolor czerwony. Pewne prawdy są oczywiste. "I Like Chopin" taką prawdą jest z pewnością.

piątek, 25 maja 2012

Takie tam bzdurki oraz kolejny zamach na płytę audio CD


Dzisiaj w telegraficznym skrócie dwie sprawy. Jedna mnie zbulwersowała a druga zadziwiła..Zacznę wpierw od zdziwienia. Jadę sobie samochodem a tu w radiu  pada informacja, że Donna Summer po swojej śmierci odnotowała 3000 % wzrost sprzedaży swoich płyt (słownie : trzy tysiące procent). Czyli jeżeli miesiąc przed jej zgonem tylko jeden człowiek w całej Europie kupił jej płytę to po jej zejściu kupiło już trzydziestu. Szkoda, że nie podano ile egzemplarzy faktycznie sprzedano a podano tylko nic nie znaczący wzrost procentowy.Informacja typu bardziej pijarowego. Zresztą przypomniała mi się anegdotka dotycząca robienia badań w oparciu o statystyki.W jakimś tam mieście przeprowadzono badanie ankietowe na dwóch tylko osobach i spytano je, czy są zadowoleni z życia w tym mieście ? Jeden z badanych odpowiedział, że tak a drugi - że nie. Wyniki z tych badań posłużyły później do tworzenia teorii. Ci którym zależało na propagandzie sukcesu interpretowali wynik następująco: Tylko jedna osoba ze wszystkich badanych  nie jest zadowolona z życia w tym mieście.Ci zaś co szukali propagandy klęski wszystkim głosili, że oto aż połowa mieszkańców, którzy wzięli udział w ankiecie jest niezadowolona.
Co więc dała informacja w radiu o wzroście zainteresowania Donną Summer o 3000 % - nic. No może tylko to, że obudzili się jej dawni fani i na fali nostalgii wyrzucili te kilka euro.
Strach się bać, gdyby tak po śmierci wielkiego Michała Jackowskiego poziom sprzedaży albumów wzrósł o tyle procent...

A teraz z innej "beczki" tej, która mnie zbulwersowała, wnerwiła i sprawiła,że z ust moich podczas jazdy autem zginęło kilkunastu przynajmniej właścicieli idiotycznych pomysłów.Ale dość bo się znowu nakręcę i nie dokończę.Otóż jakiś redaktor w programie motoryzacyjnym rozpoczął temat "To koniec płyt CD". Podobno większość samochodów wprowadzanych na rynek w najbliższym czasie pozbawione będą odtwarzacza płyt cd a w tym miejscu gdzie zazwyczaj się znajdował będzie istniało tylko gniazdko na USB lub czytnik kart pamięci.Producenci aut doszli do przekonania, że i tak już nikt nie słucha prawie muzyki z płyt bo świadczy o tym ilość sprzedawanych albumów w tej formie zapisu. Kolejny argument to, ze najpopularniejszym formatem obecnie jest mp.3 i że większość właśnie słucha tego.Płyta jest nieporęczna i ma mało pojemności.Dzięki tej oszczędności i pozbyciu się cd odtwarzacza klient zyska tańsze auto i spalanie będzie paliwa mniejsze bo samochód będzie lżejszy.Bardziej głupiego tłumaczenia nie słyszałem.Brak czytnika płyt cd audio w samochodzie to zbrodnia i dobicie tego co kochamy.Skoro ludzie żyjący w pędzie i słuchający płyt głównie w aucie nie będą mieli tej możliwości to nie kupią płyt a tym samym drastycznie spadnie i tak to co jest już powoli marginesem. Do tego instalując w autach tylko USB zmuszamy innych do słuchania formatów skompresowanych, czyli nie dość, że już współczesna moda muzyczna a zwłaszcza producencka (mastering itp) ogłupia nasze uszy to jeszcze ktoś chce doprowadzić nas do cofnięcia się jakościowego brzmienia.Stanowcze nie takim pomysłom.Zresztą zamach na płytę trwa już od lat.Kupić dziś wieżę audio i tylko audio w klasie Hi Fi to rzecz trudna.Nauczyły nas firmy sprzętowe słuchać muzyki z odtwarzaczy DVD i najlepiej od razu w systemie 5.1.Odtwarzacze audio cd znikły ze sklepów. W to miejsce pojawiły się tylko dla mało wymagających mini wieże o brzmieniu dawnych jamników czy bum-boksów.

 I niech nikt nie próbuje mi zaprzeczyć odnośnie tego, że tamte metody niszczenia sztuki i kultury były bardziej cywilizowane. Wiadomo było przynajmniej kto za tym stoi...

poniedziałek, 21 maja 2012

O coverowaniu słów kilka

.
Zjawisko powielania kompozycji i nadawania nowych aranżacji jest znane tak długo jak i sama muzyka. Ostatnio jednak coraz częściej słyszę głosy krytykujące owe zabiegi. Zdarzają się nawet określenia typu : pójście na łatwiznę, brak ambicji, niemoc twórcza, zabieg komercyjny itp. Skąd w społeczeństwie bierze się taka opinia ? Ja osobiście nie rozumiem takich postaw. Piosenka już powstała, mimo iż jest własnością chronioną prawami autorskimi, to jest to już jednak dobro ogólne. Jest takim samym towarem jak każdy inny produkt, więc w takiej kategorii należy ją traktować. Artysta nagrywający nieswoją kompozycję, niekoniecznie czyni to z powodów, które wymieniłem powyżej. Dla mnie covery mają znaczenie specjalne. Przeważnie są to utwory, które w mojej świadomości istnieją od dawna. Ich podstawowe wersje są mi doskonale znane i osłuchane, czasami nawet do bólu. Cover zawsze taką piosenkę w jakiś sposób odświeża. Często opatrzony inną aranżacją pozwala odkryć tą kompozycje na nowo. Czasami nowy zamysł kłóci się z moim poczuciem estetyki muzycznej i wypada on w moim odczuciu niekorzystnie, ale to moje postrzeganie, Komuś innemu właśnie w takiej formie on się spodoba. Piosenka to kompozycja, aranżacja, tekst. Jeżeli zostanie zachowana melodia i tekst, to reszta praktycznie może ulec całkowitej metamorfozie. W ten sposób dzięki zmianom aranżacyjnym, możemy otrzymać na przykład, ze słodkiej piosenki grupy ABBA - wersję Power metalową, lub odwrotnie, utwór "Number of The Beast" zespołu Iron Maiden, po zamianie rytmu i instrumentów, stać się może chwytliwym kawałkiem dyskotekowym. Czy takie zabiegi się spodobają zależeć będzie tylko i wyłącznie od tego, czy odbiorca preferuje dany rodzaj muzyki. Ma to swoje pozytywne strony, gdyż wiele nagrań było by nie znane, gdyby aranżacyjnie nie zbliżyły się do stylu muzycznego lubianego przez słuchacza.To co niektórzy nazywają profanacją, dla samych twórców jest nobilitacją. Bo jak nie cieszyć ma fakt kompozytora, że jego kompozycja przekracza bariery stylowe, łamie zasady gatunku i jest ponadczasowa. To w taki sposób właśnie powstaje nieśmiertelność kompozycji. Ilość wersji, dodam wielorakich wersji danego hitu świadczy o jego doniosłości, a przede wszystkim o jego popularności. Ile powstało wersji piosenki "Yesterday", które ukazały się na płytach to obecnie trudno juz obliczyć. Z pewnością ktoś kto to nagrywa nie kieruje się chęcią zysku, a bardziej kieruje się wyrażeniem hołdu dla genialnej kompozycji.

Druga strona medalu dotycząca coverowania to fakt, iż niektóre piosenki gdyby nie wersje ponowne, nigdy nie zaistniały by w szerszej świadomości. Wiele z nich zdobyło popularność dopiero w wykonaniu drugim, czasami trzecim. Zapewne są przypadki, że dopiero wersja "nasta" stała sie hitem. Cover w tych przypadkach w naszej ogólnej świadomości nie jest traktowany jako coś "z drugiej ręki". Żyje on swoim życiem i to właśnie ta wersja tkwi w naszym kojarzeniu danej piosenki. Istnieje pewna zależność, którą zaobserwowałem i to nie tylko u siebie. Zazwyczaj preferujemy wersję tą, którą poznaliśmy jako pierwszą. Czyli tą, dzięki której nam się ona spodobała. Każda kolejna poznana wersja, mimo że czasami nawet autorska, jawi nam się sprzecznie z tym co polubiliśmy wcześniej. Im większa ingerencja w aranż, tym większe przeżywamy rozczarowanie. Oczywiście nie jest to regułą. Czasami artysta idealnie podejdzie z aranżacją pod styl, który lubimy i wtedy nasze postrzeganie "wersji drugiej" będzie mogło być nawet pozytywniejsze od znanego wcześniej materiału.

Kolejny aspekt pozytywny coverów, to walory poznawcze. Ilu młodych ludzi sięgnęło do wersji oryginalnych, poznając w ten sposób klasyków muzyki rozrywkowej ? Bardzo wielu ! Ilu artystów zostało zauważonych po tym jak znany zespół wykonał jego wcześniej niezauważoną piosenkę ? - sporo !!

Ja bardzo cenię sobie covery, gdyż pozwalają one nam spojrzeć czasami na kompozycję z zupełnie innej perspektywy. Fakt, nie wszystkie z nich zachowują klasę wykonawcy pierwotnego, ale i niektóre biją go o niebo. Niektóre mimo, że wykonywane przez uznanego artystę nigdy nie powtórzyły "magii" wersji wcześniejszej. Wszystko jak widać zależy od wielu czynników. Przede wszystkim od emocji, które nami kierują w odbiorze.

Nie krytykujmy więc coverów. Jest to zjawisko powszechne i istniało zawsze. Coverowali i ci najwięksi, którzy sami stworzyli potężny materiał będący natchnieniem dla innych. Za odgrzewanie piosenek wzięli się swego czasu między innymi : Madonna, Beatles, Rolling Stones, Deep Purple, Michel Jackson, Paul McCartney, Iggy Pop, Elvis Presley, Pet Shop Boys, U2, Scorpions, Lana Lane, Rod Steward. i wielu innych. Sami widzicie, że to nie ujma a wielka frajda zaśpiewać coś co się po prostu lubi...

Jako , że dzisiaj dowiedziałem się rano o śmierci Robina Gibba chciałbym jakoś zaakcentować to przykre wydarzenie u siebie na blogu. Nie będę pisał o nim bo inni to już uczynili i to dobrze. Skoro mowa u mnie była o coverach to oddam hołd Robinowi i umieszczę tu w imię jego pamięci dwie wersje jego hitu.

Robin Gibb - I Started a Joke



 Faith no More -  I Started a Joke (cover Robin Gibb)



Tekst pierwotnie napisałem w 2007r i zamieściłem go na blogu, który poddany został kasacji

czwartek, 17 maja 2012

Polska - damy radę - Polska - strzelcie bramę !!!



Jestem optymistą,ale... Jeżdżę po tym naszym Poznaniu codziennie i nikt mnie już nie nabierze na to, że coś tam zdążą. Oni (w domyśle odpowiednie służby) nie mają już czasu by dokładnie posprzątać miasto a co dopiero zakopać to co rozkopali.Dziwię się po jaką cholerę rozgrzebano ulice, zwłaszcza po co rozwalili mosty przy dworcu skoro i tak z góry było wiadome, że nie zdążą. Po jakie licho dalej się rozkopuje miasto ? Poznań na Euro będzie placem budowy i remontów, wszędobylskich rusztowań, rozgrzebanych trawników i samych dziur.Wszystkie ulice w Poznaniu są dziurawe lub połatane. Jedynie Bukowska zrobiona ale i tak nierówno a pasy to malowali chyba po pijanemu, bo takie błędy w obliczeniach robili.Przecież te pasy to nie linie proste a faliste. Ul Bułgarska w okolicach stadionu to jedyny odcinek 400 metrów bez łaty lub dziury na cały Poznań.Nic nie zrobiliśmy jako kraj do Euro. No chyba, że sukcesem jest te brakujące od 2008r 70 km autostrady do Niemiec. Stadion ? Przypominam, że w Portugalii rozebrano większość stadionów, które pobudowano na Euro, gdyż ich utrzymanie było droższe niż rozbiórka. Same utrzymanie murawy na City of Poznań Stadion to rocznie milion złotych.. Ale to nie zmartwienie moje. Wstyd tylko bo na naszym stadionie będzie chyba najgorsza murawa.Tyle sobie obiecywałem po tym skoku cywilizacyjnym a tu rozczarowanie jak u pięciolatka, któremu zabroniono obejrzeć dobranockę.Oby tylko nic się nie stało.Nie mogę i nie powinienem udzielać informacji od strony przygotowań Poznania przynajmniej z punktu widzenia "mojej branży" ale nie jest dobrze, czego w zasadzie się spodziewałem nawet i te cztery lata temu. Nie myślałem jednak,że oprócz tego "braku dobrze" będę się jeszcze musiał wstydzić i to za firmę w której pracuję i warunki jakie mi stworzyła.Oby nic się nie stało bo oprócz tragedii będzie jeszcze wstyd. Do niedawna myślałem, że się wywinę ale  niestety. Ogłoszono, że w miesiącu czerwcu wstrzymano możliwość brania urlopu.Do pracy na wszelki wypadek będę chodził w ciemnych dużych okularach przeciwsłonecznych i czapce bejsbolówce, abym przypadkiem w razie wzięcia udziału w akcji, w telewizji nikt mnie nie rozpoznał. Nie zamierzam bowiem dać się sfotografować w porozrywanym uniformie bo firma od 12 lat nie zapewnia odzieży ochronnej i to w służbach ratowniczych.O innym sprzęcie nie wspomnę. Skok cywilizacyjny.. W razie masowego wypadku do akcji rzucone zostaną transporty medyczne wykonywane samochodami typu Polonez Cargo rocznik 1997 będące po kilkunastu remontach blachy i tyluż lakieru a obecnie od 5 lat nie ruszane... obraz nędzy i rozpaczy.

Więcej nie piszę bo a nuż przypadkiem moje kierownictwo to przeczyta i po krótkim śledztwie wytypują kto to ja jestem i najzwyczajniej w świecie wywalą  mnie z roboty, a to już by nie był powód do wstydu z mojej strony a głupota. Jednym słowem Koko Euro Spoko...choć akurat bardziej mi pasuje to co nagrali poznaniacy a opisał portal sportowy. Warto posłuchać - oto link


A teraz z innej beczki, tej bardziej optymistycznej. Mamy drużynę (taką prawdziwą) na Euro i po raz pierwszy wierzę w szanse i to realne na dojście nawet i do półfinału ."Koczis" głupoty gada, że to nie Polacy i że mu głupio i wstyd. ( "Koczis" - kto pamięta, że tak nazywano kiedyś Janka Tomaszewskiego ? ) U mnie w domu już funkcjonuje "strefa kibica". Na ścianie wisi tuż obok bardzo dużego telewizora duży terminarz z podstawowymi informacjami oraz tabelkami do wpisywania wyników.W lodówce zapasowej już zrobiłem miejsce na kilkanaście butelek piwka a i sprawdziłem też barek - ruda stoi pełna, biała też. Jest nawet kilka opcji innych trunków do pełnego wymieszania. Adamiakowa już poinformowana gdzie i o której ma u mnie być. Błaszczykowski sam przecież nie wygra pomimo tego, że on sam  tak uważa więc trzeba wspomóc. Wystapię w napadzie razem  z całą ekipą biedronki jako trzon wspomagający Druzynę Narodową..
Dobieram już menu i zbieram pomysły na konkretne zagryzki i pogryzki. Mam zamiar obejrzeć wszystko co tylko mi się uda. Mam nawet zamiar dotrzeć do strefy kibica tej w centrum i to nie służbowo a na popitkę i jakiś meczyk. No może nie Druzyny Polskiej ale jakieś innej. Może Irlandii ?. Swojaków to ja wolę oglądać w domu. Wtedy mogę sobie nawet klnąć na całego a później pójść się wypłakać w poduszkę. Nie , nie przewiduję takiego scenariusza.. 


Polska ! Polska ! damy radę ! Polska ! Polska ! strzelcie bramę !!!

piątek, 20 kwietnia 2012

White Door - Windows (1983) - recenzja




 Biorąc się za recenzję tej płyty mam świadomość, że osoby które ją znają nie przeczytają o niej tutaj nic nowego.Pozostali, którzy nie znają prawdopodobnie nigdy po nią nie chwycą, choć kto wie ? No może ktoś odsłucha fragmentów na you tubie lub pobierze gdzieś mp-trójki.Na więcej bym znając realia nie liczył. A szkoda bo to płyta, która w naszym kraju owiana jest wręcz legendą i chyba jest pozycją numer jeden wśród wszystkich odkryć jakie dokonali u nas prezenterzy radiowi w minionym wieku. Prezenterzy to szumne określenie. Konkretnie jeden, ten którego nazwiska nie trzeba wymieniać a każdy wie o kogo chodzi. Wystarczy  o nim jako fachowcu radiowym powiedzieć kilka przymiotników typu: niepowtarzalny, oryginalny i z duszą prawdziwego romantyka (romantyka we właściwym tego słowa znaczeniu) i każdy wie o kogo chodzi. Dla młodszych czytelników jednak wymienię go z nazwiska. Tomek Beksiński to o niego chodzi. W Polsce nie da się napisać recenzji płyty Windows bez przytoczenia kilka zdań o Tomku.Nie miałem tego szczęścia i nie słuchałem tej audycji w której po raz pierwszy Tomek pochwalił się tym co znalazł w sklepie będąc gdzieś w zachodniej Europie. Nie słyszałem jego komentarza. Fakt, że w latach wczesnych osiemdziseiątych słuchałem innej muzyki, bardziej ukierunkowanej na klasykę rock n rolla lat 60tych i 50 tych.Nie mniej człowiek obracał się wśród towarzystwa i chcąc nie chcąc musiał mieć styczność z tą płytą.Poznałem tą płytę dopiero w okolicach 1986r, czyli bardzo późno jak na obecne czasy ale nawet nie wiem kiedy faktycznie Tomek po raz pierwszy ją przedstawił publicznie w radiu. Może wcale aż tak późno tego nie poznałem.Z pewnością moment poznania przypadał na okres, w którym delektowałem się drugą płytą Alphaville.Gdy usłyszałem po raz pierwszy White Door to odniosłem wrażenie jakby Alphaville skrzyżowano z grupą A-ha. Jakoś nie miałem skojarzeń z Depeche Mode jak to wszędzie gdzie czytam w internecie mieli wszyscy.Największe muzyczne skojarzenie moje to właśnie Alphaville i to dokładnie ich pierwsza płytą.Oliwą dolaną do ognia tych moich skojarzeń był utwór White door "Jerusalem" a płyta Alphaville, której wówczas byłem nałogowym słuchaczem zawierała piosenkę także o tym tytule.W każdyn razie aranżacje, układ melodii do złudzenia przypominał mi wtedy Alphaville z pierwszej płyty .Ale to takie moje skojarzenia i nie powinny one być wyrocznią do wyrabiania sobie opinii.


O samej płycie wiemy głównie tylko tyle co nam napisano na okładce.Pamiętam, że w miesięczniku "tylko rock" w zestawieniu najlepszych płyt z nurtu new romantic ta płyta znajdowała się w pierwszej dziesiątce tuż obok Depeche Mode i innych wielkich z tego kręgu.Ranking przeprowadzany był w Polsce stąd taki dobry wynik. Grupa nigdy nie osiągnęła sukcesu na miarę swoich możliwości.Bardziej popularna u nas niż w swoim rodzinnym kraju.Przez lata rosła jej legenda a smaczku dodawało to, że ich jedyna płyta długogrająca była cały czas dostępna tylko w wersji analogowej.Dopiero niedawno doczekała się ona reedycji w postaci CD.Daruję sobie omawianie składu i krótkiej historii tej grupy bo nic więcej niż to co w wikipedii lub na stronach fanów new romantic nie napiszę. Odsyłam więc zainteresowanych biografią do serwisów poświęconych ósmej dekadzie ubiegłego wieku.Wspomnę tylko to, że producentem tej płyty był Andy Richards specjalizujący się w tego typu brzmieniach.Zespół wkrótce po wydaniu tego albumu zawiesił swoją działalność.Wydał jeszcze co prawda single ale kto wie czy to one nie sprawiły właśnie członkom kłopotów, bowiem zostali oskarżeni za plagiat riffu użytego w utworze "Flame in my heart" a sądzili zespół za to panowie z Frankie Goes to Hollywood. Nie znam losów tego sporu ,ale kto wie czy to nie była przyczyna zawieszenia działalności.

Wracam do muzyki zawartej na tym albumie.Otwiera nam go piosenka pod tytułem "Jerusalem" i uszom naszym dociera idealnie ten sam rytm, który ukaże się dopiero w kolejnym roku i to na płycie Alphaville "Forever Young". Na myśli mam "Big in Japan". Skojarzenia nasuwają się w zasadzie od razu, zresztą chyba również kolejnej kompozycji najbliżej właśnie do stylu Alphaille. Trochę to dziwnie się składa, że odwołuję się w porównaniach do płyty, która ukazała się później.Mam jednak świadomość, że w naszym kraju (i nie tylko w naszym) to krążek zespołu z Niemiec jest bardziej znany i lepiej posłuży za wzorzec porównawczy.Dalsze kompozycje to już tylko jak to dawniej określano same singlowe hity. Brak absolutnie słabego utworu. Zadziwia fakt jak to się stało,że tylko w Polsce wymienia się ten album jednym tchem obok najlepszych płyt new romantic.Dopracowany pod każdym względem. Przepiękne melodie zaaranżowane na tak modny w 1983r sythpop.Przez lata były problemy z reedycją tego albumu. Funkcjonowała nawet w obiegu informacja, Że nie ma dostępu do osób posiadających nagrania "matki" lub też rozsiewano jak się okazało plotki o braku możliwości pozyskania praw do wydania wznowienia.Taka sytuacja spowodowała, że wydanie winylowe stało się na bardzo długie lata jedynym oficjalnym i legalnym zapisem tej muzyki.Album dostępny tylko na aukcjach osiągał wysokie ceny (zresztą do tej pory jeszcze trzyma wartość).Bardzo miło się zrobiło, gdy się dowiedziałem, że ukazało się wreszcie wznowienie tego albumu na cd, czyli w zasadzie jest to premiera tej płyty na tym nośniku.Wersję cd poszerzono o nagrania singlowe.Nosiłem się z zamiarem nawet jej nabycia ale ilekroć patrzę na swój egzemplarz, który przez lata traktowałem wręcz jak relikwię nie mogę się przemóc by stracił on swój status tego przez tyle lat unikalnego produktu.Młodzi to czytający z pewnością nie zdają sobie z pewnych rzeczy sprawy. W czasach gdzie można mieć każdą płytę nawet taką wartą kilka tysięcy dolarów w postaci mp.3 słowo unikat powoli traci na takim znaczeniu jakie miał kiedyś.Do niedawna taką grupę White Door w Polsce można było posłuchać co najwyżej z kaset magnetofonowych i to nagranych z prezentacji płyty w radiu. W posiadaniu własnego egzemplarza w okresie gdy ta płyta się ukazała można jedynie było pomarzyć.Ja swój nabyłem kilka lat temu i cieszę się, że otrzymałem go w iście idealnym kolekcjonerskim stanie.Album grupy White Door to perełka i jedna z tych płyt, które należy znać a jeśli należysz do osób, które kiedyś uwielbiały debiut Alphaville to tym bardziej album "Windows" przypadnie do gustu.Nigdy tej płyty nie rozpatrywałem pod kątem tekstów, przesłania itp.. to też pomijam całkowicie tą działkę. Ta produkcja to dla mnie przede wszystkim muzyka, muzyka, muzyka

Track lista

Strona A

1. Jerusalem
2. Americana
3. Windows
4. In Heaven

Strona B

5. Love Breakdown
6. Where Do We Go (From Here)
7. School Days
8. Behind The White Door

czwartek, 5 kwietnia 2012

Impellitteri - Stand in Line (1988) - recenzja




O tej płycie by coś napisać nosiłem się z zamiarem od samego początku pisania tego bloga.  Czas więc to w końcu zrobić. Płytę nabyłem dopiero kilka lat temu i to bardziej z polecenia niż z wielkiej chęci jej posiadania. Nie znałem ani tego gitarzysty a już tym bardziej zawartości płyty. Po prostu starym zwyczajem w pewnym sklepie znajomy powiedział - weź to dobra rzecz. Po raz kolejny miał rację.

Swoją drogą im więcej słucham muzyki a słucham jej już ponad 30 lat, co także  owocuje tym że  posiadam coraz więcej płyt, to tym bardziej zdaję sobie sprawę jak mało rzeczy dopiero poznałem. Zabrzmiało to jak parafraza sławnego tekstu z Kubusia Puchatka " że im bardziej Kubuś zaglądał, tym bardziej tam Prosiaczka nie było."

Jak zdążyłem się zapoznać Chris Impellitteri przez media muzyczne oraz branżowe czasopisma uważany jest za jednego z herosów gitary. Przyrównywany głównie do Yngwie Malmsteen'a oraz Eddiego Van Halen'a. Błysnął po raz pierwszy (chyba ?) EPką w 1987r, by w rok później wydać swój debiutancki album "Stand in Line".Od początku musiał mieć Chris sporą charyzmę, gdyż do nowego zespołu,sam będąc postacią w mediach jeszcze nie znaną pozyskał doskonałych muzyków.Namówił na to: Phila Wolfe na klawiszach, który wcześniej udzielał się na płytach grupy WASP. Pata Torpey'a na perkusji będącym koncertowym i sesyjnym) bębniarzem w zależności od potrzeb u różnych bardzo znanych wykonawców (m.in. Tina Turner, Robert Palmer, Belinda Carlisle). Pozyskał również na gitarę basową Chuck'a Wright'a mający spore doświadczenia muzyczne w grupach Giuffria, Quiet Riot (później odszedł do nowo powołanej grupy House of lord). Największym skarbem dla muzyki Chrisa okazał się namówiony wokalista. Wybór padł na Grahama Bonneta. Graham zasłynął jako następca Roniego Jeamsa Dio w Rainbow. Nagrał co prawda z Rainbow tylko jedną płytę ale to jego głos słyszymy w hitach tej grupy takich jak "Since You've Been Gone" oraz "All Night Long". Chris Impellitteri stanął na czele swojej formacji jako lider, kompozytor (do współy z Bonnetem), gitarzysta solowy oraz producent całości.Panowie zaszyli się w 1987r w studiu Record Plant w Nowym Yorku i po kilku miesiącach nastąpiła premiera tego albumu.To był złoty okres dla tego rodzaju muzyki.Gitarzyści grali wtenczas już coraz ostrzej i coraz szybciej jednak nie potracili jeszcze wtedy rozumów i nie stanowili zagrożenia dla samych siebie a zwłaszcza dla czytelności dźwięku który wydobywał się z instrumentu.Wszystko to działo się w epoce jeszcze przed grung'owej (choć według mnie ten styl powinien nosić nazwę grunch co oznacza obrzydlistwo, świństwo).Wracam do tej epoki pregrungowej .Powstawały w tym okresie kapitalne płyty, rodziły się świetne grupy i wszystko kwitło w najlepsze. Jednym z tych urokliwych kwiatków jest właśnie opisywany album.Osobiście nie pamiętam czy u nas w Polsce był on popularny. Wtedy słuchałem ciut innej muzyki, choć od metalu nie stroniłem.Dzisiaj słuchając tej płyty najwięcej skojarzeń mam z tym co robi Axel Rudi Pell. Taka jest właśnie ta płyta. Balansuje cały czas pomiędzy heavy metalem w najczystszej postaci a hard rockiem. Wokal Grahama przy tym pasuje tu idealnie. 

Płytę otwierają cztery gongi bijącego zegara a zaraz po nich do naszych zmysłów słuchu wdziera się pierwszy murowany hit tej płyty tytułowy "Stand in Line". Przebojowa melodia, popis wokalny Bonneta i ta gitara prująca soczystymi, szybkimi solówkami.A wszystko to ze smakiem bez przekombinowania.Podobnie jest i w drugim utworzea kto wie czy nawet nie lepiej.Zresztą numer dwa na tej płycie to znany cover "Since You Been Gone" Russ Ballarda. Całość materiału na tej płycie a jest tego dziewięć numerów zawiera tylko i wyłącznie kompozycje doskonałe.Płyta nie jest za długa bo trwa niecałe czterdzieści minut. Pierwszą stronę albumu kończy wersja instrumentalna wielkiego klasyka z musikalu "Czarnoksiężnik z krainy OZ" - "Somewhere over the Rainbow". Co tu pisać ? Melodia znana do bólu, wykonywana przez dziesiątki różnch wykonawców a jednak wersja zagrana przez gitarę Chrisa to prawie pięcio i półminutowa rozkosz.wspomniałem póki co o dwóch pierwszych piosenkach i zamykającej stronę A. Grzechem byłoby nie wspomnieć o tym co pomiędzy nimi. "Secret Lover" wypełnił tą lukę i jest to kolejna ozdoba tego alumu. Melodia na murowany przebój a do tego solo gitarowe to definicja najlepszych metalowych solówek z tamtego okresu.

Strona B rozpoczyna się bardziej hard rockowo spod znaku Deep Purple okresu Slaves and Masters, gdyby oczywiście wrzucić im do składu Bonneta zamiast Turnera.No może gitara bardziej pasuje do Steva Moorse'a niż Blackmore'a ale co tam, tak mi się kojarzy i już. Podobnie jest w kolejnej odsłonie, bardziej hard rockowo niż metalowo. Trzeci utwór "Leviathan" z założenia zapewne miał być balladą metalową i taką rolę spełnia choć miejscami dynamiką odbiega od znanych nam dobrze schematów, choćby Scorpionsów.Przed zamykający płytę "Goodnight and Goodbay" to powrót do metalu najwyższych lotów. Po przesłuchaniu siedmiu poprzedzających kawałków na tej płycie już nie zadziwia ale nadal zachwyca techniką gry oraz całością produkcji.

Całość zamyka podobnie jak stronę A instrumentalny popis grupy a zwłaszcza jej lidera. Tym razem na warsztat poszła kompozycja autorska.Sporo w niej szybkości, sporo techniki i sporo wszystkiego, może nawet zbyt dużo tu tego "sporo" ale wtedy tak się grało.Trwa całość tych popisów zaledwie ponad dwie minuty więc trudno to uznać za nadużycie instrumentu.


Z pewnością płyta "Stand in Line" grupy Impellitteri w 1988r była idealnym wstrzeleniam się w to co oferowali inni a także według mnie była ona celnym wpasowaniem się w modę. Rewelacyjne melodie plus doskonała oprawa dały efekt cudowny. SZkoda, że dziś mało jest ludzi w Polsce, którzy pamiętają tą płytę z tamtego okresu. Mało też jest takich, którzy po nią sięgają dzisiaj, a to spory błąd.Polecam tą płytę wszystkim, którzy uwiebiają metalowe melodyjne ostre  granie rodem z drugiej połowy lat 80tych.To jedna z tych pozycji którą warto poznać a dla ludzi lubiących metal lat 80tych to wręcz "jazda obowiązkowa".

Track lista

strona A

1 - Stand in Line
2 - Since You've Been Gone
3 - Secret Lover
4 - Somewhere Over the Rainbow

strona B

1 - Tonight I Fly
2 - White and Perfect
3 - Leviathan
4 - Goodnight and Goodbye
5 - Playing with Fire

Lubię czasami podawać dodatkowe zachęcające informacje. Tak wiec na sam koniec wspomnę że za mastering całości materiału odpowiedzialny był Bob Ludwig. Człowiek od zgrywania materiału i jej dalszej obróbki by efekt był taki jaki słyszymy na tej płycie. Współpracował on (mastering) takim osobom jak: AC/DC, Rush, Jimi Hendrix, The Police, Paul McCartney, Madonna, Eric Clapton, David Bowie, Rolling Stones, Radiohead, Def Leppard, Foo Fighters, Nirvana, Smashing Pumpkins, Green Day, Supertramp, The Who oraz Dire Straits.

Sami widzicie, że do wszystkiego użyto środków z najwyższej półki. Musiało się powieść i płyta skazana była na sukces. Szkoda tylko, ze nie kojarzę jej z okresu w którym zaistniała a przyszło mi ją odkryć dopiero kilka lat temu. Dobrze mieć kolegów, którzy mają dobry gust a do tego znają gusty swoich znajomych i potrafią idealnie coś polecić.Andrzej wielkie dzięki !!!

P.S. Grupa Impellitteri gra do dzisiaj i wydała od czasu debiutu dziewięć płyt.Szkoda że Bonnet już nie śpiewa z nimi. Zresztą skład zmieniał się dość często. Ostatnio panowie by ukryć swoją "starość" przywdziali trochę image grupy Kiss co widać na zamieszczonej poniżej fotce.(z tym ukrywaniem starości to oczywiście moja teoria)